20 czerwca 2017

Gail Honeyman. Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze.


Eleanor pracuje od kilku lat w tej samej firmie. Mieszka w tym samym mieszkaniu, urządzonym przypadkowymi sprzętami. Ubiera się w rzeczy praktyczne, nosi długie włosy, które takie są, bo urosły i tyle. Ma jedną roślinę, nie ma przyjaciół, a znajomi z firmy traktują ją pobłażliwie. Weekendy udaje się jej przetrwać dzięki wódce - pije, zasypia i czas mija szybciej. 

Wydawałoby się, że takie życie jest żałosne. Unikając jednak oceny, warto pokusić się o uświadomienie sobie, że tak wygląda codzienność wielu młodych ludzi. Zmienili miejsce/miasto, w którym mieszkają i w tym nowym miejscu są sami. Kontakty służbowe kończą się w piątkowe popołudnie i do poniedziałkowego rana - o ile nie zaczepią kogoś w sklepie, autobusie, czy innym miejscu publicznym - nie przemówią słowa do drugiej osoby.

Eleanor Oliphant funkcjonuje w takim uporządkowanym, chłodnym emocjonalnie świecie, aż do chwili, w której ktoś wykazuje zainteresowanie nią jako człowiekiem. Za chwilę wydarza się kolejna rzecz wybijająca bohaterkę z ustalonego rytmu, a to przywołuje następne zmiany. A gdy już raz zmiany się rozpoczną, to okazuje się, że ich następstwa zaczynają Eleanor frapować, rozbudzać zainteresowanie i skłaniać do szerszego spojrzenia na siebie i ludzi wokół.

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze to książka dająca nadzieję, pokazująca, że nawet z największych traum można wyjść mając przy sobie ludzi, dla których jesteśmy ważni i odnajdując w sobie pokłady determinacji do tego, by odmienić swoje życie.

To ważna książka.

19 czerwca 2017

Magdalena Kordel. Córka wiatrów.


W przededniu spotkania z Magdaleną Kordel sięgnęłam po jej najnowszą powieść (po poprzednie również, ale tamte pewnie znacie).

Panią Wilczego Dworu jest Konstancja. Wdowa z dorosłym niemalże synem, który wędruje po Europie poznając świat z perspektywy innej niż Królestwo Polskie. W prowadzeniu domu Konstancję wspiera niezawodna ochmistrzyni i przyjaciółka Pelasia, a bezpieczeństwa pilnuje Hieronim i jego ludzie. Kobieta - choć niegdyś rozmiłowania i skupiona na balach, życiu towarzyskim i przyjemniejszej stronie codzienności, po śmierci ukochanego męża musiała zawalczyć o dobrą przyszłość dla syna i siebie, a co za tym idzie - o sprawne i ekonomiczne funkcjonowanie dworu.

Magdalena Kordel przedstawia życie Konstancji w sposób na tyle zwyczajny, że wydaje się jakby pojedynki, dwie rezydentki na dożyciu, liczni goście na obiadach, czy moc służby były czymś normalnym. W czasach, w których osadzono powieść - były. I tu wielki plus dla Autorki - Konstancja, mimo, iż żyje w XIX wieku jest kobietą nowoczesną. Ceni sobie siłę charakteru - zarówno przyjaciół jak i własną, kieruje się lojalnością i wiernością, a na codzienne dni patrzy jak na ważną misję do wypełnienia, czując się odpowiedzialna nie tylko za swoich bliskich, ale też tych, którzy pracując u niej zarabiają na życie.

Określenie Córka wiatrów to pewien symbol. To postać, w której losie nie będzie łatwych i przyjemnych dróg, ale która dzięki trudom stanie się silna i godna zaufania.

Polubiłam Konstancję. Lubię silne sercem i duchem kobiety. Spróbujcie tej opowieści i przekonajcie się, czy pani na Wilczym Dworze i w Was wzbudzi sympatię...

P.S. To kolejna książka popkultury, która odczarowuje mit złego wilka pokazując szlachetność i wyjątkowość tych zwierząt. I za to następny plus:)

P.S. 2. Zapraszam na spotkanie:

18 czerwca 2017

Tydzień pełen wrażeń, czyli zaproszenie

Czerwiec, każdego roku, okazuje się być miesiącem wyjątkowo obfitym w różnorodne wydarzenia kulturalne. Nasza Biblioteka też tętni życiem, kusi spotkaniami i zachęca do tego, by czytać, rozmawiać i bawić się z nami.


Zaczynamy w poniedziałek. Magdalen Kordel spotka się z czytelnikami w Filii zlokalizowanej na Osiedlu Witosa (blisko DTŚ i autostrady, więc zapraszamy również czytelników z innych, niż Katowice, miast). Porozmawiamy o najnowszej powieści noszącej tytuł Córka wiatrów i będącą tomem otwierającym serię Wilczy Dwór. Sądzę, że będzie również czas na to, by podyskutować o wcześniejszych powieściach Magdaleny Kordel i tym, jak bardzo Was one zauroczyły.


We wtorek wernisaż wyjątkowych fotografii. Wyjątkowych ze względu na osoby, które na nich zobaczymy. Każdy z nas chce poznawać świat, a - jak czytamy w opisie wystawy - różnimy się tym, jakimi zmysłami go doświadczamy.


Dołączcie do facebookowego wydarzenia i odwiedźcie wystawę, zapraszam.


Żywa Biblioteka to czas i przestrzeń sprzyjające temu, by rozmawiać o tym, co trudne. Zaproszeni goście - Żywe Książki - odpowiedzą na Wasze pytania, poddadzą w wątpliwość stereotypy związane z ich tytułami, pokażą Wam to, że warto z nimi rozmawiać. Wśród zaproszonych przez nas Książek będą m.in. muzułmanka, osoba głuchoniewidoma, trzeźwy alkoholik, były więzień, rodzic osoby homoseksualnej, ksiądz, bulimiczka, ekolog, freeganin, weganka, osoba z chorobą afektywną dwubiegunową.


Tu również zapraszam na FB Żywej Biblioteki. I do obecności i rozmów.


Żegnamy szkołę, witamy wakacje, świętujemy Dzień Ojca i czytamy, rozmawiamy i bawimy się międzypokoleniowo. To wszystko 23 czerwca, na Dolnym Tysiącleciu w Ogrodzie Słów.


Szczegóły znajdziecie również na Facebooku.


Bardzo ważną częścią Pikniku będzie spotkanie z Konradem Kruczkowskim, autorem bloga Halo Ziemia i książki Halo Tato. Książka opowiada o ojcostwie i opowiada tak, że z autorem reportaży w niej zamieszczonych trzeba się spotkać. Trzeba, trzeba, uwierzcie. Zapraszam.


Zaczęliśmy w poniedziałek, kończymy w niedzielę VI Festynem Bibliotecznym organizowanym w Katowicach - Podlesiu. O to, byście dobrze się bawili zadbają, oprócz bibliotekarzy, przedstawiciele Bractwa Rycerskiego Chorągwi i Rycerstwa Ziemi Śląskiej. Przyznacie, że osoby, których ulubioną bronią jest miecz długi oraz cięty dowcip mogą uprzyjemnić wspólny czas. Tańce, pokazy walk, życie codzienne okraszone stosowną literaturą to dobry plan na niedzielne popołudnie; zapraszam.  

A później? Później już wakacje, lato i zajęcia dla najmłodszych w wybranych bibliotecznych filiach. W tym roku lipiec i sierpień to czas na:


Zapraszam. Nieustająco czekamy na Was w bibliotece, między regałami pełnymi fascynujących przygód...

17 czerwca 2017

Dora Wilk

Heksalogię Anety Jadowskiej, której główną bohaterką jest Dora Wilk, czytałam w kolejności i czasie ukazywania się kolejnych tomów. I dopiero teraz - gdy przeczytałam sześć książek tworzących serię, jedną po drugiej - dostrzegłam pewną rzecz, której wcześniej nie zauważyłam. Jaką?

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

Dorą Wilk jest każda z nas. Władamy podobnie jak ona magią płodności, władamy magią Pani Północy, która czyni nas silnymi, zdolnymi do czynów - nawet jeśli pozornie banalnych czy codziennych - to niejednokrotnie heroicznych. 

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

Skupiamy wokół siebie najróżniejszych przyjaciół i znajomych; jednym matkujemy, z innymi postępujemy surowiej, mimo naszej wielkiej do nich sympatii. Niektóre z relacji są tylko dla nas, bo inni nie pojęliby ich charakteru, inne są niemalże publiczne, bo w środowisku gdzie i tak wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą;) 

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

Miewamy wiecznie poszukujące miłości przyjaciółki i mistrzynie, którym raz ufamy, a kiedy indziej czujemy, że zawiodły nasze zaufanie. 

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

Nasi przyjaciele wywodzą się z rozmaitych środowisk i gdyby nie my - nigdy nie mieliby okazji się spotkać i przekonać, że stereotypy nie odpowiadają prawdzie. Stoimy murem za bliski nam istotami i ufamy, że i one nas nie zawiodą jeśli będziemy potrzebowały pomocy. 

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

Zdarza się nam pozbywać z życia ludzi żerujących na naszej sile, dobrym sercu i miłości i choć to bolesne - umiemy sobie z tym poradzić.

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

Spójrzcie w ten sposób na Dorę Wilk i odszukajcie w sobie jej moc. A później dobrze zacznijcie kolejny dzień, dobrze i ze świadomością, że jesteście silne i - z kibicującymi Wam bliskimi i przyjaciółmi - możecie wszystko.

[Autor: Magdalena Babińska, źródło]

15 czerwca 2017

Wieści z Kociokwika

Życie staje na głowie i zaczyna pląsać radosne fikołki oraz inne wymachy czym się da w chwili, w której okazuje się, że w domu masz cztery zwierzaki, a każde z nich je - ze względu na gatunek, wiek, stan zdrowia - co innego. I to innego w wersji dubeltowej - suche i mokre inne.


MałaKot Gerta, będąca z nami tymczasowo, jada malutkie kawałeczki suchego i mięciutkie musy dla małych kotów. Co prawda z uporem godnym ważniejszej sprawy, każdorazowo podczas napełniania psiej miski, biegnie do tejże i podejmuje próby przekonania się co do miski wpadło (a Sara odpycha ją nosem, jeśli w porę nie przechwycę kota z napędem torpedowym), ale umówmy się - psie jedzenie jest tak duże, jak pół łapy MałejKot. Nie do przełknięcia. A, no i Gerta jada ze spodeczka, bo z miski jest jej niewygodnie. Pić jednak pije z tych wielkich, psich.


Nusia je suche i mokre z jednakowym entuzjazmem. Chętnie wyjadałaby także jedzenie Sisi (ale ona je na blacie kuchennym, a Nusia nie wskakuje na blaty) i Gercie (nie pozwalam jej). Lubi jeść i to niestety widać po jej sylwetce. Znacie może sposób na odchudzanie kota? Nusia dostaje dziennie 100 g mokrego i około 50-70 suchego. Za dużo?


Sisi, z powodu wykrytych ostatnio niepokojących parametrów w funkcjonowaniu nerek (wiecie jak trudno jest namówić kota na sikanie do kubeczka?), musi jeść karmę specjalistyczną. Duże, ale dość przyjazne granulki jako pokarm suchy i bardzo mięsne paszteciki/saszetki znikają dość szybko.


Sara je głównie suchą karmę. Tym, czym uzupełnia to warzywa i owoce, czasami kawałek bułki. Podczas moich pobytów w kuchni nie spuszcza ze mnie wzroku nieustannie licząc, że coś mi spadnie i nie zdążę podnieść tak szybko jak ona.

I tak to, na lodówce mam cztery słoiki, a w każdym inną karmę. A w szafce - trzy rodzaje mokrej karmy. Tyle dobrego, ze koty zgadzają się korzystać z tej samej kuwety i tego samego żwiru;)

P.S. Boreasz i Loki znaleźli dom. Wspólny:)

P.S. 2. Post napisałam 14 czerwca, z automatycznym publikowaniem nastawionym na 15 czerwca. Popołudniu dostałam wiadomość, że rodzina, która zarezerwowała Gertę dwa tygodnie temu, chciałaby ją wziąć do siebie, żeby spędzić z nią wolne dni.

Edycja (piątek)

W nowym domu Gerta ma koleżankę zbliżoną do siebie wiekiem.

A w Kociokwiku - gdyż natura nie znosi próżni - zamieszkała kolejna kocia dziewczynka. Szuka domu - wiadomo:)

14 czerwca 2017

Fredrik Backman. Pozdrawiam i przepraszam.


Wszystkie siedmiolatki zasługują na superbohaterów. [ s. 7]
Zachwyciłam się już pierwszym zdaniem tej książki. A dalej? Dalej było już tylko lepiej...

Elsa jest inna. Ma mamę i tatę, ale rodzice mieszkają osobno i mają nowych męża i żonę. Mama spodziewa się dziecka, które Elsa nazywa Połówką. Elsa ma również sąsiadów - przedziwną zbieraninę ludzi. Jednak najważniejszą osobą w życiu dziewczynki jest Babcia. I ta babcia umiera.

Jest jednak coś, co sprawia, że Elsa odkrywa kim są jej sąsiedzi i dlaczego mieszkają właśnie w ich domu. Jest coś, co pozwala dziewczynce zajrzeć w przeszłość i na jej podstawie kształtować teraźniejszość i przyszłość. Babcia umierając zostawiła listy do mieszkańców domu, a zadaniem Elsy jest je odnaleźć i dostarczyć. I tak, wędrując od osoby do osoby, siedmiolatka poznaje ich wzajemne relacje, ich związki z Babcią oraz uczy ich wzajemnej sympatii dla pozostałych mieszkańców. Jest to też czas i sposobność do tego, by dziecko uczyło się czegoś o sobie i osobach najbliższych.

Pozdrawiam i przepraszam nie jest książką efektowną, a może bardziej efekciarską. Historia w niej opisana toczy się powoli, a jej wartością są ludzie i to jak pokazują swoje emocje, wspomnienia, powiązania. Przepięknie, misternie spleciona sieć owych zależności, nie tylko pozwala Elsie dowiedzieć się nowych rzeczy o Babci, ale też  - każdemu z bohaterów (a idąc dalej - także nam) czegoś o sobie.

Jest o śmierci i supermocach. O baśniowych królestwach i rozstaniach. Jest o niezgodzie i miłości. O wybaczaniu i dysfunkcjach. Jest... O Życiu jest.
Jak się ma babcię, to tak, jakby się miało całą armię. Największym przywilejem wnuka jest świadomość, że ktoś jest zawsze po twojej stronie. Niezależnie od wszystkiego. Nawet kiedy się mylisz. Właściwie to - szczególnie wtedy.
Babcia jest tarczą i mieczem, to zupełnie szczególny rodzaj miłości, którego cwaniaki nie potrafią zrozumieć.
[s. 61] 

13 czerwca 2017

Barbara Kosmowska. Obronić królową.


Wydaje mi się, że temat zmiany środowiska spowodowany losowymi wydarzeniami w życiu bohaterów powieściowych jest czymś, z czym ostatnio spotykam się wyjątkowo często w literaturze dla młodych czytelników. Tak jest i w Obronić królową Barbary Kosmowskiej, ale zapewniam - autorka potraktowała przeprowadzkę Grety jako pretekst do tego, by stworzyć ciekawą historię.

Greta wprowadza się do ojca, którego prawie nie zna. Jej tata ma drugą rodzinę, żonę i córkę. Obydwoje onieśmieleni sobą nawzajem wkraczają do życia Anny i Lili i tylko ta ostatnia okazuje bezbrzeżną radość z nowego dla niej członka rodziny.

Nowe dom i rodzina, nowa szkoła i rówieśnicy. Codzienność zaczyna przypominać balansowanie na linie, ale Greta - wbrew temu, co sądzić mogą niektórzy - radzi sobie dobrze, nawet w sytuacjach ostracyzmu.

W powieści Barbary Kosmowskiej wydarzenia mają drugie dno, a ludzie - inną niż pokazują - twarz. Bohaterom Obronić królową udaje się, choć nie jest to łatwe, odkryć to co bywa zakryte i odnaleźć w tym wszystkim spokój i szczęście.

P.S. Jest jednak w tej książce coś, co irytowało mnie i wybijało ze skupienia na czytaniu. Zastosowano kilka rodzajów i wielkości czcionek. Och, jak mi to przeszkadzało...

12 czerwca 2017

Herve Tullet i jego książki dla maluchów


Paluszkowa olimpiada jest w - w moim odczuciu - przeznaczona dla młodszych niż trzyletnie dzieci. Zaproszenie do zabawy palcami, przekładanie ich przez otoczone kolorowymi ilustracjami otwory, zachęca do aktywności. Jest to zarazem aktywność na tyle powtarzalna, aby wpisać się w percepcję dziecka i jego umiłowanie doświadczeń nowych, a zarazem pozwalających na czucie się bezpiecznym.

Ruszaj w drogę wymaga - pozornie - niedużo od czytelnika. Trzema położyć palec na wypukłej zielonej linii, zamknąć oczy, przesuwać palec wzdłuż wyczuwalnego szlaku i przede wszystkim włączyć wyobraźnię. Autor podsuwa: Sam o wszystkim decydujesz. Zachęca również do tego, by opowiadać głośno o tym, jak wędrujemy. Ze strony na stronę droga jest bardziej kręta, stwarza różne możliwości, linia z ciągłej staje się przerywaną, a każdy zakręt i każda zmiana sprzyja temu, by wyobraźnia niosła nas dalej.

To książka, do której dziecko potrzebuje drugiej osoby. Bo tylko w towarzystwie można docenić humor z jakim Tullet zaprasza w Zabawie w oczka do wspólnie spędzanego czasu. Kartonowe stronice wypełnione są rozmaitymi istotami, w które - dzięki wyciętym w odpowiednich przestrzeniach miejscach na oczy - można się wcielić. Moimi faworytkami są kosmitki;)


Lubiliście szukać różnic na obrazkach? Ja uwielbiałam, a im byłam starsza tym ciekawsze wydawały mi się te ilustracje, w których naprawdę trudno było odgadnąć elementy odróżniające. Tu - z racji adresowania książki do bardzo młodego czytelnika - niemalże każdy z narysowanych elementów różni się od odpowiadającego mu na podobnej stronie. Ale nie - nie łudźcie się, że to łatwe. Chociaż, dzieci - z nieco inną percepcją niż osoby dorosłe - z pewnością poradzą sobie szybciej niż my - postrzegający całościowo i widzący (np. ja) głównie chaos w takiej jak poniższa ilustracja.






Książka Gra cieni pobudza wyobraźnię młodszych i starszych czytelników. Historia składająca się z kilku zdań opowiada o tym, że na dobiegające z ogrodu hałasy dziecko i dorosły wychodzą z domu i idą sprawdzić, co jest tychże hałasów przyczyną. Jest ciemno, więc nie widzą zbyt dobrze, więc zgadują. Słyszą szelesty, widzą niewyraźne kształty, coś prześwieca przez ciemności, a wszelkie - nawet te najbardziej wybujałe - pomysły, rozkwitają.

 

Herve Tullet jest od wielu lat cenionym twórcą książek dla najmłodszych czytelników. Każda z nich - niby bazująca na prostym pomyśle i prostej grafice - wywołuje w dzieciach zachwyty, a w rodzicach duży szacunek. Autorowi udało się coś niezwykłego - stosując ograniczone środki, osiąga rewelacyjne efekty. Wyobraźnia kilkulatków pracuje pełną parą, a to, że same mogą decydować o wielu rzeczach, że same mogą tworzyć opowieści z podsuniętych elementów, okazuje się być kluczem do ich serc i myśli.

Nie pozostaje mi nic, jak tylko polecać:)

10 czerwca 2017

Lauren Fern Watt. Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem.


Przyznaję - jestem niepoprawna. Doskonale wiedząc o tym, że gdzie jest początek, tam musi być i koniec, każdorazowo czytam książki o tym jak człowiek decyduje się zacząć dzielić życie ze zwierzęciem i płaczę, gdy owo wspólne życie dobiega końca. Mam jednak świadomość, że między jednym a drugim jest tyle emocji, cudownych doświadczeń i radości, że nie umiem odmówić sobie lektury.

Angielski mastiff. Encyklopedia internetowa podaje, że maksymalna waga tych psów sięga 95-120 kg i są wysokie niemalże na metr. O tym jak bardzo są przywiązane do ludzi oraz jak budować konsekwencję w zachowaniu zdrowych relacji, można przeczytać na wielu stronach, w tym stronach hodowców. A Lauren Fern Watt przedstawia codzienność z Gizelle, którą trudno znaleźć w suchych opisach dotyczących rasy.

Życie z Gizelle wymaga ekwilibrystyki. I nie chodzi tu tylko o to, że Lauren chcąc zamieszkać w Nowym Jorku musi znaleźć mieszkanie, w którym zmieści się razem z psem, ale także o to, że będąc osobą młodą, samotną i chcącą chłonąć życie, musi polegać na bliskich osobach i powierzyć im współdzielenie się opieką nad psem.

Każdy dzień z psem przynosi coś nowego. Miłe i nieco mniej miłe chwile, wspólny bieg dający poczucie wolności, ale też konieczność porządkowania przestrzeni po dużym i jedzącym dużo psie. Podróże, dni doskonałego samopoczucia i dni, w którym trzeba dostrzec, że pies czuje się gorzej.

Pojawienie się psa w życiu człowieka to zmiany. Ale nie tylko te dotyczące funkcjonowania w dniu codziennym osoby towarzyszącej psy. Ów wpływ widać także w relacjach z innymi ludźmi. Jedni stają się naszymi przyjaciółmi, inni - przyjaciółmi naszego psa, a jeszcze inni - giną z naszego kręgu znajomych, bo obecność psa jest dla nich drażniąca.

Jak wiecie - sama ma psa i to dużego (choć Sara jest znacznie mniejsza niż Gizelle). W wielu momentach podczas lektury łapałam się na myśli o tym, co ja bym zrobiła w sytuacji Lauren, jakie byłyby moje decyzje i postępowanie. Zwierzęta w życiu człowieka uczą logistyki, myślenia do przodu, rozważania wszystkiego o krok przed tym, co dzieje się aktualnie. Ale... Nigdy bym z tego nie zrezygnowała:)

Oczywiście - spłakałam się przy tej książce. Myślę jednak, że ktoś, kto sięgnie po Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem jest przygotowany na to, że podczas czytania będą w nim budziły się różne emocje. Każda z nich jest warta tego, by ją poczuć :)

09 czerwca 2017

Gilles Paris. Nazywam się Cukinia.


Nie jest łatwo pisać o książce Nazywam się Cukinia. Trudność polega na znalezieniu odpowiednich słów do tego, by przedstawić, jednocześnie nie spłaszczając historii, którą stworzył Gilles Paris, głównego bohatera książki i jego losy.

Rodzice Ikara nie są wzorcowymi rodzicami. Tata odszedł, a mama głównie popija piwo i ogląda telewizję. Chłopiec tłumaczy sobie na swój sposób to, co się dzieje w jego życiu - a my, czytelnicy powieści - podglądamy jego codzienność i próbujemy zrozumieć czemu tyle złych rzeczy dotyka Ikara (i mnóstwo innych dzieci).

Przypadkowy strzał, dom dziecka, dzieci, które przepełnione są strachem, lękami, które w nowym miejscu i nowej dla siebie rzeczywistości uczą się najprostszych rzeczy, relacji z dorosłymi i rówieśnikami.

Fascynujące i wzruszające zarazem jest obserwowanie jak dzieci niekochane i niczyje tworzą sojusze, jak zaprzyjaźniają się i zaczynają się czuć odpowiedzialne za siebie wzajemnie.

Główny bohater, Cukinia, jest dzieckiem, który spogląda na świat tak, jakby zawsze świeciło słońce. W każdej z sytuacji stara się dostrzec dobre jej strony i choć nas, dorosłych, może to początkowo dystansować, to myślę, że w tym właśnie tkwi bogactwo zarówno Ikara, jak i tych z nas, którym udało się zachować takie właśnie, zwane dziecięcym, podejście do życia.

Jeśli podsuniecie tę książkę do czytania dzieciom, to niech to będzie czytanie wspólne; tak chyba będzie łatwiej opanować emocje, które z pewnością pojawią się podczas lektury.

08 czerwca 2017

Eric Lindstrom. Do zobaczenia nigdy.


Parker Grant nie widzi. Po tym, gdy zmarł jej tata, do domu Parker wprowadziła się rodzina, która obejmuje nad dziewczyną opiekę. W szkole Parker jest pod opieką rówieśniczki, która pomaga jej w funkcjonowaniu w tych obszarach, które są dla Parker trudne. Nastolatka ma jednak swoje tajemnice, a jedną z nich jest poranne bieganie. Bieganie na pamięć, bez przewodnika. A przynajmniej tak się Parker wydaje.

Historia Parker tak naprawdę nie jest determinowana przez jej niepełnosprawność. Owszem - brak możliwości korzystania ze zmysłu wzroku wymusza na dziewczynie i jej otoczeniu pewne reguły (nastolatka ogłasza ich dwanaście), ale powieść Erica Lindstroma jest historią o dorastaniu, opowieścią o kształtowaniu relacji, zaufania, o budowaniu własnej tożsamości i gromadzeniu doświadczeń mających na ową tożsamość wpływ.

Do zobaczenia nigdy to książka - która choć skierowana do nastolatków - może nauczyć czegoś każdego z nas. Poszukajcie w niej lekcji dla siebie:)

07 czerwca 2017

Katarzyna Ryrych. Jasne dni, ciemne dni.


Gdyby ktoś opisał mi człowieka, którego los doświadczył tak jak Witka, przed którym postawiło wymagające zadania, to spodziewałabym się, że osoba, która da radę zmierzyć się z tym co przynosi codzienność, jest dojrzała, wypróbowana przez życie. Na pewno nie pomyślałabym, że Witek jest nastolatkiem.

Śmierć siostry, paraliż ojca, babcia, którą coraz mocniej pochłania alzheimer, matka tkwiąca w stuporze żałoby i młodsza siostra potrzebująca miłości, uwagi, opieki. Byłoby świetnie, gdyby chłopak znalazł również czas na szkołę, własne pasje, przyjaźnie czy nastoletnie zauroczenia, prawda?

Nie będę Wam opisywała tego, czy Witek sobie radzi i jak wygląda plan jego dni. To trzeba przeczytać napisane słowami Katarzyny Ryrych. Autorka, z pewnym dystansem, a jednocześnie wyraźnie odczuwalną sympatią do głównego bohatera, przedstawia nam życie rodziny Witka i ludzi, którzy funkcjonują na jej obrzeżach. Pokazuje w jaki sposób może wydarzać się zło, także tam, gdzie pozornie go nie ma oraz jak - w podobnych warunkach - tworzy się dobro, czy życzliwość. 

Jasne dni, ciemne dni to kolejna doskonała książka wydana w serii Plus minus 16. Polecam:)

06 czerwca 2017

Erling Kagge. Cisza.


To książka wprost idealna dla mnie. Lubię ciszę, doceniam ją i raczej nie zdarzają mi się chwile, w których czuję się nią przytłoczona. Co więcej - przychylam się do opinii, że z ludźmi z którymi nie umiemy milczeć trudno jest nam porozmawiać, gdyż cisza między dwojgiem ludzi także buduje więź.
Tajemnica dotarcia na biegun południowy polega na stawianiu jednej nogi przed drugą dostateczną liczbę razy. Pod względem technicznym jest to proste. (...) Wyzwanie polega na tym, żeby tego chcieć. [s. 21]
Kiedy w sierpniu pisałam o przejechaniu jednego dnia najdłuższej z dotąd pokonywanych tras rowerowych, użyłam podobnych sformułowań. I dlatego, gdy przeczytałam zacytowane powyżej zdanie, wiedziałam, że w wielu rzeczach będę się z Erlingiem Kagge zgadzać.
Wierzę, że każdy może odnaleźć ciszę w sobie. Cisza jest w nas bez przerwy również wtedy, gdy otacza nas mnóstwo dźwięków. Ciche wydają się morskie głębiny, odległe od pomarszczonej powierzchni i fal. Stanie pod prysznicem, pod wodą lejącą się na głowę, siedzenie przy strzelającym iskrami ognisku, pływanie w leśnym jeziorze albo wędrówka po górskim płaskowyżu mogą być odbierane jako cisza idealna. Uwielbiam to. [s. 26]
Mieszkam przy dość ruchliwej ulicy. Tramwaje i samochody przejeżdżające nią tworzą taki hałas, że gdy ktoś do mnie dzwoni, a ja jestem na balkonie, muszę wejść do mieszkania, aby słyszeć rozmówcę. A jednak - w moim domu jest cisza. Nie gra telewizor, rzadko gada radio, sporadycznie odzywam się do zwierzaków. Niektórych z moich gości ta cisza deprymuje, inni widzą w niej odpoczynek. Mnie z nią idealnie.
Cisza (...) to przenikanie do środka tego, czym się zajmujesz. Doświadczanie bez zbędnych myśli. Cieszenie się chwilą, nawet tą zwyczajną. Nie można żyć za pośrednictwem innych ludzi. Odetnij się od świata i stwórz swoją własną ciszę, kiedy biegasz, gotujesz, uprawiasz seks, studiujesz, rozmawiasz, pracujesz, wpadasz na nowy pomysł, czytasz albo tańczysz. [s. 48]
Trudno byłoby dodać coś więcej. Pozostaje mi zachęcić do lektury, a po niej - do obejrzenia filmu zatytułowanego Wielka cisza.

29 maja 2017

Ewelina Tondys. Habit zamiast szminki, czyli zakonnice zabierają głos.


Wybór życia zakonnego to jest cięcie na żywym organizmie. [s. 290]
Rozmowy Eweliny Tondys z czternastoma Siostrami zakonnymi reprezentującymi różne zgromadzenia, z rozmaitymi doświadczeniami życiowymi, w różnym wieku, to fascynująca podróż przez współczesną obecność kobiet w Kościele.
Nagle patrzę na człowieka i wiem, że już się spotkaliśmy. To jest jedyna rzecz, która nam nie zginie. Wierzę, że niebo będzie odkurzaniem tych śladów i dopełnieniem wszystkich relacji. [s.281]
Wartością zbiorów z wywiadami są zawsze ludzie zaproszeni do rozmów, ale i pytania jakie są im stawiane. Ewelina Tondys unika schematów, wchodzi w interesujące wymiany zdań, dopytuje z szacunkiem do rozmówcy o sprawy czasami niełatwe, ale obrośnięte mitami, którym autorka i jej rozmówczynie mówią pas. To, czego dzięki pytaniom możemy się dowiedzieć daje do myślenia, skłania do refleksji. Siostry mówią o powołaniu - o sile przekonania, którego nie dało się zakwestionować. Opowiadają o drogach jakie przeszły zanim zostały zakonnicami oraz o tych, którymi wędrują od chwili wstąpienia do zgromadzenia. W rozmowach nie brak również opinii o współczesnej roli kobiet i o tym, jak zmiany cywilizacyjne zmieniają ludzi i ich oczekiwania wobec życia.
Warto walczyć o swoje marzenia. O to, by je odkryć i zacząć realizować. Jak będziemy mieli odwagę pójść za naszymi marzeniami i je realizować, to będziemy szczęśliwi. (...) A Pan Bóg, tak sobie myślę" też się wtedy uśmiechnie do nas, bo to są przecież Jego marzenia w stosunku do nas i do świata, które my realizujemy. [s. 173]
Bodajże najpiękniejsze w tych rozmowach jest to, że niszczą stereotypy,że wypowiedzi Sióstr stają w opozycji do tego wszystkiego, co się wydaje tym, którzy nie znają specyfiki życia w zgromadzeniach zakonnych. W jednej z rozmów Ewelina Tondys nawiązuje do historii opisanych w książce Zakonnice odchodzą po cichu i nawiązanie to jest w interesujący sposób przedyskutowane.

Cieszę się z tej książki. Moją radość zwiększa fakt, że wydana przez Wydawnictwo Dolnośląskie ma większe szanse dotrzeć do czytelników, którzy być może nie sięgnęliby po publikację wydawnictwa konfesyjnego. 

Ewelinie Tondys serdecznie dziękuję za obfity materiał do przemyśleń, a Was zachęcam do lektury.
O co tak naprawdę w życiu chodzi? Co jest - zdaniem Siostry - najważniejsze?Tu akurat nie muszę się długo zastanawiać - miłość. [s.140]

21 maja 2017

Niedzielnik nr 65



Kilka dni temu usłyszałam w porannej audycji radiowej pytanie o to, czy da się współcześnie żyć bez telefonu i Internetu. Jeśli jesteście stałymi czytelnikami Niedzielnika to wiecie, że taką próbę podjęłam i okazało się, że prawie się da.

Przerwę w życiu bez Internetu musiałam zrobić wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że zapomniałam ustawić zlecenie stałe na czynsz i gdy - już pod koniec dwutygodniowej wędrówki - musiałam sprawdzić połączenia na powrót do domu. Telefon, Nokia bez możliwości korzystania z sieci, milczał przez większość czasu, kilka razy jedynie dawałam znać do domu, że dotarłam do kolejnego punktu podróży. Dało się. Nie czułam potrzeby sprawdzania tego, co w internetowych zakamarkach świata piszczy. Nie sprawdzałam co chwila wyświetlacza telefonu szukając na nim wiadomości. Żyłam, chłonęłam rzeczywistość wokół mnie, bez internetowego filtra i wniosek ma z tego oświadczenia taki, że warto raz na jakiś czas zrobić sobie taki odpoczynek od bodźców.

Czemu o tym piszę? Przede mną kolejny czas z ograniczonym dostępem do Internetu, a co za tym idzie z mniejszą aktywnością blogową, facebookową i instagramową. Być może uda mi się zamieszczać recenzję (bo obiecuję sobie tak dużo czytania ile to tylko możliwe, więc będzie o czym pisać), ale być może będą to teksty pisane ręcznie i zamieszczane w formie zdjęcia w dużej rozdzielczości. Będę zadglądała do poczty i pewnie też na FB, ale głównie zamierzam poświęcić się czytaniu.

Obiecałam sobie, że będę czytać naprzemiennie - jedną książkę z domu, jedną z biblioteki. Zobaczymy, jaki będzie efekt, bo każda z tych książek kusi i nęci, a jak wszyscy wiecie - czas targów to czas obfitości wydawniczej:)

Zachęcam - odetnijcie się czasami od prądu i pożyjcie w spokoju i ciszy. Spróbujecie?

19 maja 2017

Mateusz Wysocki. Las zabaw.


Przepiękne, poetyckie zalecenia związane z tym, co robić warto w lesie, ilustrowane przez Agatę Królak, to najnowsza książka Wydawnictwa Czerwony Konik. Najnowsza i jak każda wcześniejsza - wydana ze smakiem i pomysłem na to, by najmłodszych czytelnikom dostarczyć dobrej, wysmakowanej tekstowo i graficznie lektury.

Piętnaście zdań typu: wspinaj się na gałęzie, skacz w stertę liści, rozpoznawaj zapachy uzupełniane są na dwojaki sposób. Po pierwsze poetyckimi frazami, po drugie - informacjami o funkcjonowaniu leśnej przyrody, konkretnymi, botanicznymi, które - dopasowane do percepcji i wieku czytelników - pozwalają poszerzać wiedzę.

Integralną część książki stanowi mapa zachęcająca do zanurzenia się z nią po pas w las. To również zadania, miejsce na dorysowanie własnych zdobyczy leśnych, zanotowanie refleksji ze spaceru. Można ją później - taka ubarwioną przez czytelników - zawiesić na ścianie, przyozdobić nią pokój.

Mamy wiosnę, za chwilę lato i mnóstwo okazji do tego, by uciec z miast do lasu. Sięgnijcie po Las zabaw i powędrujcie z nim przez leśne ostępy. I może zrealizujcie moją ulubioną książkową sugestię:

Głaszcz mech
Mech to wehikuł, który przenosi nas
W przeszłość - do czasów, kiedy nie
Nadaliśmy jeszcze nazw kolorom.
[zadanie nr 11]

P.S. Informacja ze stopki książki: Papier wykorzystany do produkcji tej książki nie przyczynił się do wycinki drzew. Brawo:) 

18 maja 2017

Agnieszka Tyszka. Zosia z ulicy Kociej w ciekawych czasach.

Jak wiecie, bardzo lubię rezolutną Zosię i jej najmilszą słowotwórczo siostrę Manię, powołane do życia na kartach powieści Agnieszki Tyszki. Z wielką przyjemnością obserwowałam dorastanie dziewczynek, zmieniające się relacje rodzinne i szkolne, kibicowałam każdemu z bohaterów serii. Ucieszyłam się zatem kolejnym tomem, choć im bardziej go czytałam, w tym większe pomieszanie wpadałam. Dlaczego?

Zosia jest w szóstej klasie i dowiaduje się, że gimnazja są w likwidacji, więc będzie uczyła się nadal w swojej szkole. Jednak według zasad i programów, których nikt nie zna i nikt nie wie jak mają wyglądać. Wiadomo jedynie, że sklepik znowu zapełni się czipsami i napojami gazowanymi, a panie w stołówce już nie będą musiały chować (...) soli i cukru. [s.167] Mania jest uczennicą klasy pierwszej, ma nauczycielkę, która ewidentnie nie nadaje się do tego, by pracować z dziećmi i 10 koleżanek, co smuci dziewczynkę, gdyż jako jedyna jest nieparzysta. Zbliżają się czterdzieste urodziny taty, wujek Jurek został zredukowany w radiowej pracy, do domu wprowadziły się myszy podwórkowe, co sprawia, że NIH chadza w kaloszach, a babcia krakowska otwiera pensjonat. Ach, i jest jeszcze stodoła na łące, którą chcą kupić rodzice Zosi, ale w wyniku zmian w przepisach, być może kupić nie będą mogli. Oczywiście, to nie wszystko, bo w książkach Agnieszki Tyszki o bohaterach mieszkających na ulicy Kociej jest zawsze gwarnie, nieco chaotycznie i wiele się dzieje. Dzieją się także ciekawe czasy.

Moje mieszane wrażenia biorą się właśnie z tego określenia i tego,w  jaki sposób autorka pisze o sprawach politycznych. Zastanawiam się na ile manifestacja, bo tak to odbieram, przekonań i opinii związanych z polityką, jest czymś co powinno się znaleźć w książkach dla dzieci. W cyklu, który - poprawcie się, jeśli się mylę, dotychczas był wolny od tej tematyki.

Zaniepokojonych uspokajam - Mania wciąż wymyśla nowe słowa, Wiluś jest coraz aktywniejszym dzieckiem z wyraźnym upodobaniem do koparek i innego sprzętu budowlanego, Alina błądzi myślami i rysuje komiks, Tata wycisza szalejącą rzeczywistość, a rodzina i przyjaciele mieszkańców domu z ulicy Kociej są jak zwykle radośni i nieco zwariowani. Zosia dorastając wciąż jest tą Zosia, której przygody są uzależniające;)

Na koniec cytat. Mania to mądra dziewczynka, weźcie sobie do serca to co powiedziała:
- Moja dobra kobieto! - (Szewczyk Dratewka zaciera ręce, kiedy to słyszy!) Mania posyła mamie spojrzenie pełne współczującej wyższości. - Czy myślisz, że świat należy do ostrożnych i grzecznych?
- Cóż... - biedna NIH w popłochu analizuje usłyszane słowa.
- Świat należy tylko do odważnych i nieposłusznych! - oznajmia Mania.
[s. 123]

15 maja 2017

Konrad Kruczkowski.Halo Tato. Reportaże o dobrym ojcostwie.


Przyznaję, że na blog Konrada Kruczkowskiego zajrzałam po raz pierwszy dopiero niedawno, a to za przyczyną wywiadu z Katarzyną Bondą. Z ciekawością przywitałam wydane niemalże przed chwilą reportaże na temat, o którym na szczęście robi się coraz głośniej - o ojcostwie.

Sześć reportaży, dwa wywiady, felieton córki jednego z ojców przedstawionych w książce. Każdy z tekstów zabiera czytelników w odrębny świat jego bohaterów, a wszystkie razem pokazują, że choć może każdy nieco inaczej rozumie kim jest dobry ojciec i czym jest dobre ojcostwo, to są pewne elementy, które spajają te wizje i pozwalają stworzyć coś na kształt nieformalnego kodeksu dobrego ojca.

Przedstawieni w reportażach Konrada Kruczkowskiego ojcowie są ojcami, którym się chce, którym zależy, mimo, że czasami ich ojcostwo wydaje się być trudniejsze od ojcostwa innych mężczyzn. 

Halo Tato przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Badania przytoczone w książce pokazują, że ojcowie w przytłaczającej liczbie rodzin nie cieszą się zaufaniem, nie są dla swoich dzieci osobami bliskimi. Mam nadzieję, że reportaże Konrada Kruczkowskiego dadzą zielone światło na pisanie o relacjach ojciec - dzieci, a co za tym idzie - temu, by większą rolę przywiązywać do znaczenia ojcostwa.

11 maja 2017

Boreasz i Loki

W piątek wolontariusze i pracownicy schroniska zauważyli karton. W środku, kiepsko - jak się okazało - zabezpieczonego pudełka, była kocia mama i siódemka jej dzieci. Kocica uciekła w chwili podnoszenia kartonu, ale dzieciaki - takie 2,5 tygodniowe - zostały.

Nawoływania nie pomogły, wabienie także. Podjęto decyzję, że maluchy spędzą noc w bezpiecznej, ciepłej budce, żeby przywołać mamę. Nie przyszła, więc w sobotę całą siódemkę rozdzielono do domów tymczasowych. Do mnie trafiło dwóch chłopaków.


Dostałam kociaki wraz z mlekiem w proszku, butelką i klatką. Dorzuciłam maskotkę, butelkę z gorącą wodą udającą ciepłą mamę i podjęłam się obowiązku dbania o pełne brzuchy i socjalizacji.

W sobotę głównie piszczały. Postawione na wykładzinie zamierały, a gdy tylko spróbowały zrobić krok, rozjeżdżały im się łapki. Czołgały się i piszczały, a mimo maleńkich ciałek robiły to tak donośnie, że zarówno koty, jak i Sara, schowały się w łazience.

Oczywiście, próbowały przytulać się do psa, ona jednak spoglądała na mnie z przeprosinami w oczach i delikatnie wstawała odsuwając się z zasięgu kocich łapek.


Nakarmione, odsiusiane, wtuliły się w koc i zasnęły. Obudziły mnie koło północy, ale piszczenie ustało, gdy tylko ponownie napełniły się brzuchy, a maleńtasy zapadły w sen.

W niedzielę zaczęły widzieć już jakby coś więcej niż tylko mglisty zarys przedmiotów i postaci i choć bure kociątko wciąż miało kłopot, żeby trafić łapką do pyszczka, to czarny kot już umiał sobie wylizać wnętrze łapki. Jadły z dzikim apetytem i coraz śmielej eksplorowały pokój, piszcząc rozpaczliwie w chwili, w której zawędrowały tam, gdzie ich zdaniem świat się kończył. Reagowały na głos i powolutku, acz uparcie drepcząc przywędrowywały do mnie jakby zdziwione, że się im udało.


W poniedziałek bałam się, że w dzień będą płakały z głodu. Zastałam je smacznie śpiące, wtulone w siebie i oczywiście mocno spragnione mleka. Nakarmione, zaniosłam do kuwety, której kompletnie nie pojęły i puściłam wolno, żeby sobie wędrowały. A na noc kolejny dawka jedzenia, ciepła woda w butelce zawinięta w koc - spaliśmy do rana.


We wtorek zweryfikowałam swoje obawy o to, że zostawione w domu same, płaczą. Musiałam je koło 10, przed wyjściem do pracy obudzić i nakarmić nieco na siłę, bo wiedziałam, że wrócę dopiero wieczorem. W trakcie dnia okazała się jednak rzecz niebywała - mama kociaków przyszła do schroniska. Wolontariuszki umieściły ją, wraz z rodzeństwem moich podopiecznych, w mieszkaniu jednej z nich.


Sisi i Nusia nie wykazały zainteresowania opieką nad małymi. Nusia początkowo syczała na nie, a później zdarzyło jej się, ukradkiem, nieco wstydliwie, raz czy drugi polizać po łepetynkach, ale nie rwała się do niańczenia. Sisi podobnie - owszem polizała, krzywdy nie zrobiła, ale generalnie wolała, żeby maluchy trzymały się z daleka. Gdy się zbliżały, majestatycznie odchodziła.


Wczoraj popołudniu kociaki trafiły pod opiekę mamy. Gdy skończy je karmić, zostanie wysterylizowana i objęta adopcją. Maluchy trafią ponownie do mnie i dlatego już dziś ogłaszam, że szukam im domu.


Boreasz - uwielbiający przytulanie, odważny, dzielnie kroczący przez świat. Mruczy obłędnie głośno, słucha uważnie tego, co się do niego mówi, a na piersi nosi przepiękny biały krawat.


Loki - natura filozofa, spokojny, spoglądający na świat z lekką zadumą i zdziwieniem. Swoim zaskakująco wzorzystym umaszczeniem budziłby zazdrość niejednego projektanta. Krucha czułość i ufność.

Będę wdzięczna za Waszą pomoc w ogłaszaniu kociaków. Znajdźmy im najlepszy dom na świecie:)

P.S. Zaczytałam się ostatnio w książkach Anety Jadowskiej i stąd imiona kociaków.