16 października 2017

Natasza Socha. Zula w szkole czarownic.


Zula oswoiła się już z tym, że jest czarodziejką. Poddaje się podekscytowaniu, cieszy się każdą możliwością zaprezentowania swoich umiejętności i jednocześnie ma świadomość, że są one - szczególnie w porównaniu z umiejętnościami jej ciotek, Heli i Meli - niewielkie. Dziewczynka dostaje jednak zaproszenie do szkoły czarownic prowadzonej przez jej babcię, Wielką Czarownicę Lilianę. Na miejscu spotyka koleżanki, a wśród nich Matyldę, której mama - podobnie jak mama Zuli - uważa, że czary to tylko wymysły, a liczy się jedynie to, co można pojąć umysłem.

Latanie i tajemne właściwości ziół i innych roślin to podstawowy program edukacyjny. W tym czasie ciotki Zuli muszą zmierzyć się z zadufanym burmistrzem, który postanowił postawić własny pomnik na magicznej łące. Na szczęście, mimo nieobecności Zuli, jej przyjaciele Kajtek i Maks są gotowi walczyć wraz z Helą i Melą o ocalenie polany.

A tymczasem Zula staje przez wyzwaniem - jej przyjaciółka zaginęła. Czy dziewczynka poświęci dla przyjaźni swoje bezpieczeństwo i wyruszy w podróż w nieznane, podróż najeżoną trudnościami i niebezpieczeństwami?

Piękna, podobnie jak poprzednio opowiadana przez Nataszę Sochę, historia o przyjaźni i tym, jak inny ludzie są dla nas ważni. I jak dbać o to, by wiedzieli, że są ważni.

Polecam:)

13 października 2017

Renzo Allegri. Natuzza Evolo. Rozmawiałam z aniołami i zmarłymi.


Przyznacie, że tytuł książki brzmi niewiarygodnie. Bilokacja, hemografie, stygmaty i możliwość prowadzenia rozmów z aniołami i osobami zmarłymi w stereotypowym myśleniu szybciej skojarzą się nam z zamierzchłymi czasami, jakimś XIV i XV wiekiem, niż czasami nam jak najbardziej współczesnymi. Drugi błąd jaki możemy popełnić to ten, gdy założymy, że skoro Natuzza doświadczała tego wszystkiego, była osobą bardzo wykształconą,  poruszającą się śmiało wśród mądrych ksiąg. Okazuje się jednak, że owa mistyczka, mieszkająca w niewielkim miasteczku na południu Włoch, żyła skromnie, była osobą skromną, a to co stało się jej udziałem determinowało jej  proste życie.

Renzo Allegri, prowadząc w popularnym czasopiśmie "Gente" w roku 1977 cykl artykułów o zjawiskach nadprzyrodzonych zetkną się z postacią Natuzzy. Wyruszył do Paravati, aby porozmawiać z nią i o niej. Jedną z pierwszych rzeczy jaką usłyszał było:
Natuzzy nie da się zdefiniować. To osoba pozbawiona ograniczeń. Choć znamy ją od lat, zawsze widzimy w niej coś nowego. Chociaż wszystko, co dzieje się wokół niej, nawet najgłośniejsze sprawy, odbywają się w sposób bardzo zwyczajny i spontaniczny. [s. 26]
Wstrząsające jest czytanie o tym, że Natuzzę odwiedził św. Franciszek z Paoli, że św. Tomasz Akwinata uprzedził, by się nie bała, że od momentu ich spotkania już zawsze będzie widywać umarłych. Evolo opowiadała dziennikarzowi o tym, z jakich powodów przychodzą do niej umarli, co ich ku temu skłania i jakie dobre rzeczy mogą z tego wyniknąć dla osób żyjących. Znajomi wspominali swój strach wiążący się z odkrywaniem darów Natuzzy - bilokacji czy - może nawet szczególnie - hemografii. 

Renzo Allegri przeanalizował życie Natuzzy Evolo. Urodziła się, żyła i zmarła w tym samym miejscu, wśród ludzi, których znała zawsze. Każdy z nich mógł opowiadać o niej i swoim z nią - i jej darami spotkaniu. Dziennikarz rozmawiał także z ludźmi, w których Natuzza pracowała, dowiedział się, że poddano w wątpliwość jej stan psychiczny i skierowano ją do szpitala na obserwacje, badał stosunek władz kościelnych do doświadczeń kobiety.

To co i w jaki sposób autor pisze o mistyczce, pokazuje jasno, że doświadczenia Naruzzy zrobiły na nim - osobiście - wyjątkowe wrażenie. Pisał o niej tak:
(...) Natuzza z pewnościa nie była "biednąi prosta włoską analfabetką, lecz kobietą, która prowadziła niezwykle intensywne życie wzbogacane przez doświadczenia mistyczne i codziennie spotkania z ludźmi. A jej psychika, czyli cała sfera emocjonalna, potrafiąca wytrzymać trud fizyczny, wszelakiego rodzaju stres, niepewności, przeciwieństwa i wątpliwości, to była psychika godna mistrza duchowości, giganta, prawdziwego bohatera, niesamowitej "córki Bożej". [s. 176].
Najważniejszy dar Natuzzy - dar rozmawiania z umarłymi jest darem i wielką tajemnicą. Ale jak pada w jednym ze zdań w książce - dar ów powierzono Natuzzie, by stała się narzędziem przez jakie Bóg przemówi do ludzi. Sięgnijcie po tę książkę, poczytajcie o włoskiej mistyczce i znajdzcie w jej życiu coś dla siebie.

10 października 2017

Christopher Edge. Równanie Jamiego Drake’a.


O ile w poprzedniej książce Christophera Edge’a czytelnicy zaproszeni byli do poznawania tajników fizyki kwantowej, tak w tej – opowiadającej o Jamiem Drake’u i jego najbliższych - wędrujemy na orbitę okołoziemską. 

Tytułowy bohater jest synem komandora Dana Drake’a, który – podczas pobytu ojca w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej – dba o to, by świat jego rodziny nie zachwiał się i nie rozpadł. Chłopiec musiał w życiu przywyknąć do częstych zmian domów i szkół, a teraz uczy się koegzystować z Mamą i młodszą siostrą w domu dziadka, byłego muzyka rockowego. Nowe środowisko szkolne ekscytuje się dokonaniami astronautów, Jamie jest wypytywany przez kolegów i nauczycieli o wiadomości z kosmosu, a on… On by chciał, aby tata był w domu i świętował z nim urodziny.

Jamie poszukuje tego, co ważne, scalające dla jego rodziny i tak oto trafia na wzgórze z nieczynnym od dawna obserwatorium. Spotyka tam profesor Forster, astronomkę, która dzięki Naziemnej Stacji Laserowo-Optycznej, połączonej z Kosmicznym Teleskopem Hubble’a, poszukuje śladów życia w Kosmosie. W wyniku drobnego zamieszania, chłopiec staje się zaangażowany w tę sprawę bardziej, niż mógłby przypuszczać.

Po raz kolejny Christoper Edge pokazuje jak istotna jest w naszym życiu rodzina. Na przykładzie Jamiego i jego najbliższych, dąży do uświadomienia czytelnikom, że czasami szukanie czegoś z dala od domu, działanie skupiające się na pewnej idei nie związanej z bliskimi, może odebrać to, co najważniejsze. Obudowawszy emocje treściami edukacyjnymi zwraca uwagę młodych, męskich czytelników, na to, że da się to połączyć, że bycie mężczyzną nie oznacza tylko zamiłowania do tzw. ścisłych dziedzin naukowych, ale też wyraża się w koegzystencji z własnymi pragnieniami, potrzebami, marzeniami i okazywaniem miłości.

Niewiele jest współcześnie pisanych książek dla męskich, młodszych nastolatków. Jeszcze mniej – dobrych, wartościowych, pisanych z polotem. Christopher Edge jest w czołówce – poznajcie jego twórczość.

05 października 2017

Aneta Jadowska. Szamańskie tango.


Nie wiem jak jest z Wami, ale ja o przeczytanych książkach, którymi chcę się z Wami podzielić, staram się pisać od razu po skończonej lekturze. Nie zawsze mam taką sposobność, czasami koncepcja tego, co chcę napisać kluje się zbyt długo. Zbyt długo, bo gdy upłynie za dużo czasu od chwili w której książką czytałam, do chwili, w której o niej piszę, zaczynają mi się zamazywać szczegóły i muszę czytać jeszcze raz.

Tym razem owo "muszę" było przyjemnością:)

Piotr Duszyński otrzymał w darze, od losu i swojej byłej, córkę. Uczy się być ojcem i kompletnie zapomina o tym, że ani on, ani mama Kurczaczka nie wiedzą, jak magiczną nastolatkę nauczyć być osobą o nadprzyrodzonych zdolnościach. Kiedy dziewczyna zaczyna podejmować różne próby oswojenia własnych umiejętności, wydaje się być za późno na jakiekolwiek działania. A jednak... Dla córki Witkacy jest w stanie zrobić wiele. Także to, na co nigdy wcześniej nie chciał się zdecydować...

Gdy czytałam tę zawadiacką i wcale nie będącą grzeczną historię o sile ojcowskiej miłości, pomyślałam o tym, że ubrana w sztafaż fantastyki ma szanse dotrzeć do zupełnie innego grona odbiorców niż reportaże o ojcostwie. A przecież i tu, i tu liczy się to, jak wiele dorosły jest w stanie poświęcić swojemu dziecku.

P.S. Nie, nie bójcie się - książka nie ma tonu nostalgiczno-smętliwego. Jest ostro, chwilami na granicy grozy, z dawką humoru, do której przyzwyczaiła nas Aneta Jadowska.

03 października 2017

Augustine Thompson OP. Franciszek z Asyżu. Nowa biografia.


Być może - widząc podtytuł - żachnęliście się, bo niby jak nową może być biografia kogoś, kto zmarł w 1226 roku. A jednak Augustine Thompson OP przyjrzał się na nowo postaci Świętego i zarówno dla siebie, ale przede wszystkim dla nas, odkrył go na nowo.

Całość książki podzielona została na dwie znaczące części. Jedna z nich przedstawia życie św. Franciszka i podzielona jest na rozdziały według znaczących wydarzeń w życiu pokutnika z Asyżu, a zakończona sugestiami do dalszych lektur. Druga skłania do bliższego przyjrzenia się zarówno metodom i źródłom badawczym zastosowanym przez Autora, jak i temu, w jaki sposób poprzedzający go badacze, konstruowali swoją wiedzę o św. Franciszku. Ojciec Augustine, jako historyk, szczególną uwagę zwrócił na solidne udokumentowanie tego, o czym pisze; widać to i w treści poświęconej św. Franciszkowi, i w objaśnieniach do poszczególnych rozdziałów.

Przyznaję, że w wiedzy o św. Franciszku zatrzymałam się na poziomie jaką ma zapewne większość z nas sytuując go gdzieś blisko zwierząt i ubóstwa do granic przeżycia. Opracowanie o. Augustine pokazało mi kim był Święty, co było dla niego istotne w życiu z Bogiem i jakim przeciwnościom musiał stawiać czoła w swojej posłudze. Począwszy od ubrań, w których chodzili bracia, miejsc ich zamieszkania, przez wegetarianizm, ochronę Klary i Ubogich Pań, po kwestie znacznie poważniejsze, bo związane z duchowością.

Druga część książki to bogactwo wiedzy, którą wciąż przyswajam. Sięganie do wielu źródeł na które powołuje się Autor, jest mi niedostępne językowo, więc tym większą odczuwam radość z lektury książki.

Bez względu na to, czy bardziej interesuje Was życiorys Świętego, czy to, jakimi metodami po tylu wiekach można wciąż doszukiwać się w jego życiu czegoś nowego, zachęcam, abyście sięgnęli po książkę Franciszek z Asyżu. Nowa biografia. Warto. 

26 września 2017

S. E. Durrant. Skrawki nieba.


Skilly House to dom dziecka, w którym najpiękniejszy był ogród. Miracle i Zackery trafili tam po opuszczeniu kolejnej rodziny zastępczej, z której Anita, opiekująca się nimi pracownica opieki społecznej, zabrała ich dość nagle. Ira i Zak mieli kłopoty z aklimatyzacją w nowym miejscu, ale pokój, w którym mieszkali, umieszczony wysoko i w pewnym oddaleniu od innych, pozwolił im poczuć się nieco lepiej. Pokój i niebo:
Tak to już jest z niebem. Niezależnie od tego, jak jest źle, zawsze można spojrzeć w niebo i od razu czujesz się lepiej. [s. 17]
Niewiele zdarzeń zakłóca codzienność sierocińca. Ot, nowe dzieci, dzieci odchodzące i towarzyszące temu olbrzymie emocje. Dla Iry ważnym dniem było znalezienie w sypialni listu od Glendy Hyacinth, listu pisanego w końcówce lat czterdziestych. Dla obydwojga rodzeństwa wyjazd – pierwszy w życiu na wieś, wakacje, na cały tydzień. Marta, która ich zaprosiła miała zmarszczki i starość zmieszana w niej była z młodością. 

Historia, której narratorką jest dziewięcioletnia Ira, opowiada o zwykłej-niezwykłej codzienności dzieci z sierocińca. O ich marzeniach, pragnieniach, o wielkiej tęsknocie za domem i osobami, dla których będą najważniejsze, które będą im umiały wiele wybaczyć, które stanowić będą dla nich impuls do rozwoju i jednocześnie osób, które pozwolą się pokochać, dla których obecność dorosłych osób będzie oznaczało luksus zaufania i zaniechania pełnej odpowiedzialności za samego siebie.
Jeśli nie masz rodziny, musisz bardzo mocno trzymać się tego, co masz w środku. Trzymam się mojego serca bardzo mocno. [s. 39]
S.E. Durrant stworzyła przepiękną historię dotykającą niełatwego tematu. Wpiszcie, proszę, Skrawki nieba, na listę lektur obowiązkowych. Swoich i Waszych dzieci.

20 września 2017

Jedyna i niepowtarzalna...

Pamiętacie samych siebie z czasu, gdy mieliście 10-12 lat? Pretendujący do bycia młodzieżą, silący się na poważne, dorosłe zachowania, a jednocześnie wciąż spragnieni przytulania przez rodziców, czytania głośno książek przed snem i szaleńczej zabawy z rówieśnikami? I jeszcze nieustająco głodni oraz wydłużający się z każdą sekundą coraz bardziej?

Taka właśnie jest teraz Ronda.



Spaceruje spokojnym krokiem po domu, by za chwilkę pobiec przed siebie i wskoczyć na łóżko, rower, drapak i zajrzeć do kuchni. Zawołana imieniem przybiega i udaje, że wcale nie była ciekawa, tylko tak jej jakoś po drodze było do tego właśnie pomieszczenia, gdzie jestem. Wyłapuje kuchenne zapachy pełna zadziwienia nad tym, że jem coś, co jej wcale nie pachnie jedzeniem. Sprawdza, czy w brodziku po kąpieli jest bardzo mokro. Uczestniczy z zachwytem w sadzeniu kwiatów do doniczek i angażuje się całą sobą w zamiatanie. Już przestała się bać suszarki do włosów. Odważnie zagląda do wnętrza kuchenki i do szafy. Z zapałem morduje mysz, a gdy się zmęczy zabiera ją ze sobą do łóżka, bo to trofeum, o które warto dbać.


Gdy kładę się do łóżka, przybiega. Wącha twarz nasmarowaną kremem, zagląda w oczy, zanurza łapki we włosach. Zwija się niczym szalik, mruczy od muśnięcia palców, by za chwilę zacząć miarowo oddychać, pełna ufności, że nie stanie się jej krzywda. W nocy budzi się, sprawdza czy jesteśmy: koty i ja, mości się wygodnie i zasypia. Za to pierwsza jest przy budziku:) Siada nad dzwoniącym telefonem i nasłuchuje piosenki, od której zaczynamy dzień.


Czułości szuka głównie u Nusi. Próbuje też wziąć na litość Sisi, ale Sisi nie ma towarzyskiego charakteru i nie zamierza się zmieniać dla Rondy. Owszem, czasami, jakby od niechcenia, liźnie malucha po uchu, ale na tym okazywanie sympatii się kończy. Nusia za to... Och, relacje z Nusią są urocze. Ronda podczołguje się do starszej kotki, wciska się między łapy a głowę i nadstawia się do mycia. Burczy przy tym jak kosiarka do trawy, głośno i natarczywie. Nusia podejmuje wyzwanie, pucuje Rondę, ale gdy tylko ta się ruszy - warczy na nią i mocniej przyciska łapą. Skoro już przyszła prosić o czynności pielęgnacyjno-sympatyczne, to tylko na Nusinych warunkach.


Różne już miałam tymczasy. I charakterologicznie, i wizualnie. Tak nietypowo umaszczonego - jeszcze nigdy. Wiecie, że każdy szylkretowy kot jest jedyny w swoim rodzaju? Drugiego takiego nie znajdziecie.

Ronda szuka domu, bo w Kociokwiku jest gościem. Jej brat, Rest, zwany aktualnie Frankiem, dom już ma. Kto przygarnie cudną kotkę, która nauczy go od nowa podziwiać świat?

07 września 2017

Lorraine Fouchet. Między niebem a Lou.


Rzadko sięgam po książki wydane w serii Gorzka Czekolada, a ta powieść utwierdza mnie w tym, że to błąd i powinnam czym prędzej przypatrzeć się uważnie pozostałym lekturom z charakterystycznym znaczkiem na okładce.
 
Nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że tak świetlista istota jak ty po prostu zgasła. To musi być jakaś pułapka i ja w nią wpadnę, nie wiem tylko kiedy. [s. 9]
 
Umarła Lou. Jej mąż, Jo, wciąż nie może się pogodzić ze śmiercią żony. Obserwuje swoje dzieci, wnuki, przyjaciół, mieszkańców wyspy Groix, z niezrozumieniem. Bo, jakże to możliwe, że żona kardiologa, pięćdziecięcioczteroletnia kobieta, znika nagle z życia tych wszystkich, którym była bliska?
 
Lou zostawia u notariusza list, w którym napomina Jo: Byłeś cudownym kochankiem, wspaniałym mężem, nieobecnym ojcem. Twój dziadek i ojciec wyruszali na dalekomorskie połowy, ty powtórzyłęś ten model. Twoi przodkowie byli na morzu, ty miałeś dyżury w szpitalu [s. 33] i nakazuje mu zainteresować się Cyprianem i Sarah, nauczyć ich być szczęśliwymi.
 
Powieść Między niebem a Lou to wielogłos - każdy z bohaterów opowiada fragment rzeczywistości takim jak go widzi i z takimi emocjami, które są u niego w danej chwili najmocniejsze. Jednocześnie - całość jest bardzo spójna, poetycka, uwodząca klimatem i ową rodzącą się miłością między ojcem a dziećmi, między przyrodnimi siostrami, małżonkami.
 
Nie bez znaczenia, w opowieści snutej przez Lorraine Fouchet, jest miejsce, w którym rozgrywa się akcja powieści. Wyspa Groix - jak zapewne każda z niewielkich wysp - wywiera olbrzymi wpływ na funkcjonowanie, podejście do życia i losy swoich mieszkańców.
 
Między niebem a Lou to taka powieść, której nie ma się ochoty opuszczać. Po odwróceniu ostatniej kartki zatęskniłam za klimatem i bohaterami książki. Tym bardziej, że szczególnie mocno urzekło mnie słowo jakim Jo i Lou określali siebie wzajemnie - przybraciel. Prawda, że pięknie?
 
Czytajcie:)

04 września 2017

Kotes

Kotes to bardzo specyficzny notes. Powstał jako koprodukcja Wydawnictwa Dlaczemu i Fundacji KOT, w ramach projektu Dlaczemru.
 
Zachwyca już pomysł na okładkę - oprócz tej funkcji spełnia również funkcję ramki do zdjęcia. Można włożyć w specjalnie przygotowane miejsce fotografię swojego kota i cieszyć się jego obecnością z nami na stałe.
 
A jeśli komuś będzie mało kotów, to z pewnością znajdzie je w środku notesu. Bohaterami Kotesu są podopieczni Fundacji Kot. Przy zdjęciu każdego z nich jest jego imię i krótki, zachęcający do adopcji, opis. Karty, twardawe, liniowane, do zapisków wzbogacone są cytatami o kotach. Moim ulubionym jest ten:
Koty doskonale wiedzą, jak żyć chwilą teraźniejszą, a przy odrobinie szczęścia, mogą nauczyć nas, jak znaleźć dla siebie miejsce w promieniach słońca. Ellen Parry Berkeley.


Tylna okładka kryje jeszcze jedną niespodziankę. Jest nią kieszonka, w której możemy ukryć wszelkie karteczki z zapiskami, których nie chcemy zagubić.

02 września 2017

Andrzej Ziemiański. Toy Wars.


Zuzanna "Toy" Iceberg to drobna, urokliwa kobieta. Oprócz dobrego wyglądu, dużej inteligencji dysponuje także bujną, niezbyt ciekawą przeszłością, kilkoma milionami spadku (na razie niedostępnymi) oraz biurem detektywistycznym odziedziczonym po przybranym ojcu. Była prostytutka, narkomankaa uwarunkowana na kokainę, próbuje utrzymać się przy życiu dzięki pracy detektywa, a efekt jest tego taki, że po raz kolejny zaparza tę samą kawę w ekspresie, pranie robi w publicznych pralniach udająć dziecko, które zgubiło drobne na pralkę, a wieści o wydarzeniach na świecie zdobywa dzięki gazetom wyciąganym z pojemników na makulaturę.
 
Gdy pewnego dnia dziewczyna dostaje zlecenie, a zlecenie to jest rekrutacją do grona najemników jej życie nabiera przyspieszenia. W grupie dowodzonej przez Pata Dantego wyrusza w misję z lekka straceńczą w otchłanie Kosmosu. Kolejna misja wiedzie ją do Afryki, a następne zadanie - już całkowicie samodzielne - acz przy ochronie przyjaciół, związane jest z wszczepianiem implantu wojskowego i pracą dla jednego z najpotężniejszych i najzamożniejszych koncernów.
 
Lubię pisanie Andrzeja Ziemiańskiego. Każdorazowo daję się uwodzić jego opowieściom i z dużą przyjemnością zanurzam się w wykreowanym przez niego świecie. Lubię jego bohaterki - silne, zdeterminowane i lojalne wobec bliskich.
 
Polecam znajomość z Toy Iceberg:)

28 sierpnia 2017

Bonnie Leon. Tańcząc z delfinami.



Kiedy ostatnio spełniliście swoje marzenie? Małe lub duże - po prostu coś, co bardzo chcieliście zrobić, a co wydawało się Wam nierzeczywiste i zbyt trudne do zrealizowania? Trudne?

Pięcioro bohaterów powieści Bonnie Leon wyrusza kamperem w podróż przez Stany Zjednoczone, by móc spełnić swoje marzenia. Chcą popływać z dzikimi delfinami, nauczyć się prowadzić auto sportowe, zadebiutować śpiewając na scenie, a przy okazji spotkać się z członkami rodziny, którzy już od zbyt długiego czasu stali się dla nich nieobecni. Brzmi nieco szalenie, prawda? Jeśli jednak dodamy, że każda z pięciu osób zmaga się z nieuleczalną chorobą - odbierającą sprawność fizyczną lub psychiczną - sytuacja zaczyna się wydawać nie tylko szalona, ale może i nieco groźna.

Nie sposób oderwać tej powieści od życiorysu Autorki, która sama zmaga się z chorobą i doświadcza jej również jako osoba bliska osobom chorym. Stąd też zapewne doskonały sposób w jaki Bonnie Leon przedstawia myśli osoby zdanej na swoje - coraz mocniej zawodzące -  i pomoc innych.

Podoba mi się w tej książce wiele rzeczy, ale chyba najbardziej to, że jej bohaterowie postawieni są w sytuacji drogi - czyli w moim pojmowaniu tym, co najpełniej pozwala odkryć prawdę o sobie i osobach towarzyszących. Nigdzie indziej tak bardzo jak w podróży, musimy sprawdzać się w nowych warunkach, reagować sprawnie, nie przywiązywać się do wymyślonych wcześniej scenariuszy. Nigdzie indziej tak bardzo jak w podróży, musimy uczyć się kompromisów, by każdy towarzysz wędrowania czuł się we wspólnej drodze dobrze.

Tańcząc z delfinami to powieść, w której każdy z czytelników znajdzie coś dla siebie, która w każdym z nas pobudzi co innego. Przyjemnych odkryć Wam życzę:)

24 sierpnia 2017

Patrycja Malitka. Wymysły Malitki. DIY.


Tekst, który przeczytacie poniżej jest autorstwa Magdaleny Nowak, która o wiele więcej niż ja kompetencji do tego, by oceniać prace i książkę Patrycji Malitki. Zapraszam do lektury:)

48 pomysłów dla tych, którzy szukają inspiracji do działań w swojej przestrzeni domowej. Pięknie wydany album Patrycji Malitki prezentuje projekty DIY dla początkujących, jak i bardziej zaawansowanych. Cel - tworzenie, dekorowanie i przerabianie.
 
Nurt DIY (do it yourself – zrób to sam) pozwala na zmienianie przedmiotów, mebli za niewielkie pieniądze, wykorzystując do tego celu powszechnie dostępne materiały. Któż nie chciałby mieć mieszkania rodem z magazynu wnętrzarskiego? Na wszystko w swoim czasie i guście, z lekkimi modyfikacjami pozwalają Wymysły Malitki. Nie jest powiedziane, że każda wykonana przez kogoś rzecz w pełni komponuje się z naszym wnętrzem, stąd w książce pojawiają się potrzebne do zrealizowania pomysłu, materiały oraz instrukcja (przedstawiona z fotografiami). Kolejne pomysły pozwalają na inspiracje i eksperymentowanie we własnej przestrzeni. 
W albumie znajdziecie instrukcje, pomysły na zmianę Waszego otoczenia. Nie bez powodu książka została podzielona na cztery rozdziały – cztery pory roku. Przecież podczas każdej z nich mamy chęć na innego typu eksperymenty. Znajdziecie tutaj przekrój różnych projektów począwszy od świątecznych dekoracji stołu wielkanocnego, przygotowanie zielonego zakątka w domu (nie ograniczając się jedynie do roślinki w doniczce), poprzez meble codziennego użytku, które w prosty sposób dodadzą charakteru przestrzeni domowej. Wymysły  to również pomysły na aranżacje przyjemnego kącika letniego, który sprawi że odmienimy znudzone po zimie mieszkanie.

Poradnik dla tych, dla których przeznaczeniem jest działanie i poszukiwanie inspiracji oraz zmienianie. 
Polecam również zaglądnięcie na blog Patrycji Malitki.
Patrycja Malitka – blogerka, kobieta do zadań specjalnych, której kreatywności, a także umiejętności w dziedzinie majsterkowania mógłby pozazdrościć niejeden mężczyzna. 

23 sierpnia 2017

Mario Giordano. Ciotka Poldi i sycylijskie lwy.


Przyznaję - skusiłam się na powieść Mario Giordano, bo czułam gwałtowną potrzebę czegoś, co da odprężenie, a przy tym nie będzie zbyt zajmujące, ot takie przyjemne, na sensownym poziomie czytadło. Wątek kryminalny był interesującym wabikiem.
Moja ciotka Poldi w dniu swoich sześćdziesiątych urodzin wyprowadziła się na Sycylię, by tam elegancko zapić się na śmierć, spoglądając przy tym w morze. [s. 3]
I to zdanie otwierające książkę, przekonało mnie do Poldi. Trzeba bowiem nie lada fantazji, aby po barwnym życiu kostiumolożki telewizyjnej w Monachium osiąść w niewielkim sycylijskim miasteczku i żegnać się z życiem w sposób ekscentryczny i z rozmachem bliskim temu, z jakim się dotychczas żyło.

Jednak w umieraniu Poldi przeszkadzają różne zjawiska, którym ciotka narratora musi stawić czoło. W swoim bawarskim umiłowaniu do porządku nie może przejść obojętnie wobec morderstwa popełnionego na młodym człowieku, który czasami wspierał starszą panią świadcząc rozmaite usługi.

Znalazłam w Ciotce Poldi i sycylijskich lwach to czego się spodziewałam, a i nieco więcej niż oczekiwałam. Spośród modnych ostatnio kryminałów typu cozy, ten wyróżnia się zdecydowanie postacią głównej bohaterki: Poldi jest bardzo charakterystyczna, przebojowa, porywająca w swojej dociekliwości, podejściu do trudności i spraw przyjemnych, poglądach na znajomości męsko-damskie, czy ekspresyjnym słownictwie, a całość jest doprawiona gęstym i smakowitym sosem ironii:
I wtedy... wybuchła Etna.
Etna uchodzi za łagodny wulkan, z ubogą w gazy, mało wybuchową lawą, regularnie spuszczający ciśnienie. Owszem, co parędziesiąt lat strumień lasy rozwałkowuje na płask jakąś wioskę, a w siedemnastym wieku - połowę Katanii, ale wszystko to odbywa się zawsze pomalutku, bez pośpiechu, więc jest czas na wyniesienie rzeczy z salotto, zawiązanie dzieciom sznurówek, wypicie jeszcze jednaj caffe, a potem obserwowanie wszystkiego z bezpiecznej odległości.
[s. 377]
Lekko, ironicznie, z szacunkiem do radości życia. 

18 sierpnia 2017

Ronda i Rest szukają domu


W poprzednią środę, 9 sierpnia, zamieszkały w Kociokwikowym domu tymczasowym dwa koty. Mają około dwóch, może dwóch i pół miesięcy i jak każde kocie dzieci są żywiołowe, chętnie do poznawania świata, spragnione kontaktu z człowiekiem i innymi kotami. Uwielbiają jeść, spać, mruczeć, gonić za piłkami i ogonami siostry/brata. Duży okrągły drapak, podobnie jak umywalka w łazience, kosz na pranie, czy łóżko jawią się im jako poligony doświadczalne - wejdę czy nie, spadnę, czy zeskoczę, uda mi się schować, czy jednak mnie znajdą. Po prostu kocie szczęścia w pełnej krasie.

  

Szukanie domów/domu tym szczęściom jest jednak obarczone odrobiną niepewności. W wyniku choroby - kociego kataru - konieczna był zabieg enukleacji (czyli usunięcia gałki ocznej): u Rondy jednej, u Resta obydwu. Owa wspomniana niepewność wiąże się jedynie z tym, czy ktoś będzie chciał pokochać niewidzącego kota?

  

W kocim świecie zmysł wzroku jest ważny, tak jak u wszystkich zwierząt. Są jednak zmysły, które znacznie mocniej wspierają kota w jego codziennym funkcjonowaniu (czytajcie). Jest przecież i tak u ludzi, że gdy brakuje nam jednego ze sposobów poznawania świata, inne zmysły ulegają wyostrzeniu i doskonale sobie radzimy. U kotów (i pozostałych zwierząt) jest podobnie.


Ronda to odważne serce w maleńkim i szybciutko się poruszającym ciałku. Drapak, półka regału (przy okazji spada kilka książek), koło rowerowe, łóżko, drzwi balkonowe, plecy brata i dalej, dalej... Pokrzykuje bojowo w czasie tego pędu, a gdy się już nabiega, to ostatkiem przedsennych sił wbiega na moje kolana, przewraca się, zaczyna mruczeć i zasypia. W sekundę.


Rest jest ostrożniejszy. Postawiony w nowym miejscu zatacza coraz szersze kręgi, aż wreszcie wie, gdzie jest. Uszy ma nastawione na słuchanie, drżą przy najlżejszym dźwięku. Bez obaw wspina się na drapak, uwielbia buszować w koszyku z orzechami włoskimi, piłka z dzwonkiem w środku to dla niego powód do niezmordowanych rozgrywek. Z podobnym zapałem morduje szeleszczącą mysz, wspina się po zasłonie prysznicowej, czy robi tzw. dziurki zębowe w zakładkach do książek. Gdy zasypia ociera się o mnie, pcha w dłonie, domaga głaskania i burczy gulgocząc. Też zasypia w sekundę.

  

Noc przesypiają na wielkiej poduszce. Budzi ich moje dzień dobry i wyraźnie widać, że nie wiedzą czemu następuje ono tak wcześnie. Asystują mi przy myciu zębów i prysznicu, a gdy idę szykować się do pracy, jedzą - ciamkając i mlaszcząc - swoje śniadanie.

 

Ronda i Rest szukają domu lub domów. Byłoby idealnie, gdyby trafiły albo do domu wspólnego albo do takiego, gdzie już jest jakieś inne zwierzę. Formalnie są pod opieką Fundacji Przystanek Schronisko (czytajcie o adopcji), realnie - moją i jeszcze nie do końca przekonanych do nich Nusi i Sisi. Będę wdzięczna za udostępnianie informacji o Rondzie i Rescie. Wszystkie zdjęcia, te z numerem telefonu też, można powiększyć, wydrukować, itd.

 

Wierzę, że z Waszą pomocą Ronda i Rest zamieszkają w najlepszym dla siebie domu. Domu na zawsze.

16 sierpnia 2017

Fanny Joly. Pralinka. Pralinka nie daje za wygraną.

   

Przyznaję, że mam z Alinką Mętlik kłopot. Owszem, dziewczynka jest żywiołowa, przebojowa, sprytna (bo też trzeba nie lada sprytu, aby wieść w miarę spokojne życie z dwoma starszymi braćmi) i uparta, ale jednocześnie nie dostrzegłam w żadnej ze stworzonych przez Fanny Joly sytuacji, niczego, co pozwoliłoby mi poczuć do Alinki sympatię. A może już po prostu nie pamiętam jak to jest gdy się ma 8 lat?

Alinka ma brata Wiktora (lat 11), brata Jana-Maksencjusza (lat 9), rodziców prowadzących kwiaciarnię, najlepszą przyjaciółkę Celinę oraz ukochanego, Krzysia, który - niestety - jest uczniem tej samej klasy, do której chodzi Jan-Maks. Bracia dokuczają dziewczynce nazywając ją Pralinką-dziecinką, zabierając i wyśmiewając ulubionego pluszowego lwa, Gryzaczka i na tysiące innych sposobów. Odpowiedź Alinki jest dwojaka: gdy rodzice są w domu - włącza turbobek, gdy ich nie ma - radzi sobie doskonale sama.

Ośmiolatka większość doświadczeń życiowych rozpatruje pod kątem własnych korzyści. Jak zapewne każdy z nas w dzieciństwie, w domu pomaga najchętniej wówczas, gdy chce o coś poprosić rodziców. Nową sukienkę koleżanki chwali, a jednocześnie odczuwa zazdrość tak wielką, że przy najbliższej okazji zabiera do sklepu rodziców i namawia ich do zakupu. Przyjmując pod opiekę królika koleżanki, nie uzgadnia tego z rodzicami, i w efekcie królik trafia w ręce Wiktora i Jan-Maksa, którzy zrzucali go po desce do napełnionej wodą wanienki. Z samochodu taty usuwa w przeddzień wyjazdu części zapasowe, by móc w nich schować swoje pudełko ze skarbami. Właściwie jest tylko jedna osoba, dla której Alinka jest w stanie zrobić wiele - jest nią Krzyś, chłopiec, w którym Alinka się podkochuje. Jego odwiedza podczas choroby, dla niego uczy się ról postaci grających w szkolnym spektaklu i wydaje własne pieniądze na ulubione ciastka kolegi.

Dorota Wellman w opinii o bohaterce książki Fanny Joly zamieszczonej na okładce pisze: Mam nadzieję, że wyrośnie z niej kobieta z charakterem. Zapewne. Pytanie tylko brzmi - z jakim? I czy na pewno chcemy mieć takie koleżanki jak Alinka?

07 sierpnia 2017

Katherine Webb. Angielka.


Najnowsza powieść Katherine Webb rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych - w końcówce XIX wieku i w latach pięćdziesiątych wieku dwudziestego. Bohaterkami są dwie kobiety, których marzenia związane były z podróżami, a ściślej mówiąc z tym, by odkrywać, by wędrować przez pustynie Arabii.
(...) śniła o pustyni. Śniła o ciszy, w której wszystko wokół zwalniało tempo, tak że odległa przeszłość i nadchodząca dopiero przyszłość wydawały się w zasięgu ręki - i poczuła się wolna. Śniła o tym spokoju, którego nic - ani samotność, ani miłość, ani wyrwa w jej piersi - nie mogło zakłócić, i obudziła się, płacząc z tęsknoty (...) [s. 245]
Maude Vickery, zakochana w przyjacielu brata, ucieka przed ową  miłością nie do spełnienia w pasję podróży. Kobieta marzy o tym, by dotrzeć tam, gdzie żaden biały przed nią nie dotarł, pragnie być odkrywcą, pionierem. I gdy już podejmuje wysiłek, wędruje przez pustynię narażając życie swoje i swoich pomocników/służących, miłość do Nathaniela ponownie stawia ją wobec wyzwania, sprawdza jej lojalność.

Żyjąca ponad pół wieku później Joan Seabrook marzy by poznać Maud, by wyrazić jej swą wdzięczność na otwarcie pewnej dekady w samodzielności kobiet w pustynnych częściach świata. Spotkawszy swoją idolkę czuje się nieco zlekceważona i stara się zyskać aprobatę starszej podróżniczki. Czasami zbyt mocno...

O ile postać Maude jest dla mnie jest wyrazista - silna, twarda kobieta, która im starsza, tym bardziej napędzana poczuciem krzywdy, dąży do zemsty na tym, który odebrał jej sławę, tak Joan nie wzbudziła we mnie zrozumienia. Starsza z kobiet - mimo, że mało sympatyczna, wyrachowana - jest w powieści postacią katalizującą emocje. Młodszej niestety nie da się przypisać tej cechy. Jest rozchwiana, niepewna siebie i widać wyraźnie, jak mocny wpływ wywarła na nią rodzina, a szczególnie matka. Joan stara się zadowolić Maude, nie ściągnąć kłopotów na przyjaciela rodziny, pełniącego funkcję wezyra (ministra spraw zagranicznych) w Maskacie, uwolnić buntownika, zadbać o bezpieczeństwo brata i jego wojskowych kompanów z Sułtańskich Sił Zbrojnych, którzy z buntownikami walczą. Jeśli dołożyć do tego kłopoty z narzeczonym i strach przed tym, by pozwolić sobie na uświadomienie tego, co one oznaczają, to - przyznacie - trudno przyjąć, że Joan jest uporządkowaną, dążącą do jasno określonego celu, kobietą.

Ciekawie było patrzeć, w jaki sposób Katherine Webb pozwala swoich bohaterkom mierzyć się z własnymi ograniczeniami, jak starsza manipuluje młodszą, naiwną i dającą wodzić się komuś kogo uznaje, za autorytet. W tle rozgrywa się historia Omanu, a całość pobrzmiewa szelestem piasku niesionego przez pustynny wiatr i pachnie orientalnymi przyprawami.

04 sierpnia 2017

Adriana Trigiani. Pula szczęścia, marzeń, nadziei.


Ave Maria, kobieta o rzadko spotykanym imieniu, mieszka w Big Stone Gap, niewielkim górniczym miasteczku. Gdy umiera jej matka, dziewczyna dowiaduje się, że mężczyzna, którego dotychczas uważała za ojca nim nie jest, a swoich korzeni, zarówno po kądzieli, jak i po mieczu, powinna szukać we Włoszech. Ave Maria otrzymuje w spadku aptekę, działa w Brygadach Ratunkowych, mnóstwo czyta i jest przekonana, że samotne życie wieść będzie do końca swych dni.

Cykl Big Stone Gap to jednak nie tylko losy Ave Marii. Jak to zwykle bywa z cyklami powieściowymi osadzonymi na amerykańskiej prowincji, w książkach mamy obraz całej społeczności z jej radościami i smutkami. Przedstawienia teatralne, odwiedziny gwiazdy, narodziny, choroby i śmierć, nowe auta, nowe fryzury, czy otwierany tuż koło apteki bufet, to tematy do rozmów, roztrząsania, do współodczuwania i przeżywania z tymi, których dotyczą najbardziej.

Powieści Adriany Trigiani są rozsądnie napisane. Daleko im do lekkich czytadeł, o których zapominamy, gdy tylko odwrócimy ostatnia kartkę w książce. Na szerokim obyczajowym tle Autora pokazuje to, co stanowi podstawę naszego funkcjonowania - więzi rodzinne i przyjacielskie. Ave Maria i jej bliscy miewają wątpliwości, pokusy, lepsze i gorsze dni, ale wciąż się uczą tego, jak być dla siebie dobrymi, jak dbać o ludzi dla nas ważnych i jak okazywać innym, że ich obecność jest dla nas ubogacaniem. 

Pula szczęścia, Pula marzeń i Pula nadziei prowadzą czytelników przez dorosłe życie Ave Marii pokazując jego odcienie. Łatwo jest odnaleźć w tym, co przeżywają bohaterowie serii Big Stone Gap, siebie i swoje doświadczenia, zaskakujące może okazać się, jak inni radzą sobie, w podobnych do tych przeżywanych przez nas, sytuacjach.

Polecam.

P.S. Jeśli lubicie książki Jan Karon, to może polubicie i tę trylogię?

03 sierpnia 2017

Jojo Moyes. We wspólnym rytmie.


Kolejny raz udało się Jojo Moyes wzbudzić we mnie emocje. Ale może to nic dziwnego, bo po pierwsze to właśnie ta autorka, a po drugie - powieść w dużej mierze opiera się na więzi łączącej człowieka ze zwierzęciem.

Sarah ma dziadka i konia. I nic poza tym. W szkolnej hierarchii bywa na samym dnie, nie zależy jej na niczym innym niż na tym, by spędzać czas z dwojgiem najbliższych jej istot, by sprostać naukom dziadka i jednocześnie stać się lepszą towarzyszką dla Boo, muskularnego, międzianowłosego, gorącokrwistego konia. Poddaje jest wskazówkom Henri'ego Lachapelle, jeźdźca z Le Cadre Noir i wierzy mocno w to, że kiedyś wraz z nim pojedzie do Francji, że dane jej będzie osiągnąć takie efekt:


Natasha Macauley jest prawniczką. Prowadzi kilka zajmujących spraw, jest coraz bliższa temu, by zostać wspólniczką w kancelarii, w której pracuje i choć życie zawodowe jej rozkwita, to jednak kosztem życia prywatnego - jej mąż mieszka oddzielnie i zbliża się czas, w którym ona i Mac powinni podjąć decyzję o rozwodzie.

Los zderza obydwie kobiety - młodszą i starszą. Zderza, łączy i odmienia.

Czułam się przedziwnie podczas lektury. Z jednej strony chciałam jak najszybciej poznać to, co się wydarzy w życiu Sarah i Natashy, z drugiej - nie chciałam przyspieszać, czy opuszczać czegokolwiek, bo za dobrze mi się tkwiło w świecie opisanym przez Jojo Moyes. Robiło na mnie wrażenie to, jak Autorka żonglowała doświadczeniami i emocjami bohaterów oraz moimi. Współodczuwałam z Sarah jej determinację, złościłam się wraz z Mackiem na Natashę i czułam szacunek do pana Lachapelle oraz Kowboja Johny'ego.

Doceniam kunszt z jakim Jojo Moyes opowiada historie. Nie widziałam filmu zrealizowanego na podstawie jej powieści, ale podczas lektury We wspólnym rytmie nie opuszczała mnie myśl o tym, że ta książka to doskonały materiał do ekranizacji. Może Robert Redford odnalazłby się w roli dziadka Lachapelle?

31 lipca 2017

Niedzielnik nr 66 (w poniedziałek)


Uświadomiłam sobie dziś, że grafika zapowiadająca niedzielnik jest, delikatnie mówiąc, niedzisiejsza. Oraz, że w codziennej pracy korzystam z programów graficznych, a blog niby ten szewc bez butów (grafiki niedzielnikowej) chodzi. I oto jest - prosto i na nowo.

22 maja miałam zabieg chirurgiczny z lekka ograniczający sprawność nogi. Piszę z lekka, bo 11 czerwca wskoczyłam na rower na niedaleką, bo sześćdziesięciokilometrową trasę. A, że noga okazała się być sprawniejsza niż można było oczekiwać, a lato dopisuje, to od tamtej pory przejechałam, głównie w weekendy, ponad 1500 km. 


Jeżdżę, oglądam, poznaję nowe miejsca, odkrywam ciekawostki, o których zapewne nie wiedziałabym, gdyby nie rower. Nastawiona na letni tryb - czyli kawa i lody - śledzę na rynkach odwiedzanych miasteczek oryginalne lodziarnie i kawiarnie, rozsmakowuję się i nabieram energii do dalszej wędrówki. Czasami też przyjemne (jeżdżenie) łączy się z przyjemnym (pływaniem) i to już zupełnie jest frajda.


Dobrze widzicie - przez siodełko roweru przewieszona jest zwiewna sukienka zakończona koronką. Od pewnego czasu jeżdżę w sukienkach. Wystarczy strój sportowy założyć pod spód i choć nie zawsze sportowe buty pasują do wielobarwnej tuniki czy rozkloszowanej sukni, czuję się w takim zestawieniu bardzo sympatycznie. Spróbujcie:)

Lato w pełni, rynek książkowy zachęca głównie do lektur lekkich bądź to romantyczno-obyczajowych, bądź to z wątkiem kryminalnym. Daję się uwieść i takim, i takim, choć nieustająco obiecuję sobie, że wreszcie ruszę te książki, które przyniesione z biblioteki pomogą mi zrealizować zachętę do letniego poznawania (lub odświeżania) twórczości Natalii Rolleczek. Akcję Urocze wakacje z powieściami... wymyśliła Pyza Wędrowniczka i wielkie jej za to dzięki:)


Zachęcam, wakacje dopiero na półmetku:)

Pozostając w tematyce okołoliterackiej chcę tych z Was, którzy wybierają się na Off Festival, zachęcić do odwiedzenia Kawiarenki Literackiej.


Wraz z Magdaleną Majcher będziemy rozmawiały z Wami o tym, co czytać warto, w sobotę i niedzielę w Czytelniczym Domku. 

Książki, rower, bogactwo smaków dojrzałych owoców i warzyw, opalenizna, woda, dobre towarzystwo (kolejność przypadkowa) to esencja letnich dni. Mimo, że zachwycam się nimi, czerpię siłę i entuzjazm, to czekam już na wrzesień i wyjazd na Mazury. I choć w tym roku przemierzać rodzinne strony będę bez Mamutka, to już nie mogę się doczekać.


26 lipca 2017

Vanessa Farquharson. Zieloni śpią nago.


Pewnie nie zauważyłabym tej książki, gdyby nie to, że stała wśród wielu innych polecanych letnich lektur na specjalnym regale przygotowanych przez bibliotekarki. Pożyczyłam, zaczęłam czytać i czytałam wiedziona jedynie chęcią solidnego doczytania, żeby przekonać się czy to, że książka nie spodobała jest uzasadnione.

Jest.

Dziennikarka czasopisma National Post w lutym 2007 roku postanowiła zmienić swoje nawyki i zostać osobą świadomą ekologicznie. Obiecała sobie i czytelnikom, założonego w celu wytrwałości w postanowieniu, bloga, że każdego dnia będzie wprowadzała jedną zmianę. Każdy z miesięcy, w książce, stanowi spory rozdział, bo choć Autorka nie opisuje wszystkich wymienianych na początku miesiąca zmian, to kilka z nich uznaje na tyle ważne, by szczegółowiej o nich napisać.

Mamy zatem: zatrzymuj się wyłącznie w hotelach przyjaznych środowisku, bierz dwuminutowe prysznice, nie używaj piekarnika, przykręć termostat, śpij nago, susz naczynia na półce zmywarki, nad roślinami, prasuj ubrania tylko na specjalne okazje, naucz się szyć i naprawiać ubrania, jedz lody w wafelku, a nie plastikowym pojemniku, rób dżemy i przetwory, kupuj wyłącznie używany sprzęt sportowy, czyli kompletnie wszystko, wymieszane ze sobą i dotykające mniejszych i większych obszarów życia.

I byłoby miło, gdyby nie to, że Autorka niemalże każdą podejmowaną zmianę torpeduje czyniąc to w stylu trzpiotowatej dziewoi, która owszem - chce być ekologiczną, ale wolałaby nie wprowadzać żadnych rewolucji w życiu. Czasami odnosiłam wrażenie, że wymyślona przez nią ekologiczna nowość już od samego początku budzi jej sprzeciw i to na tyle silny, bo pisząc o niej i wdrażając ją, robiła to tak, by pokazać, że nie warto, że za mało znacząca, że nie ma powodu, by się tego podejmować.

Czas jakiś temu zapanowała moda na książki powstające na podstawie blogów projektowych. Była robiąca furorę Julie&Julia, były inne, które przekuwały pomysły na fascynację czytelników z całego świata i wreszcie formę drukowaną. Niektóre z nich są warte uwagi, niektóre znacznie mniej. Obawiam się, że Zieloni śpią nago należy do drugiej grupy.

24 lipca 2017

Catherine Poulain. Wielki marynarz.

Od chwili, w której przeczytałam fragment wywiadu z Catherine Poulain, w którym Autorka mówi:
Uwielbiam czuć, jak moje ciało walczy, jak zmusza mnie do jeszcze jednego kroku, jeszcze jednego wysiłku. Mogłabym spędzić życie leżąc na kanapie i gapiąc się w telewizor, ale wtedy umarłabym szybko z nudów. Aktywność i ruch są dla mnie bardzo ważne. Ten fizyczny świat daje też niesamowity spokój. Doświadczam go, gdy moje ciało jest wyczerpane wysiłkiem. To najlepszy zabójca dla chorób duszy.
wiedziałam, że MUSZĘ przeczytać Wielkiego marynarza.

Lili przyjechała z Prowansji na Alaskę. Wiedziona chęcią bycia rybakiem, nie bacząc na przewidywane trudności związane z życiem na kutrze, w społeczności zdominowanej przez mężczyzn i uzależnionej od Natury i jej mocy, zaokrętowała się i wyruszyła na morze.

Podczas czytania tej powieści (o silnym wątku autobiograficznym) zastanawiałam się, czy zazdroszczę, czy współczuję bohaterce. A może to jeszcze inne uczucia, które nie jest łatwo sklasyfikować? Z pewnością czułam podziw dla jej determinacji, dla tego, jak wiele jest w stanie znieść, by spełnić to, o czym marzyła, czego dla siebie chciała. Poranione dłonie, zimno, wilgoć, zabijanie ryb, docinki kolegów, sen na podłodze, bo koja należy do tego, kto przyszedł pierwszy. Pewnego rodzaju samotność pomiędzy innymi ludźmi. Podziwiałam jej nieustępliwość, to, że walczyła o swoje mimo pękniętych kości, krzywdząco niskiej stawki za pracę, brak czegoś, co nazywamy komfortem, a co dla większości z nas jest oczywiste.

Gdy towarzyszyłam Lili w mierzeniu własnych ograniczeń czułam się silna jak ona i jednocześnie słaba, bo przecież tylko czytam o jej doświadczeniach, siedząc w wygodnym fotelu, w cieple, z kawą pod ręką. I zastanawiałam się co człowieka pcha do tego, by tak bardzo walczyć. Z sobą? O siebie? Od czego trzeba uciekać lub ku czemu dążyć, by znajdować w sobie tyle mocy? A może to nazbyt wydumane pytania? Może odpowiedź jest prosta: chcę być rybakiem i nim będę. I koniec. Może nie ma tu miejsca na rozważania, a jest czas/miejsce na przyjęcie konkretnych słów: chcę pracować.
Zapach pełnego morza. Wąchać powietrze jak koń, aż do zawrotu głowy, kiedy ciało jest stwardniałe od zimna. Fale są we mnie. Już przypomniałam sobie tempo i rytm głębokich pchnięć, które z morza przechodzą na statek, a ze statku na mnie. Idą w górę od stóp, przenikają lędźwie. A może to miłość. [ss. 117-118]
Wielki marynarz to powieść, która zabierze Was w twardy świat alaskańskich rybaków. I równie twardy kobiecej determinacji.

20 lipca 2017

Raphaëlle Giordano. Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest jedno.

Rewelacyjny tytuł, prawda?

Tak naprawdę nie wiem czego się spodziewałam po tej książce. Zauroczył mnie tytuł i  opis głoszący, że jest to książka ucząca zrywania z rutyną.

Camille ma męża, dziecko, pracę, która może nie do końca jest tym o czym marzyła, ale dającą stabilizację finansową i pozwalającą na system obowiązków służbowych dopasowany do potrzeb matki. Ma też, coraz częściej, napady frustracji, niezadowolenia z życia, zniechęcenia. Gdy pewnego wieczoru wszystko idzie nie tak jak powinno, kobieta trafia do człowieka, który przedstawia się jej jako rutynolog i diagnozuje ją jako ofiarę ostrego rutynizmu.

Dalsza historia jest ujmująco prosta: Claude niczym przewodnik w ciemnościach stwarza okazje ku temu, by Camille zaczęła pracować nad sobą i dostrzegać dawno uśpione, przygniecione codziennością pragnienia, marzenia, szczęście. Podążając za jego wskazówkami kobieta wiele dowiaduje się o sobie, swoim małżeństwie i swojej rodzinie oraz relacjach z ludźmi spoza niej.

Gdy czytałam Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest jedno nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś podobnego znam. I dopiero pod koniec mnie olśniło – podobnie stworzone są historie opowiadane przez Josteina Gaardera w Świecie Zofii i Podróży Teo.


Czasami okazuje się, że to co najbliżej i to, co najprostsze, może być odpowiedzią na nasze poszukiwania. Rozejrzyjcie się, a jeśli wciąż niczego nie dostrzegacie, sięgnijcie po wskazówki rutynologa i pozbądźcie się z życia zgody na rutynowe złość, zniechęcenie, marazm. Świat będzie piękniejszy z Waszym uśmiechem.

19 lipca 2017

Bonnie Leon. Sięgając chmur.

Jest rok 1935. W Ameryce szaleje kryzys, wielu mężczyzn traci pracę i mnóstwo rodzin podupada finansowo. Są jednak tacy, którzy ów – niesprzyjający czas – zamierzają potraktować jako okazję do podjęcia wyzwania i zrealizowania swoich marzeń. Tym kimś jest Kate Evans, młoda kobieta, pilotka, która szkolona od lat dziecięcych przez ojca, postanawia - nomen omen – rozwinąć skrzydła. Opuszcza farmę rodziców w stanie Waszyngton, rozstaje się z narzeczonym i wyrusza na Alaskę, by tam szukać spełnienia swoich pragnień o lataniu.

Albo nastąpił wyjątkowy urodzaj na powieści rozgrywające się wśród alaskańskich krajobrazów, albo takie powieści w przedziwny sposób trafiają do moich rąk. Sięgając chmur jest kolejną i choć każda z nich jest inna od pozostałych, adresowana do innego odbiorcy, czy po prostu pisana w odmiennym od reszty stylu, to ów element łączący, czyli Alaska, budzi we mnie tak wielką ciekawość, że nie potrafię się im oprzeć.

Podziwiam Kate i jej determinację wywodzącą się z marzeń. Wystartowawszy z domowego pasa startowego dotarła do Anchorage i odważnie zapytała o pracę. Czasy nie sprzyjały kobietom pilotkom, a już szczególnie kobietom, które chciały pilotować samoloty przewożące ludzi nad białym pięknem Alaski. A jednak – dwudziestopięciolatka poradziła sobie doskonale znajdując pracę (nie taką o jaką jej chodziło, ale wszystko w swoim czasie), mieszkanie, a czas jakiś później zajmując się tym, co sprawiało jej szczęście.


Jestem ciekawa kolejnej powieści z serii Niebo nad Alaską. Powieść Bonnie Leon jest pozytywną historią o tym, że zawsze trzeba wierzyć w swoje marzenia i żyć tak, jakby ich spełnienie było czymś najoczywistszym na świecie.

18 lipca 2017

Anna McPartlin. To, co nas dzieli.


Polubiłam sposób w jaki Anna McPartlin pisze. Przeczytawszy Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu i Ostatnie dni Królika, wypatruję kolejnej powieści jej autorstwa. Cieszy mnie to, jak Autorka snuje opowiadane czytelnikom historie, ale i to, że wydawnictwo utrzymuje jednolity zamysł graficzny jej książek.

Eve i Lily będąc dziećmi stanowiły nierozłączną parę. Lily niemalże mieszkała w domu przyjaciółki, stanowiła kolejną – oczywistą – osobę przy stole, w ogrodzie, podczas zabawy i nieco poważniejszych rozmów. I nagle, pewnego lata, tuż przed studiami wydarza się coś, co sprawia, że relacje między nimi wygasają. Dziewczyny rozstają się i nie mają ze sobą kontaktu.

Dwadzieścia lat później, Eve spotyka się z tym samym mężczyzną, z którym tworzyła parę, gdy byli nastolatkami. On ma żonę, a ona po prostu cieszy się jego bliskością. Lily jest żoną Declana, którego dziewczyną była kilkanaście lat wcześniej. Eve w wyniku wypadku trafia do szpitala, w którym jedną z pielęgniarek jest jej przyjaciółka z dziecięcych lat. Okazuje się, że czas nie wymazuje niektórych emocji.

Kolejny raz Anna McPartlin pobudziła moją ciekawość. Zbliżałam się do zakończenia książki tuż przed wyjściem na spotkanie rozpoczynające całodniową wyprawę rowerową i stałam w stroju rowerowym, obok roweru, nerwowo zerkając na zegarek i prowadząc swoisty wyścig z czasem: doczytam i spóźnię się na spotkanie, czy odłożę, żeby w spokoju, dobrze i dokładnie przeczytać ostatnie strony i odkryć wszelkie zagadki jakimi na koniec uraczy czytelników Autorka.


O tym kim stały się dla siebie Eve i Lily i dlaczego, dowiedziałam się po powrocie z wyjazdu. Po prostu – pewne rzeczy lepiej smakują na chłodno;)

11 lipca 2017

Almudena Grandes. Pocałunki składane na chlebie.


Spis treści tej książki to trzy słowa: przedtem, teraz, później. W takiej to oto przestrzeni czasowej zaglądamy do jednej z madryckich dzielnic, do okazałych kamienic, skromniejszych domów, czy miejsc, które z trudem zasługują na miano domu, bo są miejscem tymczasowego schronienia. Do dzielnicy, która barwnością, kolorytem budzi tęsknoty, pragnienia, spokój i jednocześnie pobudza. Dzielnicy, która jest taka jak ci, którzy w niej mieszkają. A oni są - jak pisze autorka - najwartościowszym elementem tego pejzażu, różnorodni i odmienni, uporządkowani bądź chaotyczni.

W powieści Pocałunki składane na chlebie nie ma fajerwerków - jest codzienności z jej barwnością, z radościami, smutkami, pasjami i nudą, czyli tym wszystkim, czego doświadczamy w każdym dniu i czego doświadczają bohaterowie książki.

Czas w jakim ich poznajemy jest czasem kryzysu - pensje maleją, przedsiębiorcy zwalniają pracowników, banki odbierają mieszkania tym, którzy nagle, w wyniku załamania rynku finansowego, nie mogą sobie pozwolić na płacenie kolejnych rat kredytu. W szkołach pojawiają się dzieci bez drugich śniadań, pracy - nawet w barach, czy stróżówkach - trzeba szukać przez znajomych i z polecenia, a utrata dorobku życia w postaci własnej firmy przydarza się zbyt często.

Rodziny zamieszkujące opisywaną dzielnicę parają się rożnymi rzeczami. I w tym, co robią zawodowo, ale także w życiu rodzinnym, czy wśród przyjaciół widać ów wspomniany powyżej kryzys. Widać, ale mimo, iż zdarza się, że jest on dominującym tematem w rozmowach, powieść nie wybrzmiewa negatywie, ani przygnębiająco. Owszem - niektórzy z bohaterów czują się zdezorientowani, oszołomieni tym, co ich spotkało, lecz jednocześnie wciąż z dużą dawką zaufania spoglądają w przyszłość, wierzą, że gdy tylko przetrwają ciężkie momenty, to będzie lepiej. Umacniają ich w tym przekonaniu bliscy, sąsiedzi, ludzie, dobrego serca, którzy wciąż jeszcze mają więcej (pieniędzy, możliwości, determinacji) niż inni.

Pocałunki składane na chlebie to wyjątkowa, bo literacka, szansa na to, by zajrzeć do domów, życia Madrytczyków. Życia, spokojnego w niespokojnych czasach, życia, któremu globalizacja i kryzysy finansowe stawiają wyzwania, życia, które możemy uznać za dobre wówczas, gdy wokół nas mamy dobrych ludzi.

Zajrzyjcie do Madrytu opisanego przez Almudenę Grandes.

10 lipca 2017

Tamsyn Murray. Drugie bicie serca.



Ostatnio, jak widzicie, często sięgam po powieści młodzieżowe. Niby nie mam bezpośredniej styczności z nastoletnią grupą wiekową, ale przynajmniej w ten sposób staram się nadrobić pewne, uciekające, informacje o (pop)kulturze młodych. O czym dziś?

Jonny Webb ma świadomość ryzyka śmierci. Wie, że bez przeszczepu serca umrze - maszyna zwana Berlin Heart pompuje jego krew, ale wystarczy, że wytworzy się skrzep i grozi mu albo zator albo zgon. Sam o sobie mówi: jestem chłopcem bez przyszłości (...) zabijam czas i czekam, aż odpowiednia osoba umrze w odpowiedni sposób. [s. 8]

Piętnastoletni Leo cieszy się uznaniem kolegów, sympatią dziewczyn, wyrozumiałością nauczycieli i miłością rodziców. Również jego siostra bliźniaczka, mimo, iż starannie to ukrywa, czuje się bardzo z nim związana. Chłopak odnosi sukcesy w sporcie, jest popularny i zdecydowanie można go określić mianem gwiazdy.

Co Jonny i Leo mają wspólnego? Serce. A także Niamh, o której wiemy, że jest siostrą bliźniaczką Leo (choć nie wiemy jaki był jego stosunek do niej) i jednocześnie pierwszą miłością Jonnego. Czy to możliwe? I jak się w tym odnaleźć?

Powieść Tamsyn Murray podejmuje niełatwy temat transplantologii. A może mówiąc nieco prościej - tego, czy po śmieci kogoś bliskiego zdecydujemy się przekazać części jego ciała innym osobom, tym, które umrą jeśli nie dostaną czyjegoś - jak w tym przypadku - serca. I tego, czy zachowanie w tajemnicy tożsamości dawcy ma sens.

Ubrana w nastoletni klimat powieść, oprócz tak istotnych tematów o jakich powyżej, dotyka także i tych, które są ważne dla każdego z nas - relacji rodzinnych, śmierci, przyjaźni, czy pierwszej miłości. 

Tamsyn Murray, którą spotykam na swojej czytelniczej drodze pierwszy raz, udanie połączyła trudne kwestie z niefrasobliwością właściwą nastolatkom. I choć jej bohaterowie stają wobec wyzwań - dzięki wsparciu bliskich osób potrafią się z nimi zmierzyć. Nie zawsze jednak zwyciężyć.

Zachęcam do lektury.

05 lipca 2017

Magda Stachula. Trzecia.


Gdy w ubiegłoroczne lato czytałam Idealną Magdy Stachuli świat wokół mnie nikł na rzecz powieściowych wydarzeń. Świat kolejnej książki Autorki opuszczało mi się także trudno.

Schemat, który doskonale sprawdził się przy premierowej powieści i tu okazał się być idealny. Troje bohaterów: Eliza, Liliana, Anton. Każdy z nich opowiada swoją historię i dopiero w trakcie poznawania ich losów zauważamy cieniutkie wątki splatające się w coraz silniejsze zależności. Psychoterapeutka, muzyk o polsko-rosyjskim pochodzeniu, kobieta sukcesu. Co jest elementem spajającym?

Magda Stachula porusza w powieści sporo tematów, o których - być może - w zabieganej codzienności, nie myślimy. Jest tu mowa o odpowiedzialności, miłości, zaufaniu. Jest o chorobach, nienawiści, poczuciu winy. Ważną sprawą, choć pozornie taką jakby nieco w tle, okazują się być dane osobiste, zdjęcia, które beztrosko rozsiewamy po Internecie. 

Trudno znaleźć słowa do tego, by zachęcić Was do lektury i jednocześnie nie zdradzić zbyt wiele. Powiem jedynie, że ostatnio (jak zresztą widzicie na blogu) odeszłam nieco od książek kryminalnych, sensacyjnych czy thillerów. Jednak Trzeciej nie potrafiłam się oprzeć i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - cieszę się, że nie potrafiłam. 

Najnowsza powieść Magdy Stachuli to historia, która będzie Wam towarzyszyła bez względu na to, w którym momencie i na jak długo odłożycie książkę. Historia, której nie będziecie umieli opuścić.

03 lipca 2017

Sara Barnard. Piękne złamane serca.


Powieść Sary Barnard, adresowana głownie do młodych osób, niesie ze sobą emocje, które nie tylko pokazują jak ważna jest w okresie dorastania niezachwiana niczym, acz dobrze pojmowana, przyjaźń, ale także to, jak złe doświadczenia jednej osoby mogą – niczym choroba zakaźna – rozprzestrzeniać się i krzywdzić tych, którzy osobiście ich nie doświadczyli.

Szesnastolatki Rosie i Caddy przyjaźnią się od lat. Wiedzą o sobie wszystko, znają gesty, nastroje, mimikę, traktują domy i rodziny drugiej osoby jak swoje własne i mimo, że chodzą do innych szkół, są w stałym, intensywnym kontakcie. Caddy, ta spokojniejsza, mniej pewna siebie, nieco zahukana, określa listę celów jakie zamierza zrealizować przed siedemnastymi urodzinami:
1. Znajdę sobie chłopaka. Prawdziwego.
2. Stracę dziewictwo.
3. Doświadczę w życiu Epokowego Wydarzenia.
[s. 17]
Kiedy w szkole Rosie pojawia się nowa, to fascynacja jej urodą, przebojowością i lekką tajemniczością, ogarnia obydwie dziewczyny. O ile jednak Rosie potrafi do nowej koleżanki nabrać dystansu, dla Caddie Suzanne staje się wzorcem osoby jaką ona sama chciałaby być. Nastolatka traktuje koleżankę bezkrytycznie i to bez względu na wydarzenia w jakich, w wyniku postępowania Suzie, uczestniczy.

Opowieść stworzona przez Sarę Barnard jest historią pięknej przyjaźni. Jest również historią o doświadczeniu przemocy i tym, jakie owo doświadczenie ma wpływ na osobę będącą ofiarą przemocy – jej relacje z innymi, postrzeganie siebie, dążenie do autodestrukcji, czy rozwój osobowości. Bohaterki powieści Piękne złamane serca stają wobec wyzwania, na które nikt ich nie przygotował i z którym – tak naprawdę – żadna z nich nie ma prawa sobie poradzić bez pomocy dorosłych.

Książki dla dorastających zaskakują mnie bardzo. Ta również; pozytywnie.

28 czerwca 2017

Kiedy umiera Twój pies


Kiedy umiera Twój pies, to idąc przez stoisko warzywne w supermarkecie uświadamiasz sobie, że od dziś marchewkę będziesz kupowała tylko dla siebie.


Kiedy umiera Twój pies, to nie wiadomo kiedy koty mają jeść, bo od wielu miesięcy jadły razem z psem, po psim spacerze.


Kiedy umiera Twój pies, to gdy robisz coś w kuchni okazuje się, że możesz się swobodnie poruszać, bo nikt nie siedzi na środku pomieszczenia wpatrując się łakomie i z nadzieją w Twoje ręce i nie znosisz tej swobody poruszania.


Kiedy umiera Twój pies, a w słuchawce słyszysz głos Waszego weterynarza jadę, bez względu na porę nocy, o której dzwonisz, to wiesz, że on zrobi wszystko, co w jego mocy, by uratować Twojego psa, a gdy medycyna przegra, to nie będziesz musiała patrzeć bezsilnie na cierpienie zwierzęcia, które kochasz.


Kiedy umiera Twój pies, to gdy wyniesiesz jego legowisko, piłki, karmę, ulubione koce, robi się w domowej przestrzeni luka - luka nie do zapełnienia.


Kiedy umiera Twój pies, to wychodząc spod prysznica już nie musisz uważać, żeby nie nadepnąć ogona psa śpiącego na ręczniku przed brodzikiem, w którym się myjesz i nie chcesz tego nieuważania.


Kiedy umiera Twój pies, to szepczesz mu do ucha piękne słowa o bieganiu, smakołykach, zapachu innych zwierząt i wietrze poruszającym uszy i wąsy, a w twojej głowie wciąż się kłębią wyrzuty sumienia, że dawałeś mu za mało czasu, za mało głaskania, za mało czesania ogona, za mało...


Kiedy umiera Twój pies, to nie musisz nikomu pokazywać filiżanki z kawą, żeby się upewnił, że to na pewno tylko kawa, a nie jakiś smakołyk dla psa pachnący kawą i myśląc o tym z trudem podnosisz do ust filiżankę.


Kiedy umiera Twój pies, to brakuje Ci w domu oddechu. Są kocie, ale i tak brakuje jednego. Ten brak nie pozwala Ci usnąć.


Kiedy umiera Twój pies, to wiesz, że trudno będzie Ci się zmotywować, aby w zimowy wczesny poranek iść do parku oglądać tropy zajęcze na śniegu.


Kiedy umiera Twój pies, to uświadamiasz sobie, że liczba zwierząt w Kociokwiku, która wieńczy niektóre z Twoich haseł, ponownie się zdezaktualizowała i to tak bardzo wyraźnie.


Kiedy umiera Twój pies, to nagle masz około trzy godziny dziennie, z którym nie wiesz co zrobić. Masz ochotę je przepłakać.


Kiedy umiera Twój pies to czujesz jakby ktoś odłączył Cię od prądu. Nie możesz spać, czytać, jeść, poruszasz się jak we mgle.


Kiedy umiera Twój pies, to wiesz, że już żadne kocię nie doświadczy już zachłannej psiej opieki i smutno Ci w imieniu tych nieznanych jeszcze kociąt, które być może trafią w przyszłości do Waszego domu tymczasowego.


Kiedy umiera Twój pies, to boisz się wyjść z domu i spotkać tych wszystkich ludzi, dla których dotychczas byłyście nierozłączne.


Kiedy umiera Twój pies, to wiesz, że 3 lata i 8 miesięcy to zbyt krótki czas, by móc się kimś nacieszyć i wystarczająco długi, by powstała nierozerwalna więź.