30 lipca 2009

Stefan Chwin. Złoty pelikan.


Mam problem ze "Złotym pelikanem". Przeczytałam 3/4, a że zmieniałam miejsce pobytu odałam ksiażkę do biblioteki, by pożyczyć ją ponownie w nowym miejscu. Pożyczyłam, stoi już od tygodnia, a ja nie mam chęci do niej wrócić. Dlaczego?

Stefan Chwin pisze ładnym, bogatym językiem; jego powieść czyta się przyjemnie, owe bogactwo języka przykuwa uwagę, otwiera przed czytelnikiem horyzont miasta w powieści, tworzy wiarygodne postacie, uwodzi wręcz plastycznością i głębią słów. Ale mimo tego wszystkiego, nie mogę zmusić się do zainteresowania losami mężczyzny ze złotym pelikanem, który z szanowanego wykładowcy prawa na uniwersytecie staje się na własne życzenie kloszadrem. Kluczowym sformułowaniem jest tu chyba "na własne życzenie". Irytuje mnie ten bohater, mierzi i nie zachęca do tego, bym chciała poznać jego dalsze losy, bym drżała z niecierpliwości zastanawiając się: wróci do dawnego życia? Żyć będzie poza nawiasem tworząc sobie całkiem wygodna egzystencję? Popadnie w depresję i unicestwienie?

Nie interesuje mnie to. Po prostu...

Ale Chwina porzucić nie mam zamiaru. Dałam się uwieść :)

4 komentarze:

Maniaczytania pisze...

Polecam "Hanemanna".

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Manioczytania,
o tym tytule myślałam:)

mandzuria pisze...

Rozmawiałam z osobą, która czytała wszystkie wydane książki Chwina i powiedziała, że "Złoty Pelikan" jesy jego najgorszą pozycją. Ja czytałam tylko to, ale nie podobało mi się strasznie i tak się do autora zniechęciłam, że po te lepsze i tak nie chce mi się sięgać...

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Mandżurio,
czyli kiepsko zaczęłam... Ale nie zniechęciłam się:)