25 lipca 2009

Wioletta Sobieraj. Latawce.


Wydane przez

Wydawnictwo Philip Wilson

Sięgnęłam po debiutancką książkę Wioletty Sobieraj z ciekawości. Bohaterką powieści jest bowiem nauczycielka, a dokładniej mówiąc nauczycielka plastyki w szkole podstawowej. 

Zuzannie wiedzie się nie najlepiej w życiu prywatnym, ale też nie rewelacyjnie w pracy. Jest w moim odczuciu zbyt nierozważna, za szybka, lekko szałaputowata. Ma trudności z wtopieniem się w szkolne - szalenie wymagające - tło. Bohaterka powieści dość ironicznie, i nie ukrywajmy, zgodnie z panującym trendem, każdą z sytuacji szkolnych stara się przekuć na własny sukces, o wszelkich pozytywnych rzeczach mówi głośno zgodnie z zasadą, że nie wystarczy zrobić coś dobrze, trzeba jeszcze o tym wszystkim opowiedzieć. Zuzanna mota się między wymaganiami dyrekcji, oczekiwaniami rodziców, czujnym okiem wizytatorów kuratoryjnych i jeszcze czujniejszym uczniów próbując być wyjątkowym pedagogiem i spełniać się w roli matki i żony.

Spotkałam się z recenzją, w której stwierdzono, że Wioletta Sobieraj jest nazbyt pesymistyczna i swym pesymizmem zaraża bohaterów. Nie zgadzam się z taką opinią. W moim odczuciu autorka w szalenie trafny sposób wytknęła absurdy środowiska związanego z oświatą.

"Owszem, planować mogę, rozwinąć się mogę, byle nie ponad miarę, żeby nazbyt z szeregu nie wystawać, bo takich, co sie wyróżniają, nikt nie lubi, może poza uczniami, ale oni akurat w pracy nauczyciela liczą się najmniej."

Opisując środowisko nauczycieli autorka opisuje również i tych, którzy podobnie jak pedagodzy pracują w zawodach, co do których przypisane są wielkie słowa typu: misja, służba, powołanie. I pisząc także o nich nie szczędzi swoim słowom goryczy wskazując na cechy piętnujące owych powołanych, służących, pełniących misje.

Dla mnie to książka - mimo gorzkiego zabarwienia - szalenie prawdziwa. Ot, jakby lusto przystawiona przed twarze tym, których autorka opisuje. Tylko czy każdy ma chęć się w nim przejrzeć?

Brak komentarzy: