31 lipca 2009

Wiktor Jerofiejew. Świat diabła.

Dziś premiera!

Wydane przez

Wydawnictwo Czytelnik

Pisanie Wiktora Jarofiejewa polubiłam przy okazji pierwszego z nim spotkania, czyli podczas lektury "Rosyjskiej apokalipsy". Tym chętniej złapałam gorący jeszcze zbiór tekstów zabierający czytelnika w podróż dookoła świata.

Autor wędrując tworzy doskonałe portrety miejsc przez siebie oglądanych i przeżywanych. Bo też każde z owych miejsc Jerofiejew opisuje przez pryzmat swego pojmowania świata, a także przez pryzmat rosyjskości, duszy niespokojnej i szalonej.

Sporo z tekstach Jerofiejewa jest krajów niegdyś należących do ZSRR i samej Rosji; autor zachwyca się Armienią i jej koniakami, Ałtajem, wdycha nad możliwościami zabranymi Władywostokowi. Ale równie dobrze czuje się w Paryżu, gdzie na świat przychodzi jego córka, czy w Toskanii. Obserwuje bacznie RPA, Polskę, czy Włochy. Prócz impresji związanych z powyższymi (i innymi) miejscami w "Świecie diabła" znajdziemy trzeźwą ocenę współczesnych społeczeństw, w zasadzie toczonych przez te same choroby bez względu na miejsce, w którym przyszło im żyć.

Z owych obserwacji wynikają trafne, często cięte i podszyte ironią wnioski na temat życia w odwiedzanych przez autora miastach, czy krajach. I wciąż do głosu dochodzi tu wspomniana już przeze mnie specyfika bycia Rosjaninem. Co ważne, autor, który w życiu wiele podróżował, ma na tyle bogate doświadczenie innego niż Rosja świata, że dokonując zestawień choćby Alaski i Czukotki wie, że Rosja wciąż pozostaje w tyle za resztą świata. I próbuje zrozumieć czemu tak jest.

Jerofiejew napisał świetny tekst o Coco Chanel. O miłości Serbii do Rosji. O Kamczatce, na której nigdy nie był. O rytuale żegnania zmarłych mężów przez żony w Abchazji. O Nowym Jorku. Napisał też o Polsce, porównując ją do kobiet pytających "Am I sexy?".

"Świat diabła" to wędrówka, podczas której obserwujemy świat oczyma kosmopolity z rosyjską duszą. Ja oddałam się tej wędrówce z wielką przyjemnością.

P.S. Fragment:

"Podróżując po Rosji czujesz, że wszedłeś w otwarty kosmos, przez odchłań którego pędzą wraz z tobą jedynie wielotonowe meteoryty tirów. Z braku wrażeń pojawia się uczucie podróży wewnętrznej. Patrzysz nie na widoki, lecz w głąb samego siebie. Rosja żyje i porusza się w tobie jak ludzki embrion."

Kolejna mapa.


Mapa przedstawia kraje, z których odwiedzany jest mój blog.
Wszystkim czytelnikom - bardzo dziękuję:)

Alexander McCall Smith. Niebiańska randka i inne odmiany flirtu.


Wydane przez

Wydawnictwo Prózyński i S-ka

Miałam chęć na poczytanie krótkich, lekkich opowiadań, ot, tak przed snem. Wybór padł na "Niebiańska randkę" Alexandra McCalla Smitha, autora nie wiedzieć czemu słabo promowanego w Polsce.

W dziewięciu opowiadaniach autor opisuje różne randki i różne ich koleje. Przedstawia randkę osób z wyższych sfer, wśród kórych namiętność musi być ujęta w karby dobrego wychowania i konwenansów, randkę grubasów umówioną przez właściwe ich tuszy biuro martymonialne, randkę z Aniołem, miłość zakazaną, randkę, która niweczy plany na życie i taką, której finał bywa niemiłym rozczarowaniem. 

Autor przedstawia czytelnikowi bohaterów i czyni to bez oceniania ich, nie narzua własnych osądów, bywa wręcz beznamiętny oddając emocje we władanie czytelnika.

Niezmiennie lubię Alexandra McCalla Smitha:)

Rawi Hage. W co grał De Niro.


Wydane przez

Państwowy Instytut Wydawniczy

"Nadeszło lato, nastały upały; okolica spalona była promieniami zawieszonego nisko słońca, które prażyło nam mieszkanie i dach domu. W dole pod naszym białym oknem po wąskich uliczkach nonszalancko przechadzały się chrześcijańskie koty, które nie żegnały się ani nie klękały na widok czarno odzianych książy."

To jeden z pierwszych akapitów powieści, taki, który pokazuje jakim językiem będzie snuta opowieść o dwóch przyjaciołach z Bejrutu. Przyjaciele, niemalże bracia, Bassam i George są owładnięci przez pragnienie: Bassam - ucieczki z Bejrutu do Rzymu, George - władzy i tego wszystkiego co się z nią wiąże. Pragnienia młodych mężczyzn wyznaczają tory ich postępowania.

Narratorem jest Bassam, więc to z jego perspektywy spoglądamy na miasto, dostrzegamy charakterystyczne kulturowo dla społeczności libańskiej zachowania, obserwujemy wreszcie siły wojskowe, o przynależności do których marzy George.

Ciekawy jest podział powieści: Rzym, Bejrut, Paryż. Pragnienie głównego bohatera, wręcz maniakalna potrzeba, opuszczenia swojego rodzinnego miasta wyciska piętno na jego działaniach, na relacjach z innymi, tak, że nawet śmierć matki - mimo wielkiego żalu jaki odczuwa - traktuje jako uwolnienie; wszak martwiłby się o nią po wyjeździe, bałby się o jej życie, zdrowie, sam będąc w wyśnionym Rzymie.

Sporo jest w tej książce mrocznej strony życia, w dużej mierze za przyczyną Georga. Dążąc do spełnienia swojego marzenia "bycia władzą" zdawał się nie dostrzegać, iż oprócz poszerzenia możliwości zaspokajania pragnień (papierosy, dziewczyny, narkotyki) władza oznacza także konieczność zabijania. Wstrząsająca jest scena, w której George opowiada przyjacielowi o masakrze jakiej dokonał ze swoim oddziałem.

Wielką wartością tej książki, są dla mnie, sygnały dotyczące kulturowego kodu w jakim dorastali i żyją bohaterowie powieści Rawiego Hage. To, że Bassam czuje się "nagi" bez pistoletu, to, że czułość jaką mężczyźni sobie okazują jest odmienna od naszego europejskiego pojmowania, itp.

Przy końcu lektury aż kusi by zapytać, ile w Bassamie jest z autora, ale Rawi Hage przewidująco zamieścił klauzulę: "Wszelkie podobieństwo bohaterów powieści do osób żyjących lub zmarłych jest wyłącznie przypadkowe" ucinając tym samym spekulacje.

Rita Gombrowicz. Gombrowicz w Europie 1963-1969.




Wydane przez

Wydawnictwo Literackie


"Gombrowicz w Europie" to książka pomyślana identycznie jak tom "Gombrowicz w Argentynie". Rita Gombrowicz zebrała i opublikowała wspomnienia ludzi, którzy spotkali się z jej mężem podczas kilkuletniego pobytu pisarza na Starym Kontynencie.

Tom podzielony jest na kilka rozdziałów: "Paryż", "Berlin", "Royaumont" i "Vence". Książka, o ile można tak powiedzieć, ma inne tempo niż poprzednie, argentyńskie wspomnienia. Gombrowicz po przyjeździe z Argentyny żył w Europie tylko sześć lat, ale były to lata bardzo intensywne. Przede wszystkim wrócił do Europy po dwudziestu czterech latach nieobecności, a wróciwszy - realizował swój plan zaatakowania Europy, przede wszystkim Paryża. Jak pisze Michel Butor:

"Dla wszystkich było jasne, że Gombrowicz pozostanie w ustawicznym natarciu. Ale nie przejmowałem się zanadto tymi atakami, traktowałem je jako nieodłączną cechę jego usposobienia."

Bardzo lubię tę książkę. Jest w niej jedno z najpiękniejszych zdjęć Gombrowicza, na którym pisarz z Konstantym Jeleńskim pracują nad przekładem "Operetki" na francuski:



Ostatnim świadectwem zamieszczonym w książce jest tekst Rity, opisującej swoje życie z mężem. Rita pisze o zwyczajach Gombrowicza, o tym jak tworzył, co czytał. Pisze o miłości, którą obdarzył ją Witold, pisze o wspólnictwie (bo Gombrowicz nie lubił słowa "współżycie), pisze o harmonii. Na koniec daje przejmującą relację z ostatnich chwil życia pisarza, relację, którą kończy przepięknym zdaniem.

Mnie, poza wszystkim innym, ogromną frajdę sprawia porównywanie tego, co powiedzieli ludzie, których relacje zamieściła Rita, z tym, co Gombrowicz napisał w "Dzienniku". "Gombrowicz w Europie", podobnie jak "Gombrowicz w Argentynie", to wspaniałe dokumenty. O niewielu ludziach napisano t a k i e książki, ale też jeszcze mniej ludzi napisało t a k i "Dziennik".

30 lipca 2009

Stefan Chwin. Złoty pelikan.


Mam problem ze "Złotym pelikanem". Przeczytałam 3/4, a że zmieniałam miejsce pobytu odałam ksiażkę do biblioteki, by pożyczyć ją ponownie w nowym miejscu. Pożyczyłam, stoi już od tygodnia, a ja nie mam chęci do niej wrócić. Dlaczego?

Stefan Chwin pisze ładnym, bogatym językiem; jego powieść czyta się przyjemnie, owe bogactwo języka przykuwa uwagę, otwiera przed czytelnikiem horyzont miasta w powieści, tworzy wiarygodne postacie, uwodzi wręcz plastycznością i głębią słów. Ale mimo tego wszystkiego, nie mogę zmusić się do zainteresowania losami mężczyzny ze złotym pelikanem, który z szanowanego wykładowcy prawa na uniwersytecie staje się na własne życzenie kloszadrem. Kluczowym sformułowaniem jest tu chyba "na własne życzenie". Irytuje mnie ten bohater, mierzi i nie zachęca do tego, bym chciała poznać jego dalsze losy, bym drżała z niecierpliwości zastanawiając się: wróci do dawnego życia? Żyć będzie poza nawiasem tworząc sobie całkiem wygodna egzystencję? Popadnie w depresję i unicestwienie?

Nie interesuje mnie to. Po prostu...

Ale Chwina porzucić nie mam zamiaru. Dałam się uwieść :)

29 lipca 2009

Cóż za lenistwo...

Sisi na ulubionym regale, Gusia tuż obok Z. na stole, a Nusia w nowo kupionym koszu na pranie;) Ciepło dziś było...



C.S. Harris. Czego boją się anioły?


Wydane przez

Wydawnictwo Red Horse

Londyn. Początek wieku XIX. Młoda kobieta, aktorka, zostaje zamordowana na schodach wiodących do ołtarza w kościele Świętego Mateusza. Zamordowana bardzo brutalnie, zgwałcona, okradziona. Podejrzenie pada na hrabiego Sebastiana St. Cyr, którego pistolet znalezniono przy zabitej. On jednak nie zamordował Rachel i co więcej, nie zamierza skorzystać z propozycji ucieczki z kraju, gdyż postanawił odkryć prawdziwego zabójcę.

Powieść napisana przez C.S. Harris zyskuje na realizmie przez to, że autorka jest doktorem historii Europy, specjalizującym się w dziewiętnastym wieku. Obyczaje, stroje, konwenanse, czy wreszcie zatargi polityczne i odwieczna niechęć Anglików do Francuzów są tu ukazane barwnie, przekonywająco i tworzą idealne tło dla intrygi kryminalnej.

Bohater, który z podejrzanego zmienia się w śledczego, to młodzieniec zdecydowany, zakochany i zdeterminowany. Jego pomocnik, sprytny ulicznik, Tom, ma szanse jak sądzę w kolejnych przygodach Sebastiana awansować na solidnie pracującego pomagiera lub - o czym marzy chlopiec - co najmniej forysia.

C.S. Harris napisała pełnokrwisty kryminał z dawką romansu. To, że umieściła jego aukcję w swoich ulubionych czasach wyszło powieści na plus. Teraz jedynie pozostaje czekać na kolejną powieść jej autorstwa. Na szczęście czekać trzeba krótko!

Ewa Ostrowska. Ja, pani woźna.


Wydane przez

Wydawnictwo Skrzat

Już po lekturze sięgnęłam do zasobów internetu, by sprawdzić kim jest Pani Ewa Ostrowska. Gdy przeczytałam przestałam się dziwić znajomemu, wyłaniającemu się z kart książki, poczuciu humoru i swojemu upodobaniu do książki "Ja, pani woźna". W latach minionych niemalże na pamięć znałam książkę "Mama, Kaśka, ja i gangsterzy" :-)

Ewa Ostrowska wzięła kilka różnych składników i zrobiła z nich dobrą powieść. Mamy tu samotną matkę, opuszczoną i zdradzoną żonę, chłopca nienawidzącego matki, starowinkę wykiwana przez ukochanego syna, znojną pracę fizyczną, żonę bitą przez męża, molestowanie w pracy, przyjaźń, zdrady, strach, nienawiść, czyli wszystko to, co dojrzeć możemy wkoło siebie i to nawet jeśli nie rozglądamy się zbyt uważnie. 

Katarzyna straciła świetną pracę i męża (już nie tak świetnego). Została z jedenastolatkiem, który jej nienawidzi (nieznośny smarkacz!), z zasiłkiem dla bezrobotnych (starczającym na jogurty dla Szymka i suchy chleb dla jego mamy) i brakiem perspektyw. Chcąc pracować i będąc pozbawioną dostępu do pracy takiej, jaką wykonywała dotychczas, postanowiła zataić wyższe wykształcenie, medialna przeszłość i zostać woźną.

W tym momencie osoby, które narzekają, że mają dużo sprzątania w domu powinny westchnąć i ucieszyć się - wszak dom to nie szkoła. Zabłocone podłogi, brudne łazienki, utensylia różniaste walające się tam, gdzie nie powinny, poręcze, kwiaty, parapety i gabinet Dyrekcji oraz sekretariat. Uroku wykonywanej pracy nie dodawał fakt, iż dla personelu administracyjnego i pedagogicznego woźne były podludźmi, obywatelami n-tej kategorii, o których - jeśli w ogóle - mówi się w trzeciej osobie liczby pojedynczej, czyli "Szlaja się gdzieś po całej szkole. Mnie każą jej szukać."

Ważną role w powieści odgrywa koleżanka Kaśki, kierownik administracyjny szkoły, w której samotna matka pracuje, babcia Pola przygarniająca Kasię i jej syna co weekend do swej wiejskiej, nostalgicznej chatki. Co każde z niej robi dla Katarzyny i jej samopoczucia dowiedzieć się można z książki, ale już niejako z góry powiem, że bywa niejednoznacznie, tajemniczo i zaskakująco.

To dobra książka. Taką, nad którą można się pośmiać, i taka, która nakłoni do myślenia.

Nancy Huston. Znamię.


Wydane przez

Wydawnictwo Dwie Siostry

Dziwny jest układ tej książki. Dziwny, bo akcja powieści konsekwentnie powraca do czasów minionych, jak gdyby szukając szerszego tła do ukazania czytelnikowi owego tytułowego znamienia i tego, cóż jego istnienie czyni z ludźmi. A żeby było jeszcze dziwniej - narratorami są sześcioletnie dzieci.

Sol, mający lat sześć w roku 2004, jego ojciec Randall będący sześciolatkiem w 1982, , matka Randalla, babka Sola - Sadie, która w interesującym nas wieku jest w roku 1962 i wreszcie matka Sadie, babka Randalla, prababka Sola, Kristina, mająca lat sześć w końcu II wojny światowej.

Każde z dzieci inaczej przeżywało swój świat i inną miało świadomość siebie w wieku sześciu lat. Miały na to wpływ wydarzenia polityczne, gospodarcze, trendy obyczajowe. Kristinie zmieniło się życie i zmieniło sie poczucie narodowości, Sol był przekonany, że jest Absolutem, Sadie żyła z pragnieniem matki, Randall zmienił ojczyznę. Obserwujemy poprzez losy dzieci, losy ich rodzin dostrzegamy jak wiele w dziecięcym świecie zmieniają poczynania dorosłych, jak wiele z tego, przodkowie Sola przeżyli w dzieciństwie odzwierciedla się w późniejszych latach - latach życia chłopca.

Oprócz pewnego mentalnego znamienia, o kórym informacje znajdzieci w treści książki i którego teraz nie chcę przywoływać, bohaterowie powieści mają znamię całkiem fizyczne. U każdego z dzieci umiejscowione jest w innym miejscu ciała i każde z dzieci traktuje je inaczej.Owo namacalne, fizyczne znamię, równie silnie jak to mentalne, wpływa na życie Kristiny, Sadie, Randalla i Sola.

Nie myślałam, że tak mi się ta powieść spodoba. Szukanie kluczy do wspólnych elementów życia przez pryzmat wydarzeń historycznych i obyczajowe konwenanse okazało się być ciekawą podróżą literacką.

Dziwna to książka, ale życzyłabym sobie, żeby wszystkie dziwne książki były tak interesujące.

27 lipca 2009

Richard Rorty. Filozofia jako polityka kulturalna.


Wydane przez

Wydawnictwo Czytelnik

„Filozofia jako polityka kulturalna” to zbiór tekstów z lat 1996-2006. Sam Rorty pisze, że w tym tomie czytelnicy jego poprzednich książek nie znajdą wiele nowego, ale jest to dobra wiadomość dla tych, którzy po Rorty'ego sięgają po raz pierwszy – oto w „Filozofii jako polityce kulturalnej” mogą zapoznać się z klarownie wyłożoną myślą autora i, jeśli lektura ich wciągnie, sięgnąć po starsze teksty.

Rorty jest myślicielem kontrowersyjnym. Tadeusz Gadacz w swojej „Historii filozofii XX wieku T. I.” pisze, że „wśród filozofów ponowoczesności, nie wszyscy byli tak cyniczni jak Rorty, który domagał się zamknięcia pojęć *prawda* i *metafizyka* w archiwum”. Gadacz zapowiada przy tym, że poglądy Rorty'ego omówi w tomie poświęconym m.in. postmodernistom.

Pisząc o Rorty'm, Maciej Witek stwierdza, że ci, którzy podchodzą do filozofii w sposób, że tak powiem, tradycyjny, nie muszą lękać się o to, iż Rorty przeczy istnieniu świata, natomiast ich zgorszenie może budzić to, że Rorty odmawia światu jego natury, która jest, jaka jest i która czeka na to, aby człowiek ją odkrywał. Zresztą, Rorty neguje także istnienie np. natury człowieczej. Jego propozycje są z pewnością wywrotowe dla wielu czytelników, a wspomniany już Witek stwierdza, że o ile zbagatelizuje się retorykę myśliciela, to „propozycja Rorty’ego jest w zasadzie tylko kolorowo opakowanym fallibilizmem. Jeśli zaś zgodzimy się na tezę o przygodności języka wraz ze wszystkimi jej implikacjami, będziemy w stanie dostrzec siłę i nowatorstwo retoryki Rorty’ego.”

Rorty nakłania do zmiany paradygmatu, nie chce rozwiązywać problemów, chce stare problemy zastępować nowymi, chce stare narracje zastępować nowymi, lepszymi narracjami. Jest Rorty pisarzem znakomitym, swoje idee wykłada w sposób absolutnie klarowny, a przy tym daje świetny wykład na temat wybranych zagadnień i postaci z historii filozofii, a erudycję ma imponującą. Preferując przedsięwzięcie, które nazywa polityką kulturalną, twierdząc, że religia i filozofia są zastępowane przez kulturę literacką, pisze Rorty tak:

„Filozofowie często określali religię jako prymitywną i niewystarczająco refleksyjną próbę filozofowania. Jak jednak napisałem wcześniej, w pełni samoświadoma kultura literacka będzie uznawać zarówno religię, jak i filozofię za mocno przestarzałe, chociaż wspaniałe gatunki literackie. Są to gatunki, w których dziś coraz trudniej jest pisać, ale do ich zastąpienia mogło nigdy nie dojść, gdyby nie to, że uznano, iż odeszły one od religii, a później od filozofii.”

„Filozofia jako polityka kulturalna” to książka znakomita, czego zwolennicy Rorty'ego zapewne się spodziewali, natomiast być może ważniejsze jest to, że jest to świetna książka także dla tych, którzy lubią pokłócić się z jakimś filozofem na śmierć i życie :-))

Projekt Nobliści


Anna zaproponowała, abyśmy czytali powieści Noblistów. Założyła oddzielnego bloga i zaprasza do wspólnego czytania. Oczywiście - dołączyłam:)

Poczyniłam rachunek sumienia i dokonałam rozeznania. Oto jego wyniki:

Henryk Sienkiewicz, Noblista z 1905 roku. Przeczytałam „Krzyżaków”, „Quo vadis?”, Połanieckich i wszelkiej maści opowiadania. Tylko Trylogii nie mogę. Ogarnia mnie senność i znużenie po kilku stronach.

Rudyard Kipling, Noblista z 1907 roku. Oczywiście Mogwli z Księgi Dżungli przez wiele wielkanocnych poranków (wówczas serwowała film tv) zapładniał moją wyobraźnię. Sięgnęłam po książki i zachwyciłam się znacznie bardziej niż filmem. Kilka lat temu czytałam bodajże „kim” tego autora.

Selma Lagerlöf, Noblistka z 1909 roku. Znam jedynie „Cudowną podróż”, a sądząc po tytułach innych książek autorstwa tej Pani znać by należało więcej jej powieści.

Maurice Maeterlinck, Noblista z 1911 roku. „Ślepcy” zrobili na mnie kolosalne wrażenie. Pod ich wpływem sięgnęłam po książkę innego Noblisty.

Władysław Reymont, Noblista z 1911 roku. „Chłopi” czytani w czasach licealnych nie zachwycili mnie jakoś szczególnie, ale też nie czyniłam im wstrętów. Znacznie przyjemniej czytało mi się „Ziemię obiecaną” śledząc w powieści obraz miasta. Biografie Reymonta autorstwa Rurawskiego mam zaczytaną.

George Bernard Shaw, Noblista z 1925 roku. Znam tylko „Pigmalion”. Ależ jak się cieszę z tej znajomości.

Sigrid Undset, Noblistka z 1928 roku. Oczywiście czytałam „Krystynę, córkę Lawransa” i „Olafa, syna Audyna”, a całkiem niedawno „Krzak gorejący”. Pozostaje pod wielkim urokiem.

Thomas Mann, Noblista z 1929 roku. Jego „Buddenbrookowie” mimo że opisujący rodzinę dążącą ku zagładzie przemówili do mnie o wiele silniej niż „Czarodziejska góra”. I nie zamierzam sprawdzać, czy teraz odniosłabym lepsze wrażenie śledząc losy Hansa Castorpa.

André Gide, Noblista z 1947 roku. Jedną z lektur, którą należało przeczytać przygotowując się do rozmowy rekrutacyjnej na studia, były „Lochy Watykanu”. Przeczytałam, pamiętam, że zrobiły na mnie wrażenie, ale niestety – nie pamiętam nic więcej. Wciąż obiecuję sobie pogłębienie znajomości z literaturą tego autora.

Pär Lagerkvist, Noblista z 1951 roku. Będąc ambitną nastolatką postanowiłam rozszerzać horyzonty literackie. Mój wybór padł na „Karła” i „Barabasza”.

Ernest Hemingway, Noblista z 1954 roku. Pamiętam wakacje, podczas których leżałam na brzegu jeziora z książką „Słońce też wschodzi” - było mi potwornie gorąco, a bohaterowie książki męczyli się pod hiszpańskim słońcem. Aż tak empatyczna nie byłam czytając „Komu bije dzwon”, czy „Starego człowieka i morze”. „Zielone wzgórza Afryki” przeraziły mnie opisami polowań.

Albert Camus, Noblista z 1957 roku. Pozostaję niezmienne pd dużym wrażeniem.

John Steinbeck, Noblista z 1962 roku. „Grona gniewu”, „Na wschód od Edenu”, „Myszy i ludzie” - to czytałam i przyznam szczerze, że zastanawiam się jak zrozumiałabym te powieści dziś. Może warto po nie sięgnąć ponownie?

Michaił Szołochow, Noblista z 1965 roku. Jakąż tęskną opowieścią jest „Cichy Don”! Kto nie zna – polecam!

Yasunari Kawabata, Noblista z 1968 roku. Przeczytałam w ramach wspomnianego już poszerzania horyzontów dwie lub trzy powieści Kawabaty. I jakoś nie ciągnie mnie w tę część Azji.

Samuel Beckett, Noblista z 1969 roku. Znam tylko „Czekając na Godota”.

Aleksander Sołżenicyn, Noblista z 1970 roku. Znam tylko „Jeden dzień Iwana Denisowicza”. Lektury „Oddziału chorych na raka” i „Archipelagu Gułag” się boję.


Isaak Bashevis Singer, Noblista z 1978 roku. Był taki czas – również w liceum – że czytałam książki Singera w kolejności stojących na bibliotecznej półce. Przeczytałam sporo i mam sentyment do jego pisania.

Czesław Miłosz, Noblista z 1980 roku. Bez wątpienia znam „Historię literatury polskiej” autorstwa Miłosza. Czytałam „Zniewolony umysł” i „Rodzinną Europę”, a co do poezji... jakoś nie pamiętam;)

Elias Canetti, Noblista z 1981 roku. Przeczytałam „Auto da fe”, a na półce na swoją kolej czeka – już długo czeka, przyznaję - „Pochodnia w uchu”.

Gabriel Garcá Márquez, Noblista z 1982 roku. Słabo znam twórczość Marqeza. Czytałam „Rzecz o moich smutnych dziwkach” i „Bardzo stary pan z olbrzymimi skrzydłami i inne opowiadania”.

William Golding, Noblista z 1983 roku. Czytałam „Władcę much” i „Boga Skorpiona”. Ostatnio widziałam w bibliotece „Papierowych ludzi”, ale nie wiedziała, czy warto. Warto?

Nagib Mahfuz, Noblista z 1988 roku. Znam tylko „Kamal. Opowieści starego Kairu.”.

Toni Morrison, Noblistka z 1993 roku. Miałam w ramach wyzwania przeczytać „Umiłowaną”, sięgnęłam jednak po „Miłość”, która zrobiła na mnie dobre wrażenie.

Wisława Szymborska, Noblistka z 1996 roku. Znam na tyle, na ile znać wypada;)

José Saramago, Noblista z 1998 roku. Po prozę Portugalczyka sięgnęłam w ramach przywołanego powyżej rozwoju własnego. „Baltazar i Bilmunda”, „Ewangelia według Jezusa Chrystusa (długo poszukiwana w bibliotekach), „Miasto ślepców” (po które sięgnęłam po „Ślepcach” Maeterlincka) zachwyciły mnie bezbrzeżnie.

Günter Grass, Noblista z 1999 roku. „Blaszany bębenek” był ok.

Imre Kertész, Noblista z 2002 roku. Znam „Los utracony”.

John Maxwell Coetzee, Noblista z 2003 roku. Okazuje się, że czytałam tylko „Wiek żelaza” Albo tylko „Wiek żelaza” zrecenzowałam;)

Doris Lessing, Noblistka z 2007 roku. Znam, lubię i cenię. Oprócz powieści z zacięciem fantastycznym.

Jean-Marie G. le Clézio, Noblista z 2008 roku. Znam „Uranię” i „Afrykanina”.

Planów czytelniczych związanych z Projektem na razie nie czynię:) Ale czytać będę i bez planów.

Monika Szwaja. Gosposia prawie do wszystkiego.


Wydane przez

Wydawnictwo SOL

Maria Strachocińska, mogłaby być obiektem zazdrości. Ma cudowne mieszkanie w loftach w Żyrardowie, męża adwokata, żadnych obowiązków poza troską o domowe ognisko. No i ambicje na doktorat z literatury, podbudowane trzeźwą oceną swoich umiejętności i możliwości intelektualnych. I tylko z jednego powodu nie powinno się jej zazdrościć - jej życie przypomina złotą klatkę. Mąż na wieść, że Maria chce wrócić na uczelnię wyraża sprzeciw i czyni to na tyle energicznie, że kobieta trafia na tygodniową obserwację szpitalną ze wstrząśnieniem mózgu.

Maria ucieka z domowego piekiełka i w mieście sobie dotychczas nieznanym zaczyna nowe życie jako gospodyni domowa do wynajęcia. Wzorem bohaterki "Czwarta pięćdziesiąt z Pddington" pojawia się w wybranym przez siebie domu na miesiąc (góra sześć tygodni) i znika podejmując pracę u kogoś innego. Jest droga i warta każdej złotówki jaką jej pracodawcy na nią wydają. Jednak, czy życie gospodyni jest lepsze od życia doktora literatury? 

W najnowszej powieści Pani Moniki jest chwilami zabawnie, ale i mocno emocjonalnie. Co więcej - temat jaki autorka realizuje jest zawsze aktualny i ważny; wszak nie tylko w rodzinach z marginesu społecznego zdarza się przemoc. Sposób w jaki bohaterka radzi sobie z dopiero co odkrytym "ja" własnego męża może wydawać się zbyt definitywnym, ale czyż nie okazuje się być najlepszym?

Nie bez znaczenia dla odbioru powieści jest też miła atmosfera panująca na jej kartach (no, nie w chwili kłótni Marii z mężem) - Szczecin przygarnia bohaterkę z całego serca, podobnie jak czynią to ludzie, których Maria spotyka w tymże mieście. 

To powieść z optymistycznym wydźwiękiem - polecam:)

Agnieszka Kawula-Kubiak. Lubię być fantastą. Rozmowy.


Wydane przez

Wydawnictwo Dolnośląskie

Agnieszka Kawula-Kubiak przeprowadziła dwadzieścia jeden bardzo ciekawych rozmów. Zanim jednak zaprosiła czytelników do tychże, przedstawiła siebie tymi słowy:

Uwielbiam książki. Wynajdywać nowe pozycje, kupować, ustawiać na półkach, wyciągać co jakiś czas i wąchać słowa zapisane na stronach. W moim mieszkaniu setki powieści prężą dumnie swój grzbiet, eksponując tytuły, a każda litera zdaje się mówić: Hej, zobacz, kto mnie napisał!"

Po takim wstępie trudno nie nabrać chęci na lekturę całości, tym bardziej, że rozmówcami Pani Agnieszki byli pisarze tego typu literatury, którego wciąż się uczę i którym - podczas tej nauki - się zachwycam:)

Autorzy, z którymi rozmawia Pani Agnieszka opowiadają o swojej drodze do fantastyki, o tym jak postrzegają swoje w niej miejsce, jak zmieniła (i czy w ogóle) ich życia, a także mówią o sobie - ludziach, którzy łakną sukcesu, obarczeni są wadami, zaletami i nie zawsze mają chęć robić w życiu cokolwiek innego niż pisać powieści fantastyczne.

Miło jest dowiedzieć się czegoś o pisarzach, których książki się czyta. Tym milej, że wywiady przeprowadzone zostały naprawdę dobrze i we wszystkich znajdziemy dowody na to, że rozmówcy Agnieszki Kawuli-Kubiak naprawdę lubią być fantastami:)

26 lipca 2009

William P. Young. Chata.


Wydane przez

Wydawnictwo Nowa Proza

Od godziny krążę po domu zastanawiając się jakimi słowami przedstawić Wam "Chatę" tak, by nie uderzyć w nadmierny sentymentalizm i by - z drugiej strony - nie skrzywdzić powieści chłodnym, beznamiętnym opisem.

Mackenzie Allen Phillips ma troje cudownych dzieci i niemniej cudowną żonę. Umiarkowanie wierzy w Boga, nienawidzi swojego ojca, jest lubiany i ma przyjaciół. Ostatni weekend wakacji postanawia spędzić z dziećmi nad jeziorem Wallowa. W dniu powrotu do domu dwoje starszych zdecydowało się popływać kajakiem i przewróciło się. Mackenzie wskoczył do wody, by ratować dzieci, podczas gdy mała Missy została przy biwakowym stole kolorując książeczkę. Gdy mężczyzna z dziećmi wyszedł z wody, Missy nie było. Poszukiwania, w które włączyła się policja i wszyscy biwakujący, dały straszny rezultat - dziewczynka padła ofiarą seryjnego zabójcy.

W życiu Mackenziego zapanował Wielki Smutek. A list, który dostał, tylko go rozwścieczył. List zapraszający go do chaty, w której zginęła jego córeczka i podpisany przez Boga.

Mackenzie Allen Phillips pojechał do chaty. Pojechał rozżalony, wściekły, zły, pełen gniewu. I spotkał Boga, spotkał Trójcę Świętą.

Bóg rozmawiając z mężczyzną pokazuje mu jak wiele mitów utworzyli sobie ludzie na temat Boga. Jak przykładają do Boga swoją miarę, jak przypisują mu cechy stricte ludzkie składając na niego całe zło jakie się wydarza, przypisując mu chęć odbierania ludziom szczęścia wiecznego, uważając, że Bóg czegoś od ludzi oczekuje. Bóg wyjaśnia Mackenziemu co jest naważniejsze w jego przesłaniu, odkrywa przed nim istotę relacji międzyludzkich, zależności, które narzucili sobie ludzie i które stały się ograniczeniem. Wreszcie odpowiada na pytanie - jak jest możliwe wobec miłości Boga to, że giną niewinni.

Znajdziemy tu doskonale sformułowane teksty o władzy, o odpowiedzialności, wymaganiach jakie stawiamy innym, o niszczącej sile instytucji, o osądzaniu, postrzeganiu i bałaganie jaki potrafimy mieć w sobie.

Rzadko przyklaskuje hasłom promocyjnym umieszczanym na książkach, ale w tym przypadku muszę się zgodzić z opinią Kathy Lee Gifford: " na zawsze zmieni sposób w jaki myślicie o Bogu". Dodać mogę tyle, że zmieni sposób w jaki myślicie.

Agnieszka Fibich. Dopóki widzę twój cień.


Wydane przez

Wydawnictwo Klucze

Agnieszka Fibich napisała powieść o - uwaga! uwaga! - agentach Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i metodach przez nich stosowanych. Cała reszta moim zdaniem jest li i jedynie po to, by naświetlić owe, niezbyt właściwe, metody.

Wiktor i Natalia, małżeństwo z niewielkim stażem, czują, że oddalają się od siebie. Wiktor tylko czuje, Natalia zna również przyczynę. Pewnego wieczoru w domu zamiast dziewczyny zjawiają się dwaj policjanci i oznajmiają zaskoczonemu Wiktorowi, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Zrozpaczony mąż zauważa tylko jedną nieprawidłowość w raporcie lekarza policyjnego - kobieta, która zginęła miała bliznę po operacji, a jego żona nie.

Wiktorowi w rozwiązaniu zagadki śmierci Natalii pomaga policjant, agent ABW, kolega z pracy. Gdy okazuje się, że dziewczyna żyje, a jej śmierć upozorowano, akcja nabiera tempa. Po co komuś społeczne przekonanie o śmierci dziewczyny? Jaką rolę ma spełnić Natalia? Kto i dlaczego uznał, że takie rozwiązanie sprawy będzie właściwym?

P.S. Ładna okładka, prawda?

25 lipca 2009

Stella Aciman. Cień minionych lat.


Wydane przez

Wydawnictwo układANKA

Stella Aciman zaprasza czytelników swojej powieści do Stambułu. Przedstawia nam losy żydowskiej rodziny i ich przyjaciół od lat dwudziestych do sześćdziesiątych XX wieku, pozwala oglądać ówczesną rzeczywistość oczyma kobiet.

Centralną postacią powieści jest Brana, córka Joanny i Avrama, wykształconej Żydówki z Odessy i prostego greckiego chłopaka. Dorastająca Brana zostaje osierocona przez matkę (ojciec nie żyje już od dawna), a jej rodzeństwo - Borys i Anita poukładali sobie życie lekceważąc opowiązek troskliwej opieki nad siostrą. Na szczęście kamienica, w której Joanna mieszkała z dziećmi była wielonarodowa i to wielonarodowa przyjaźnie. Dziewczyną zaopiekowały się sąsiadki, muzułmanka Fatma i greczynka Eleni. Opowieść o losach Brany snuje autorka aż do dorosłości dziewczyny, do chwil, gdy Brana staje się matką, gdy to na nią przychodzi czas, by opiekować się innymi.

Słabo znam historię Turcji, toteż podczas lektury sprawdzałam w źródłach historycznych - dla zaspokojenia własnej ciekawości - co działo się w opisywanym przez autorkę czasie. Do takiego rozszerzania wiedzy Stella Aciman wręcz zaprasza - daje jasne wskazówki, często odwołuje się do realiów, a opisane przez nią wydarzenia historyczne dotykają bohaterów powieści tak emocjonalnie, że aż nie sposób nie zgłębić tematu.

Zauroczyła mnie atmosfera domu, w którym mieszkała Joanna z dziećmi. Wielonarodowość, wieloreligijność stanowiła tam nie przyczynę niesnanek, czy nienawiści, a cudowne uzupełnienie. W sobotę przy stole Joanny zasiadały Eleni i Fatma, święta muzułmańskie wraz z rodziną Fatmy czciły Joanna i Eleni, a w święta chrześcijańskie Eleni zapraszała sąsiadki do swego stołu. 

Świat kobiet, wartości jakimi się kierowały, świat ciepła, troskliwości i wzajemnego oddania to kolejny element, który przykuwa uwagę podczas lektury i sprawia, że zanurzenie w świat wykreowany przez Stellę Aciman jest tak przyjemne (mimo wszelkich nieprzyjaznych wydarzeń jakie były udziałem bohaterów powieści).

"Cień minionych lat" stanowi pierwszy tom sagi rodzinnej. Z dużą niecierpliwością czekam na tom kolejny i już dziś wiem, że przeczytanie go sprawi mi przyjemność.

Wioletta Sobieraj. Latawce.


Wydane przez

Wydawnictwo Philip Wilson

Sięgnęłam po debiutancką książkę Wioletty Sobieraj z ciekawości. Bohaterką powieści jest bowiem nauczycielka, a dokładniej mówiąc nauczycielka plastyki w szkole podstawowej. 

Zuzannie wiedzie się nie najlepiej w życiu prywatnym, ale też nie rewelacyjnie w pracy. Jest w moim odczuciu zbyt nierozważna, za szybka, lekko szałaputowata. Ma trudności z wtopieniem się w szkolne - szalenie wymagające - tło. Bohaterka powieści dość ironicznie, i nie ukrywajmy, zgodnie z panującym trendem, każdą z sytuacji szkolnych stara się przekuć na własny sukces, o wszelkich pozytywnych rzeczach mówi głośno zgodnie z zasadą, że nie wystarczy zrobić coś dobrze, trzeba jeszcze o tym wszystkim opowiedzieć. Zuzanna mota się między wymaganiami dyrekcji, oczekiwaniami rodziców, czujnym okiem wizytatorów kuratoryjnych i jeszcze czujniejszym uczniów próbując być wyjątkowym pedagogiem i spełniać się w roli matki i żony.

Spotkałam się z recenzją, w której stwierdzono, że Wioletta Sobieraj jest nazbyt pesymistyczna i swym pesymizmem zaraża bohaterów. Nie zgadzam się z taką opinią. W moim odczuciu autorka w szalenie trafny sposób wytknęła absurdy środowiska związanego z oświatą.

"Owszem, planować mogę, rozwinąć się mogę, byle nie ponad miarę, żeby nazbyt z szeregu nie wystawać, bo takich, co sie wyróżniają, nikt nie lubi, może poza uczniami, ale oni akurat w pracy nauczyciela liczą się najmniej."

Opisując środowisko nauczycieli autorka opisuje również i tych, którzy podobnie jak pedagodzy pracują w zawodach, co do których przypisane są wielkie słowa typu: misja, służba, powołanie. I pisząc także o nich nie szczędzi swoim słowom goryczy wskazując na cechy piętnujące owych powołanych, służących, pełniących misje.

Dla mnie to książka - mimo gorzkiego zabarwienia - szalenie prawdziwa. Ot, jakby lusto przystawiona przed twarze tym, których autorka opisuje. Tylko czy każdy ma chęć się w nim przejrzeć?

Jacek Antczak. Reporterka. Rozmowy z Hanną Kral.


Wydane przez

Wydawnictwo Rosner & Wspólnicy

Podziwiam Jacka Antczaka za pracę jaką wykonał, by stworzyć tę książkę. Stworzyć, gdyż autor wykorzystał cytaty rozmów , wypowiedzi, wywiadów jakich udzieliła Hanna Krall i - za jej zgodą - przestawiał, ścinał, poprawiał, by osiągnąć efekt prawdziwy i szczery.

Udało się:) 

Podczas lektury uświadomiłam sobie, że znajomość z Hanną Krall zaczęłam i skończyłam na szkolnej lekturze "Zdążyć przed Panem Bogiem". I zaczęłam się zastanawiać, czemu nie czytałam nic więcej...

Rozmowy Hanny Krall podzielone zostały w książce "Reporterka" na trzy części opisujące reportera, reportaż i czytelnika. Jako część bonusową dołączono wypowiedzi innych, znanych ludzi o Hannie Krall, publikacje autorki, kalendarium jej życia i bibliografię.

Zauroczyłam się tym fragmentem, w którym Hanna Krall mówi o wyższości ignorancji nad ograniczoną wiedzą; wspomina siebie idącą na rozmowę z Markiem Edelmanem:

"Gdybym wówczas wiedziała tyle o getcie i powstaniu, ile potem sie dowiedziałam z licznych książek, kronik, raportów, świadectw - nigdy nie ośmieliłabym się przystąpić do rozmowy z Edelmanem. Byłabym sparaliżowana tematem. Ale ja byłam swobodna, bo nie przygniatał mnie ciężar wiedzy, którą zdobyłam później. (...) To beszczelność ignoranta. Ignorant zadaje naiwne pytania, ale one bywają pożyteczne."

Dużo się dowiedziałam z tej książki i o pracy reportera, i o życiu Hanny Krall. Poznałam smak jakim w życiu kieruje się Reporterka, jej spojrzenie na ludzi, na wydarzenia i dowiedziałam się o zmianach jakie zachodzą w niej wraz z upływem lat i wielością wysłuchanych rozmów. I, co dla mnie w jakiś sposób szczególnie cenne, przeczytałam o tym, jak pracuje Hanna Krall.

Jackowi Antczakowi udało się stworzyć pasjonującą lekturę.

Zapomniałam napisać...

że wróciliśmy do domu. I to już tydzień temu wróciliśmy. Oczywiście nocą, gdyż - jak stałym czytelnikom bloga wiadomo - kotek Gusia męczy się okrutnie jeżdżąc w dzień;  musi bowiem stać wówczas na tylnych łapkach i patrzeć za okno. Nie bez znaczenia był też żar lejący się z nieba. Podczas nieobecności kotów zrobiony był remont, więc koty po przyjeździe musiały sprawdzić czemu pachnie trochę inaczej i gdzie są te meble, które były i czemu są w innym miejscu. (I małe dygresyjne pytanie - czy koty rozróżniają kolory? Myślicie, ze zauważyły, że ściany nie są już białe a kolorowe?) Na szczęście miejsce na miski w wyremontowanej kuchni się znalazło, a i regały z książkami jak stały, tak stoją, więc czegóż tu więcej kotom do szczęścia brakować może.

Podczas ostatnich dni, dość ciepłych, że rzeknę tak eufemistycznie, koty były przykrywane mokrymi chustkami (bo, gy próbowałam je moczyć obrażały się na mnie). Nusia i Sisi znosiły, to z zadowoleniem, a Gusia pozwalała się nakryć tylko razem z koszykiem - ona spała w koszyku, a na koszyku leżała wilgotna chustka. Kotek Gusia najwyraźniej nie życzyła sobie bliskości mokrej szmatki na swym przepięknym, wypielęgnowanym futrze.

Zauważyliśmy ciekawą rzecz - Gusia jest bardzo obowiązkowa i wręcz pryncypialna w spełnianiu obowiązków. Otóż - gdy jest pora spania, to kotek Gusia śpi (nawet jak przyjdą goście i chcieliby się z kotkiem Gusią przywitać). Gdy jest pora patrzenia za okno (codziennie wieczorem), to kotek Gusia patrzy. Nawet z toalety korzysta o mniej więcej określonych godzinach;)

Sisi natomiast - wedle mojego nadopiekuńczego oka - zrobiła się ostatnio jakaś lękliwa. Ucieka na dźwięk syczącej, odkręcanej butelki z wodą mineralną, na dźwięk szeleszczącego woreczka, czy głośniej grającego radia. Nie wiem, co może być przyczyną takiego zachowania i trochę się martwię.

Nusia przypomniała sobie, że jak siedzę przy kompie, to trzeba mnie podgryzać w nogi, a pana hydraulika przywitała tak wielką radością - okazując to robiąc nader efektowne baranki. A gdy robiłam porządki - dzielnie mi pomagała. Tak dzielnie, że aż w końcu usnęła w worku z papierowymi śmieciami.

P.S. Na poniższym zdjęciu  - widok z naszego okna.

23 lipca 2009

Thomas Kanger. Mężczyzna, który przychodził w niedzielę


Wydane przez

Wydawnictwo Czarne

Elina Wiik, jest dość niepokorną policjantką, która z racji swojego charakteru nie utrzymuje zbyt dobrych kontaktów z aktualnym przełożonym. Poprzedni szef, Oskar, zawsze ją wspierał i dziewczyna odwiedzająca go w szpitalu oprócz wdzięczności czuję również potrzebę odpłacenia za okazane jej dobro. Gdy Oskar wspomina o starej, niewyjaśnionej sprawie, która wkrótce ulegnie przedawnieniu, Elina postanawia odszukać mordercę Ylvy Malmberg. To, że od sprawy minęło już niemal 25 lat i presja czasu sprawiają, że Elina staje się jeszcze bardziej niż dotychczas bezkompromisowa dążąc do rozwiązania tajemnicy pana N.

Od pewnego czasu tropię - raczej bezwiednie -  w powieściach skandynawskich model życia społecznego reprezentowany przez bohaterów powieści. Elina, kobieta singiel, zniesmaczona jest niewielka liczbą kobiet pracujących w policji w czasie gdy zabito Ylvę. I bez chwili wątpliwości korzysta z danych jakie państwo gromadzi o każdym z obywateli:

"Elina z wdzięcznością pomyślała o szwedzkiej biurokracji, która zaoszczędziła jej całych dni pracy. Przed sobą miała wypisane wszystkie miejsca pracy w całej karierze (...). Skondensowana biografia w kraju, gdzie człowiek znaczy tyle, co jego praca."

Ale gdyby tak odejść od mojego powiększającego się bzika;), to trzeba przyznać, że to świetny kryminał. Thomas Kanger stworzył przekonującą fabułę, postacie jego powieści są realistyczne i choć z żadną z nich nie poczułam się związana doceniam sposób w jaki autor przedstawił swoich bohaterów czytelnikom. Wiodąca dwutorowo intryga nabiera podczas lektury tempa, a gdy następuje połaczenie obydwu wątków najważniejsza staje się prawda.

Podobało mi się zaangażowanie policjantki w starą sprawę, jej rozmowy z ludźmi znającymi zabitą dziewczynę, determinacja z jaką pracowała, by złapać mordercę przez upływem dwudziestupięciu lat. I podobało mi się zakończenie... Dość nieoczekiwane i jakże realistyczne... Ale nie powiem nic więcej - czytajcie:)

22 lipca 2009

Nie mogłam się powstrzymać


Nusia tak czule obejmuje ksiązkę pt. "Filozofia jako polityka kulturalna", której to książki recenzja ukaże się już niedługo:)

Marta Fox. Czerwień raz jeszcze daje czerwień.

Wydane przez
Wydawnictwo Siedmioróg
Marta Fox, uważana przede wszystkim za pisarkę młodzieżową, ma w swoim dorobku pozycje całkiem dorosłe i "Czerwień raz..." to tychże "dorosłych" można zaliczyć.
Bardzo ciekawy jest układ książki. Autorka pisze coś na kształt pamiętnika tworzonego od ostatniego dnia czerwca do początku sierpnia. Prezentuje to, co u niej aktualne, opowiada skąd pomysł na tekst i podsuwa czytelnikowi ów - zapowiedziany - tekst.
Znajdziemy tu wiersze i opowiadania, niektóre w formie listów tradycyjnych, w formie eseju, inne są listami elektronicznymi. Tym, co je łaczy jest tematyka - dotykająca najintymniejszych sfer życia człowieka. Autorka pisze o bólu związanym ze śmiercią kogoś bliskiego, o samostanowieniu (przepiekne jest ukute przez nią powiedzenie "samoswoja"), o miłości, uzależnieniu od innych osób, o seksie. Przywołuje ulubionych pisarzy, malarzy, artystów dzieląc się z czytelnikami wrażeniem jakie ich dzieła na niej wywierają.
Nie mniej ciekawe od tekstów są przypowieści do nich. Opowieść o burzy spędzonej z muzyką w uszach i w towarzystwie psów w łazience, o oswajaniu komputerów, pobycie we Wrocławiu i w Avignonie.
Dla mnie lektura tej książki była jak rozmowa z Martą Fox. Rozmowa ciekawa, prowadzona z poszanowaniem rozmówcy i z dużą życzliwością. Myślę, że warto poznać Martę Fox piszącą do dorosłych.
Na zachętę fragment wiersza pt. "Spowiedź".
Prawdziwej namiętności nauczycł mnie jednak św. Jan od Krzyża
i od tej pory budziłam sie w płomieniach miłości
których żar ranił mnie czule i dawałm przedsmak
życia wiecznego
Samotność dzieliłam razem z Franzem Kafką
i razem z nim umierałam ze strachu
wiele nocy w różnych łóżkach tego świata
spędziłam z Cortazarem aż w końcu wyruszyłam
z nim w podróż w osiemdziesiąt światów dookoła dnia.

21 lipca 2009

Podgółwek


Artur Sandauer. Proza.


Wydane przez

Wydawnictwo Muza

W tomie zatytułowanym "Proza" umieszczone zostały teksty tworzące dwie, odrębne całości, czyli "Śmierć liberała" i "Zapiski z martwego miasta (Autobiografie i parabiografie)".

Proza zgromadzona w pierwszej części opowiada o doświadczeniach życia w getcie w Samborze (koło Lwowa). Kolejne teksty nie są kontynuacją poprzednich, a jedynie stanowią pewnego rodzaju dopełnienie - ukazują jeden z wątków poprzednio zaledwie wspomniany, który w kolejnym opowiadaniu jest rozbudowany i zajmuje miejsce pierwszoplanowe. Wydarzenia opisane przez Sandauera, opisane dość sucho, a jednocześnie szalenie przejmująco, odsłaniają ludzkie emocje, odsłaniają człowieczeństwo w czasie próby. Noce, podczas których należało wskazać ludzi do ocalenia (i domyślnie tych, których ocalić się nie da), domy w czasie pokoju, w których mieszkają przyjaciele z czasu pokoju, bo na czas wojny przyjaźni nie starcza, dylematy prawdziwie tragiczne składają się na teksty znakomitego krytyka i literaturoznawcy.

"Zapiski z martwego miasta" przedstawiają trwanie człowieka, który uwikłany we własną narodowość próbujeokreślić siebie, próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie.

"Moje późniejsze pisarstwo miało mi służyć po to, aby wychylać się poza siebie, eksperymentować na terenie własnej psychiki. Centralnym jego wyrazem miała się stać krytyka. Ona to pozwalała mi wdzierać się w coraz to inne dziedziny, podszywać się pod coraz to inne indywidualności."

"Proza" Artura Sandauera nie jest lekturą łatwą, ale warto po nią sięgnąć. Na mnie zrobiła wielkie wrażenie - i treść, i sposób w jaki autor przedstawia czytelnikom swoją historię.

P.S. Strona Adama Sandauera.

Praca bibliotekarza (gra) :-)


Lightning Librarian

Stosik wyzwaniowo-nowościowy


Wyszperane w bibliotece:
Czingiz Ajtmatow. Łaciaty pies biegnący brzegiem morza.
Borys Akunin. Pelagia i biały buldog.
Marta Fox. Czerwień raz jeszcze daje czerwień.
Zygmunt Skujinś. Mężczyzna w kwiecie wieku.
Stefan Chwin. Złoty pelikan.
W jednej z książek znalazłam obrazek z USG z gabinetu ginekologicznego;) A szukając książek z kolorami w tytułach wciąż trafiałam na książki mające w tytule liczby. Może kolejne wyzwanie poświęcimy liczbom?;)
Pocztą przyszło:
Gilles Leroy. Alabama song.
Steve Yarbrougch. Koniec Kalifornii.
Dariusz Żukowski. Miłość morderców.
Biruta Markuza. Dziennik z prowincji świata. (!)
Andrzej Wydrzyński. Czas zatrzymuje się dla umarłych.
Julia Gregson. Na wschód od słońca.
Thomas Kanger. Mężczyzna, który przychodził w niedzielę. 

To jest...

owczarek niemiecki. 

Może ktoś pomóc?

Szczegóły tutaj.

19 lipca 2009

Bajkoterapia, czyli dla małych i dużych o tym, jak bajki mogą pomagać.




Wydane przez

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Przyznaję byłam sceptyczna wobec "Bajkoterapii...". Nie przekonywali mnie Katarzyna Dowbor, Krzysztof Ibisz, czy Rafał Królikowski, których zaproszono do stworzenia bajek terapeutycznych. Okazuje się jednak, że nie należy się zawczasu uprzedzać - "Bajkoterapia..." jest porządnie zrobioną książką, w której da się i szukać pomocy, i szukać inspiracji.


Każda z trzynastu bajek poprzedzona została wskazówkami psychologa, który wyjaśnia do jakiej sytuacji będzie owa bajka optymalną.


Bajki dotyczą różnych zagadnień z jakimi spotyka się każdy z nas, a jakie w przypadku dzieci mogą być prawdziwie problematycznymi. Jest mowa o strachu, o kłocących się rodzicach, o sympatii i jej braku wśród rówieśników, o wiecznie zabałaganionym pokoju dziecięcym i o tym, że czasami trudno uwierzyć w swoje możliwości. Bohaterowie bajek małą kłopot z odmawianiem, boją się, że ich poświęcający dużo czasu pracy rodzice ich nie kochają, chcą podporządkować sobie innych i kłócą się z rodzeństwem.


Po każdej bajce zamieszczony został "Komentarz bajkoterapeutyczny", w którym psycholog podpowiada jak rozmawiać z dzieckiem o bajce i co zrobić, poza rozmową, by oswoić emocje.


Na końcu rodzice znajdą podpowiedź jak pisać bajki. I myslę, że owa podpowiedź to kolejny plus "Bajkoterapii.." - wszak rodzice znający swoje dzieci najlepiej dostają w ten sposób jeszcze jedno narzędzie, dzięki któremu będą mogli pomóc swojemu dziecku i dzięki któremu poznają je jeszcze lepiej.


Okazuje się, że niesłusznie byłam sceptyczna. "Bajkoterapię..." polecam nie tylko rodzicom małych dzieci.

Rafał Dębski. Serce teściowej.



Wydane przez

Wydawnictwo Fabryka Słów


Nie wiedzieć czemu żywiłam przekonanie, że "Serce teściowej" to powieść. Jakież było moje zdumienie i radość, gdy okazało się, że tym razem spotkam się z autorem w opowiadaniach.

Opowiadania owe są przewrotne - autor sięgnął szeroko do legend, baśni i bajek, a później nadał im swój charakterystyczny rys, odmieniając nieco znane wszystkim z dzieciństwa historie. Nie są one zatem już przeznaczone dla dzieci, a dorosłym ich czytanie powinno sprawić prawdziwą frajdę, gdyż autor jest mocno ironiczny, a w bajkach usytuowanych w dawnych realiach przemyca całkiem współczesne relacje. Jest tu i Smok Wawelski, i Śpiąca Królewna, i nawet duch z butelki. Znani, ale tak jakby nie do końca;)

Świetna lektura i aż mi żal, że czekałam z czytaniem Dębskiego tak długo i, że już przeczytałam:)

18 lipca 2009

Beata Kulisiewicz. Dogoteriapia we wspomaganiu nauki i usprawnianiu techniki czytania.



Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Impuls

Bardzo lubię pomysły Beaty Kulisiewicz na pracę terapeutyczną. W niedawno wydanej książeczce znajdziemy tych pomysłów zatrzęsienie i jestem przekonana, że ich wykorzystanie uatrakcyjni pracę dogoterapeutów z dziećmi uczącymi się czytać i pisać oraz tymi, który z czytaniem i pisaniem mają kłopoty.

Autorka zaczyna od objaśnienia przyczyn trudności w nauce czytania, by później - w rozbudowanym rozdziale zatytułowanym "Nauka z psem" - objaśnić założenia ideologiczne czytania psu i pokierować takiego typu terapią poprzez kolejne jej etapy. Już tu Beata Kulisiewicz proponuje różne ćwiczenia mogące ułatwić naukę czytania.

Autorka podpowiada również tytuły książek, z jakich terapeuci mogą korzystać podczas pracy z dziećmi dzieląc je na te, dla dziec młodszych i na te przeznaczone dla dzieci starszych.

Bogaty dział "Dodatków" zawiera karty pracy, scenariusz zajęć, zakładkę do książki i inne pomysły mogące uczynić zajęcia dogoterapii jeszcze ciekawszymi.

Ogólnie rzecz biorąc - rewelacja!

P.S. Myślicie, że można tak pracować także z kotami?;)

Gorąco tak, że...







spać się chce... Albo chociaż leżeć leniwie. Kociaste ożywiają się tylko wieczorami, kiedy to galopują po całym mieszkaniu radośnie podskakując.


Mamy problem z obcinaniem Nusiowych pazurków. Usadzona do obcinania warczy, wierzga, krzyczy i gryzie. Co robić?!

Abigail uhonorowała nas nagrodą - dziękuję za wyróżnienie:)

17 lipca 2009

Profesor Leszek Kołakowski nie żyje


Mapa mojego literackiego świata


visited 53 states (23.5%)
Create your own visited map of The World or vertaling nederlands duits?

Zbyt wiele białych plam - dobrze, że wyzwanie peryferyjne trwa tak długo:)

Michelle Perrot. Moja historia kobiet.


Wydane przez
Instytut Wydawniczy PAX

Michelle Perrot, zaangażowana w ruch kobiecy, wygłosiła dla radia France Culture cykl wykładów o historii kobiet. Owe wykłady - cieszące się niebywałą popularnością - podarował nam PAX w formie książki. Lektura to wartościowa, choć nie ze wszystkimi tezami autorki się zgadzam.

W pierwszym rozdziale autorka przedstawia trudności na jakie natknąć sie można podczas poszukiwania dokumentów źródłowych opisujących kobietu lub przez kobiety spisanych. Wskazuje na marginalną pozycję kobiet w społeczeństwie dawniejszym i wyjaśnia, że w tworzeniu historii kobiet najłatwiej oprzeć się na ich wizerunkach, które choć tworzone przez mężczyzn i tym samym nie dość wiarygodne, są najpopularniejszym źródłem wiedzy o kobietach.

W kolejnych rozdziałach autorka opisuje kociecość postrzeganą przez pryzmat ciała (ze szczególnym naciskiem na owłosienie), duszy (a tu pisze o religii, wiedzy i udziale kobiet w życiu artystycznym). Następny rozdział porusza kwestię pracy kobiet w różnych sektorach życia gospodarczo-społecznego, a jeszcze następny omawia role kobiet w życiu publicznym.

Z czym się nie zgadzam? Ot, choćby z twierdzeniem, że celibat jest wytworem religii chrześcijańskiej.

"Moja historia kobiet" to lektura warta, by się z nią zapoznać. Ciekawym jest obserwowanie jak zmieniało się postrzeganie kobiet i role im przypisywane.

Joanna Baran. Co robić, żeby dziecko sprawniej czytało i pisało, a dorosły przetrwał.



Wydane przez

Wydawnictwo Harmonia
Niepozorna, bo zaledwie czterdziestoczterostronicowa (bez aneksu) książeczka Joanny Baran jest niemalże kanonicznym dziełem służącym terapeutom i rodzicom przystępującym do pracy terapeutycznej z dziećmi mającymi problemy z czytaniem i pisaniem.

Autorka w prosty i przejrzysty sposób objaśnia podstawowe zagadnienia dotyczące terapii pedagogicznej, wyjaśnia jakie mogą nastąpi niepowodzenia szkolne i radzi, jak im przeciwdziałać. Podobała mi się klasyfikacja jaką autorka stworzyła przy objaśnianiu postaw dzieci mających kłopoty z czytaniem i pisaniem; postawy błazna, pochlebcy, eksperta i inne.

Ciekawy okazał się też rozdział dotyczący drugoroczności, w którym Joanna Baran przedstawia swoją opinię na temat tego, czy zasadne jest zatrzymywanie uczniów na drugi rok w tej samej klasie, czy też lepsze dla rozwoju dziecka jest promowanie go do klasy następnej.


Pod koniec, ale jeszcze przed aneksem, autorka zamieściła kolejne warte uwagi treści - a mianowicie powinności nauczyciela, rodziców, terapeuty względem dziecka warunkujące właściwy i skuteczny przebieg terapii.

W aneksie umieszczone zostały przykłady praktycznej realizacji teoretycznych założeń, o których autorka pisze.

Całość - świetna. Polecam i tym, którzy zaczynają pracę terapeutyczną i tym, którzy są terapeutami od wielu lat i chcą nieco odświeżyć swoją wiedzę i umiejętności.

Riitta Jalonen. Dziewczynka i drzewo kawek.


Wydane przez

Wydawnictwo Tatarak

Książka Riitty Jalonen opowiada o smutku osieroconego przez ojca dziecka. Dziewczynka wraz z mamą ma zacząć nowe życie – wyjeżdżają w nowe miejsce, mama będzie miała nową pracę, zamieszkają w nowym mieszkaniu, a dziewczynka pójdzie do nowej szkoły. Ale dziecko chce móc mieć wspomnienia, chce móc je pielęgnować, a ów pęd do „nowego” nieco ją niepokoi.

„Wiem, czym jest tęsknota. To coś, co można poczuć w sobie z każdej strony. Najmocniej czuje się ją w środku, pod ubraniami, ale nie wiem, gdzie dokładnie.”

Dziewczynka opowiada sobie świat, który musi opuścić. Żegna się z panem z drugiego bloku, który wygląda jak tata, żegna się z drzewami, które czekają tęskniąc na kawki, żegna się z poznaną rzeczywistością jednocześnie tęskniąc za tą częścią życia, którą musi porzucić z powodu śmierci ojca.

To książka na wielokrotne czytanie. Na smakowanie fraz, pojmowanie bólu dziecka i naukę tego, że nie należy traktować dziecięcych przeżyć z lekceważeniem, że warto zauważyć wszystkie dziecięce tragedie.Wyrównaj do środka