31 maja 2011

Geoffrey Ingham. Kapitalizm.


Wydane przez
Wydawnictwo Sic!

Ingham we "Wprowadzeniu" zwraca uwagę na fakt, że literatura socjologiczna poświęcona kapitalizmowi jest bardzo obfita, a mimo to prezentuje nam swoją książkę, czym dokłada się do owej obfitości. Po co zatem kolejna książka o kapitalizmie?

Ingham wyjaśnia, że to, co zamierza przedstawić w swoim dziele, na pierwszy rzut oka może wydwawać się staromodne, bo też i cel Inghama jest nieco inny, niż cele, które zakładają sobie pozostali autorzy. Ingham chce bowiem skupić się na klasycznej, socjologicznej problematyce, czyli na naturze kapitalizmu. Ta natura to fundamentalne elementy kapitalizmu postrzegane jako całość, ale też wzajemne tychże elementów powiązania.

Książka wyraźnie dzieli się na dwie części. W części pierwszej Ingham przedstawia idee najważniejszych teoretyków, a ci najwięksi to, wedle Inghama, A. Smith, K. Marks, M. Weber, J. Schumpeter oraz J. M. Keynes. Na początku każdego rozdziału, przy nazwisku omawianej postaci, Ingham daje jakąś sentencję, zdanie póbujące oddać istotę myśli opisywanego autora. I tak przy Adamie Smith'cie mamy taką oto sentencję: "Rynek jako zestrajająca >niewidzialna ręka<"; przy Karolu Marksie: "Wyzysk i zgubne sprzeczności kapitalistycznego sposobu produkcji"; przy Johnie Maynardzie Keynesie: "Usprawnianie kapitalizmu".

Dobre są te portrety kreślone przez Inghama, przydatne zwłaszcza tym, którzy o Marksie coś tam słyszeli, być może potrafią skojarzyć Smitha z "niewidzialną ręką", ale już zupełnie nie wiedzą, kto to był Joseph Schumpeter. Na okładce mamy taki oto fragment recenzji Zygmunta Baumana: "O takich monografiach każdy student marzy: zwięzłe choć ogarniające całość istniejącej wiedzy o przedmiocie". Bauman ma rację - książka Inghama to bardzo dobry podręcznik.

Druga część książki, o wiele większa od pierwszej, to dla mnie całe ekonomiczne studia :-)) Ingham pisze o kapitalistycznych instytucjach, takich jak pieniądz, wymiana rynkowa, rynki kapitałowe i finansowe, przedsiębiorstwo czy państwo. Pisze też o globalizacji, próbuje poszukać odpowiedzi na pytanie o to, czy kapitalizm przetrwa, a na koniec, w "Postscriptum", daje analizę kryzysu światowego, który rozpoczął się w roku 2007 i który, na szczęście, do nas nie dotarł, co pozwoliło nam stać się zieloną wyspą :-))

Oczywiście po przeczytaniu książki Inghama nie zostałam ekonomistką, ale przecież książkę mam i zawsze mogę do niej wrócić.

Na koniec taki oto mały problem: jak myślicie, czy politycy znają się na ekonomii? No dobrze, nie muszą się znać, bo od ekonomii mają ekspertów. OK, ale skąd politycy wiedzą, którzy eksperci od ekonomii mają rację? :-)))

30 maja 2011

Fannie Flagg. Dogonić tęczę.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Tej książki brakowało mi do kompletu lektur Fannie Flagg. Brakowało mi także do dopełnienia historii opowiadanych w innych książkach amerykańskiej Autorki; ot, choćby do tego, by poznać Sąsiadkę Dorothy. Gdy już przeczytałam, przyznam, że kolejny raz dałam się porwać opowieści Fannie Flagg, kolejny raz odwiedzając Elmwood Springs poczułam chęć zamieszkania w tej idyllicznej okolicy, która swój charakter zawdzięczała ludziom i ich życzliwości, a nie temu, że omijały ją nieszczęścia i zjawiska mogące budzić zmartwienia.

Akcja powieści rozpoczyna się w latach czterdziestych, a kończy w siedemdziesiątych. Przez ten czas obserwujemy życie mieszkańców miasteczka południowego Missouri, towarzyszymy im w radościach i smutkach, w dorastaniu i starzeniu się, a owe towarzyszenie uprzyjemnia codzienna audycja radiowa Sąsiadki Dorothy.

Fannie Flagg pisze tworząc (odtwarzając?) przyjazny i pełen nadziei klimat prowincjonalnego miasta dumnego ze swoich mieszkańców zaprasza nas w sentymentalną podróż. Kto jeszcze nie zawędrował do Elmwood Springs powinien to zrobić - tam zawsze witają gości z otwartymi ramionami.

P.S. W "Dogonić tęczę" znalazłam zdanie, z którym łatwo mi się zidentyfikować. Oto ono:

Nie uważam się za zawodowego krytyka, ale podobają mi się książki, w których jest początek, środek i zakończenie, a także, co daj Boże, parę wątków po drodze i coś do śmiechu.

Jak Wam się podoba?

29 maja 2011

To nie jest książka.


Wydane przez
Wydawnictwo Narbook

"To nie jest książka", jak pisze Wydawca, trafiła do wydawnictwa w kopercie bez znaczków i bez adresu nadawcy. Oprócz maszynopisu w kopercie znajdowały się dokumenty uprawniające do publikowania opowieści. Historia książki o przedziwnym tytule doskonale koresponduje z jej treścią.

Wieśka i Miłosz są uczniami maturalnej klasy. Ona owładnięta jest manią życia bez końca, on umiera na raka. Zainteresowanie Wieśki powoduje, że młodzi ludzie, dotychczas nie mający ze sobą wiele wspólnego, zaczynają wspólnie szukać książki, która, jak głoszą informacje znalezione przez dziewczynę, kryje w sobie sposób na nieśmiertelność. Szukając księgi zatytułowanej "To nie jest książka" trafiają do przedziwnej biblioteki - nieuporządkowanej, będącej poza finansowaniem państwowym i co za tym idzie poza państwowym zarządzaniem. Każdy korzystający z Biblioteki musi znaleźć swoje imię, adekwatne do literatury po którą sięga, każdy kto przekracza próg Biblioteki ma szanse na to, by dowiedzieć się czegoś więcej niż to, co kryje się na kartach książek.

Podczas poszukiwań Wieśka i Miłosz spotykają ekscentrycznych pracowników Biblioteki: Ariela Totelesa, Lidię Pank, Lady Dedlock, Śmierć z Cerberem oraz Kandyda i Janinę Marion, którzy wiodą ich przez świat metafor, ksiąg i książek, prawd i przekonań, niebezpieczeństw ukrytych w zapisanych kartach.

Młodzi ludzie oprócz tego, co wiąże ich w życiu z Biblioteką są związani także z systemem szkolnym. Obecność w szkole nie gwarantuje im mądrości, ale stwarza szanse na poznanie interesujących ludzi i pewnych zjawisk, które w połączeniu z doświadczeniami wyniesionymi z Biblioteki wyposażają Wieśkę, Miłosza i ich klasowego kolegę Wuceta w nietypową wiedzę.

Fascynowała mnie ta książka. Zżerała ciekawość, w którą stronę rozwinie się akcja, gdzie zawędrują jej bohaterowie, jak potoczą się ich losy w tym dziwnym świecie z jakim się zetknęli, podczas poszukiwań publikacji zatytułowanej "To nie jest książka".

Nie umiem ocenić, czy młodym ludziom, do których - moim zdaniem - kierowana jest ta historia, będzie się wydawała wypełniona mądrymi maksymami, czy sloganami. Mnie ta książka zwróciła uwagę na pewne rzeczy już znane, ale nie do końca uświadamiane, ale też i takie, które w jakiś sposób stanowiły dla mnie novum. Znalazłam też coś, co  - gdybym miała naście lat mniej - przepisałabym sobie i przypięła na ścianie, by było moim kierunkowskazem.

Najnowszą publikację Wydawnictwa Narbook zamierzam podsunąć komuś znacznie młodszemu od siebie, by posłuchać opinii osoby, która dopiero kształtuje swoje patrzenie na świat. Zanim jednak dowiem się, co o książce myśli rówieśnik bohaterów, mogę stwierdzić, że sięgnięcie po lekturę zatytułowaną "To nie jest książka" może stać się zaproszeniem do ekscytującej wędrówki po literaturze. 

28 maja 2011

Przyłapane zaraz po świcie...




Jacek Migasiński. Filozofia nowożytna. Postacie. Idee. Problemy.


Wydane przez
Wydawnictwo Stentor


Książka Jacka Migasińskiego to historia filozofii, nowożytnej filozofii: pierwszą opisywana postacią jest Francis Bacon, a ostatnia Herbert Spencer. Spencer zmarł w roku 1903, trzy lata po Nietzschem, a mimo to Migasiński w swojej książce sylwetkę Spencera przedstawia, a Nietzschego nie. Dzieje się tak dlatego, że, jak autor wyjaśnia, twórczość Nietzschego można uznać za początek nowej epoki, czyli filozofii współczesnej. Tu warto zauważyć, że z podobnego założenia wyszedł Tadeusza Gadacz, który w pierwszym tomie „Historii filozofii XX wieku” jako pierwszego filozofa przedstawia właśnie Nietzschego, który przecież zmarł w ostatnim roku wieku XIX.

Migasiński porządnie poukładał swoją książkę, rzekłabym – tradycyjnie; po eksperymencie Gadacza we wspomnianej już „Historii filozofii XX wieku”, Migasińskiego czyta się, że tak powiem, wygodnie (co nie znaczy, że Gadacz swoje dzieło ułożył nieporządnie). I bardzo mi się podoba, że w podtytule napisano „Postacie” a nie „Postaci” :-)

Dużym plusem książki jest to, że zawiera ona fragmenty tekstów omawianych filozofów, możemy zatem przypomnieć sobie pisma Kartezjusza, Kanta czy Hegla, ale też posmakować Vico, Herdera czy Holbacha. Kto kiedy czytał cokolwiek Vico, Herdera czy Holbacha? :-)

Książka zawiera indeksy nazwisk oraz pojęć i terminów. W tekście przypisków nie ma, za to na końcu podana jest bibliografia przedmiotowa – kanon, z Coplestonem i Tatarkiewiczem na czele. Pomyślałam sobie, że w dużej mierze ze względu na antologię, książka bardzo nadaje się do szkół, ale czy teraz w jakichś szkołach uczą historii filozofii?

Czy 6 godzin w pociągu może zadowalać?

Byłam wczoraj we Wrocławiu. Nie odwiedzałam tego miasta już kilka lat i gdy wędrowałam jego ulicami pomyślałam, że żałuję swojej długiej nieobecności. Żałuję, bo lubię być we Wrocławiu. Wiele się pozmieniało od mojej ostatniej bytności w mieście nad Odrą.



Są też rzeczy niezmienne i budzące moją olbrzymią sympatię:



Zastanowiły mnie te postacie:
Udało mi się znaleźć wyjaśnienie na blogu o Wrocławiu.

Droga wiodąca do Rynku i sam Rynek zastawione były jakimiś budkami. Nieco mało atrakcyjne i tworzące chaos.

Na szczęście fontanna wciąż działa i cieszy oczy:-)
Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule - oczywiście! Jeśli tylko ma się ze sobą dwie zajmujące książki, to podróż upływa błyskawicznie. Przyznajcie - sześć godzin, które możecie poświęcić TYLKO książkom to cudowne sześć godzin:-)

26 maja 2011

Spokojnie...

Spokojnie u nas, nic spektakularnego się nie dzieje. Chyba, żeby uznać Duszkę jedzącą gotowanego kurczaka za wydarzenie godne odnotowania. Albo Sisuleńkę, która wczorajszy poranek spędziła w szafce ze ściereczkami do naczyń. Gdyby kogoś kusiło zapytać czemu tak, odpowiedź brzmi - bo tak;-) I Nusię śpiącą ostatnio w najdziwniejszych miejscach i pozycjach. I Gusię, rzecz jasna, która co wieczór wskakuje na łóżko i nie opuszcza go aż do rana, najchętniej na moich lub Z. plecach.

Z rzeczy nowych i drastycznych - Z. wziął się za odchudzanie kotów. Mocno się wziął. Trzymajcie kciuki za chudnięcie kotów i wytrwałość naszą.

Dorota Gellner. W czepku urodzone.


Wydane przez
Wydawnictwo Bajka

Dziecku w czepku urodzonemu towarzyszymy od pierwszych chwil po narodzinach aż po czas edukacyjnych zmagań szkolnych. Dziecko jest cwane, przemądrzałe, liczy przede wszystkim na siebie i ku własnym korzyściom. Jego historię Dorota Gellner opisuje opierając się na związkach frazeologicznych, używanymi bardzo często i równie często z brakiem zrozumienia tego, co ów oznacza.

Autorka bawi się słowami tworząc opowieść o dziecku w czepku urodzonym i dzięki tej zabawie osiąga humor abstrakcyjny i, powiedzmy sobie szczerze, nie przemawiający do każdego. Wierni czytelnicy Pani Gellner z pewnością zauważą podobieństwa łączące "Dziecko..." i "Zająca", a ci, których zachwycił uroczy marchwewkożerca, z pewnością zauroczy także najnowsza opowieść Pani Doroty zilustrowana idealnie przez  Kacpra Dudka.

Życzę udanej lektury:-) Zapewniam, że nie będziecie się nudzić!

25 maja 2011

Marek Krajewski. Liczby Charona.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Kolejny lwowski kryminał Krajewskiego odsłania przez nami Edwarda Popielskiego, który po reakcji nader wybuchowej i niewłaściwej do sytuacji, traci pracę w policji i zmuszony jest utrzymywać się z korepetycji. Nagły spadek stanu finansów powoduje równie nagłe i bolesne zubożenie, czyli obniżenie poziomu życia, do którego Popielski był przyzwyczajony. Gdy pewnego dnia w jego domu pojawia się dawna uczennica prosząc o pomoc w rozwiązaniu zagadki zaginięcia hrabiny, a policjanci proszą o wsparcie w poszukiwaniach  zabójcy zostawiającego przy ciałach martwych kobiet napisy w języku hebrajskim przed Popielskim rysuje się szansa na odzyskanie szacunku i zarobienie pieniędzy.

Z książkami Krajewskiego jest tak, że mimo odrażających scen opisujących spelunki, śmierdzące zaułki, różne paskudne rzeczy, które ludzie robią sobie wzajemnie, czyta się je sprawnie i co więcej - angażują uwagę czytelnika. Za każdym razem, gdy pojawia się nowa powieść, nie mogę się doczekać lektury i gdy już czytam - odczuwam tę dwoistość, a wraz z nią pojawiają mi się myśli o tym, dlaczego lubię czytać Krajewskiego. I choć nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie, z pewnością jeszcze nie dziś, przyznaję, że kryminały lwowskie sprawiają mi podobną przyjemność jak wcześniejsze powieści Marka Krajewskiego.

"Liczby Charona" fascynują umysłami bohaterów. Tylko i aż umysłami bohaterów. 

Udanej lektury!

Liane Schneider. Zuzia uczy się jeździć na rowerze, Zuzia jeździ konno.



Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina


Dlaczego tak lubię książki o Zuzi? Po pierwsze dlatego, że autorka (i tłumaczka) traktuje dzieci poważnie - nie używa spieszczeń i nie stroni od normalnego, "dorosłego" języka (kiedy pisze o koniach używa takich słów jak "wędzidło",  "popręg", "strzemię"). Po drugie dlatego, że Zuzia jest dzieckiem takim jak inne - zwyczajną małą dziewczynką. Po trzecie dlatego, że książki z tej serii są po prostu mądre, ładne i tanie (7,90 zł za książeczkę!).

"Zuzia uczy się jeździć na rowerze" i "Zuzia jeździ konno" to już nasze kolejne książeczki z serii i mogę je polecić wszystkim rodzicom! Przed nami nauka jazdy na rowerze, więc teraz, po lekturze książki o Zuzi, Helenka wie, że inne dzieci też się przewracają i że to normalne kiedy człowiek się czegoś uczy. Zuzi nie da się nie lubić, czyta się też z przyjemnością :)

P.S. Jeśli idziecie w odwiedziny do dziecka, któremu właśnie urodziło się młodsze rodzeństwo, koniecznie kupcie "Zuzia i nowy dzidziuś" - moim zdaniem świetny prezent!!!

Izabela, mama Heleny

24 maja 2011

Amanda Eriksson. Różowe życie.


Wydane przez
Wydawnictwo EneDueRabe

W życiu każdej dziewczynki musi przyjść taki czas. Czas marzeń o różowym. Pewnego dnia dziewczynka budzi się przekonana, że najpiękniejsze ubranie ma kolor różowy, spinki dodające urody błyszczą różem, a różowy pałac dla lalek jest wytworem magicznym, acz pożądanym. Co jednak jeśli w garderobie dziewczynka nie ma nic różowego, a i pokój pozbawiony jest akcentów kolorystycznych tej najpiękniejszej z barw?

Taki oto problem dotyka bohaterkę książki Amandy Eriksson. Na szczęście dziewczynka ma dziadka, który jest najlepszym dziadkiem na świecie. Wie on bowiem, że marzeniem dziewczynek jest bycie księżniczką, a księżniczka musi mieć dużo różowego wokół siebie. Przybywając na odsiecz wnuczce dziadek zabiera ze sobą różne materiały we właściwej barwie, barwniki, tasiemki i maszynę do szycia.

Ciekawe są powody, dla których dziewczynka chce zostać księżniczką. Fascynujące jest też to, jak w krótkim czasie i bez wielkiego nakładu finansowego, możemy odmienić swoje otoczenie - ubrania, pokój; wystarczy tylko odrobina wyobraźni i umiejętności manualnych. Ta książka uczy też tego, że nie wszystko trzeba kupić, że czasami przyjemniej jest zrobić coś wspólnie niż tylko pójść do sklepu, wyłożyć pieniądze.

Podobają mi się książki Amandy Eriksson - zarówno "Inne życie", jak i "Różowe życie". Teraz, zgodnie z tym, co znaleźć można na stronie Wydawcy, trzeba czekać na "Czarne życie". Czekam niecierpliwie:-)

23 maja 2011

Jujja, Tomas Wieslander. Mama Mu na rowerze i inne historie.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

Dwanaście opowiadań o Mamie Mu i jej przygodach zebranych w jednym tomie jest prawdziwym rarytasem dla wielbicieli rezolutnej krowy i jej zrzędliwego przyjaciela.

Mama Mu nie chce być standardową krową. Marzy o odwiedzeniu miasta, jeździe na rowerze, odwiedzeniu biblioteki, nurkowaniu, tańczeniu i byciu Mucją. Marzy i co więcej - realizuje radośnie swoje marzenia. Pan Wrona, jej przyjaciel, jest szalenie racjonalnym osobnikiem i osobnikiem, przez swój racjonalizm, nieco uciążliwym. Wciąż narzeka, że krowy nie jeżdżą na rowerze, że Mama Mu nie pojmuje idei łapania ryb, a na gospodynię przebraną w Świętą Łucję stosuje gaśnicę. 

Mama Mu i Pan Wrona tworzą wielce udany duet. Pan Wrona potrzebny jest krowie i młodym czytelnikom, bo gdyby nie on, to skąd by było wiadome jaki ograniczenia nakłada na nas rozsądek, społeczeństwo, czy stereotypowe twierdzenia. Gdyby nie obecność Pana Wrony, Mama Mu nie byłaby tak intrygująca. Jednocześnie, gdyby nie pomysły krowy, jej niesforne i lekko niefrasobliwe podejście do życia, jej wiara w to, że spełnianie marzeń niezależne jest od tego kim jesteśmy, istnienie Pana Wrony nie miałoby racji bytu. Bo komuż były potrzebny głos "krowy tak nie robią", gdy wszystkie krowy stały grzecznie na pastwisku i spokojnie przeżuwały trawę? Do kogo miałby to Pan Wrona mówić?

Rozsmakowałam się w opowieściach o Mamie Mu i Panu Wronie. Choć na stronie Wydawnictwa książka polecana jest dzieciom od lat 3, to śmiało mogę zaryzykować stwierdzenie, że nie tylko dzieci skorzystają z obcowania z bohaterami Wieslanderów; dorosłym też czasami przydaje się przypomnienie tego, że marzenia zawsze można spełniać:-)

22 maja 2011

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller. Gaumardżos! Opowieści z Gruzji.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Jeśli ktoś, po lekturze książek Wojciecha Góreckiego (1, 2) czuje niedosyt Gruzji, powinien sięgnąć po bogato ilustrowaną fotografiami opowieść Anny i Marcina Mellerów. Ich związki z Gruzinami są barwne, intensywne, a że obydwoje piszą o nich udanie, to i lektura jest przyjemną. Nawet bardzo:-)

Opowieść pokazuje obyczaje gruzińskie, a przez to, że narratorami jest i kobieta, i mężczyzna, uzyskujemy interesujący dwugłos. Anna Dziewit-Meller skłania się ku obserwacjom dotyczącym roli kobiet w społeczeństwie macho, jej mąż dostrzega frywolniejszą stronę spotkań przy stole. Obydwoje zgłębiają kulinaria, opisują przygotowania do własnego ślubu, która to ceremonia odbyła się w Tibilisi, przedstawiają sposób podróżowania po kraju i jego polityczno-historyczne uwarunkowania.

Anna Dziewit-Meller śpiewała z Gruzinami, a ja myślałam o linku, który gdzieś powinnam mieć zapisany, a który wiódł do strony z gruzińskimi pieśniami. Znalazłam odnośnik do Meshveliani przy jednej z recenzji i przytaczam do raz jeszcze, bo uznaję, że warto.

Po lekturze "Gaumardżos!" mam większą, niż dotychczas, chęć, by pojechać do Gruzji. Ale póki ów wyjazd jest niemożliwy, skorzystam z bibliografii zamieszczonej na końcu książki i będę o Gruzji czytać. Z wielką przyjemnością...

*   *   *
Miałam dziś przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim Pani Anny i Pana Marcina. Było radośnie, żywiołowo, zwyczajnie - niezwyczajnie i bardzo miło. Aż chciało się usiąść w innym niż to, w którym trwało spotkanie, miejscu, wychylić szklankę gruzińskiego wina i ucztować słuchając o tym jaka zachwycająca jest Gruzja.

Dziękuję z całego serca za autograf. Pozdrawiam:-)

Zofia Stanecka. Marianna Oklejak. Basia i kolega z Haiti.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Moje pierwsze spotkanie z Basią (a przez nią z Literackim Egmontem) okazało się być bardzo interesujące. Po pierwsze - na okładce dostrzegłam dwanaście okładek dotychczas wydanych książeczek [+ćwiczenia], po drugie - nieco poniżej logotypy dwudziestu siedmiu instytucji wspierających publikowanie książek o Basi. Uświadomiłam sobie, że Basia to nie byle kto, że jest personą znaną i znaczną, a tylko moje niedopatrzenie sprawiło, ze dotychczas nie miałyśmy okazji się poznać.

Do przedszkola Basi przychodzi nowy kolega. Ma ciemniejszą, niż inne dzieci, skórę, i nic nie mówi. Titi, bo tak chłopiec ma na imię, chowa się pod stół i rysuje dziwne obrazki - czerwone słońce i ludzi leżących na ziemi. Co gorsza - Amalka, przyjaciółka Basi, siedzi razem z nim pod stołem, bez Basi. Złość dziewczynki zwraca się w stronę nowego kolegi.

Basia jest doskonałym symbolem naszych lęków i niechęci do tego, co inne i nieznane. Dzięki niej możemy zrozumieć, że wystarczy, by poznać czyjąś historię, by postarać się poznać przyczyny jego stanu, poznać jego samego, by przekonać się czy nasz pierwotny osąd był właściwy.

Basia, dziewczę żywiołowe i emocjonalne, obudziła moją sympatię. Na półce na lekturę czeka jeszcze jeden tom z serii. I całe szczęście:-)

Dorota Sumińska. Wierzę w jeże.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Dziś wyjątkowo udany dzień na taką lekturę - wszak dziś Dzień Zwierząt. Historia napisana przez Dorotę Sumińską skierowana jest przede wszystkim do dzieci. Jeż Jerzy zwierzył się autorce ze swoich doświadczeń, a ona zadbała o to, by opowieści jeża trafiły do czytelników.

Jeż Jerzy wspomina swoje pierwsze dni - przytulną norkę, mamę pachnącą ciepłym mlekiem, siostrę i dwóch braci. Przywołuje również dzień, w którym mama wyszła z norki i już do niej nie wróciła, a jeżątka zaczęły ginąć z głodu i zimna. Jerzy miał szczęście - ludzie znaleźli go zanim umarł.

W domu przybranej, ludzkiej, mamy Jerzy miał okazję poznać różne zwierzęta. Rozmawiał z psami, muchą, pająkiem, komarem i karaczanem. Gdy zmienił pudełko na przepiękny dom wypełniony sianem w ogrodzie poznawał kolejnych przedstawicieli fauny - mysz, zaskrońca, ropuchę, itp. Co ważne - podczas każdego spotkania jeż Jerzy (a przy nim czytelnicy) dowiadywał się wielu istotnych rzeczy na temat swoich rozmówców. Czy wiecie, że tylko pająk topik jest w stanie przekuć ludzką skórę? I, że padalce jadają pomrowiki, a skorki - roztocza?

Jeż Jerzy budzi sympatię, podobnie jak jego goście. W tej książce, ubranej nieco w konwencję bajkową, Dorota Sumińska edukuje dzieci demaskując wiele błędnych opinii, które pokutują wśród ludzi na temat zaprzyjaźnionych z jeżem zwierząt.

W środę o 18:00, w Trafficu na Brackiej w Warszawie odbędzie się premiera książki. Zazdroszcząc tym, którzy będą mogli się na spotkanie wybrać, serdecznie na nie zapraszam. A kto, podobnie jak ja, do Warszawy nie dotrze - niech czyta dziecku/sobie "Wierzę w jeże", bo warto:-)

20 maja 2011

Crockett Johnson. Harold i fioletowa kredka.


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Helenka zasnęła dziś ściskając w rączce fioletową kredkę. A wszystko to za sprawą książki "Harold i fioletowa kredka". 

"Harold..." to książka o tym, że wszystko, czego potrzebujemy, mamy tak na prawdę w sobie. Harold za pomocą swojej zaczarowanej, fioletowej kredki stwarza świat takim, jaki chce ("Pewnego wieczoru Harold postanowił wyruszyć na spacer w blasku księżyca. Księżyca jednak nie było, a Harold potrzebował księżyca, żeby spacerować w jego blasku"). Dzięki swojej wyobraźni chłopiec przeżywa przygody i wędruje po świecie, aby w końcu - wrócić do domu. Bardzo podoba mi się to podkreślenie, że SAM mogę stworzyć dla siebie coś pięknego, SAM radzę sobie z opresji, SAM inicjuję to, co dzieje się w moim życiu. Takie podejście wzmacnia w dziecku poczucie własnej wartości, czyni je pewniejszym siebie, a przede wszystkim - otwiera je na nieograniczony świat fantazji i marzeń. Niektóre przygody Harolda powodowały, że Helenka aż bała się oddychać (smok), ale dzięki zakończeniu, w którym Harold wraca do do swojego łóżeczka, w którym "zapada w błogi sen" ("Maaamooo, a dlaczego on ZAPADA w sen?"), Helenka zasnęła równie dobrze. 

Bardzo, bardzo polecam - Harold na pewno spodoba się nie tylko Waszym dzieciom, ale i Wam. Dobrze byłoby mieć TAKĄ fioletową kredkę :) Miłego czytania.
Izabela, mama Heleny

19 maja 2011

Nie jest tak...

że nic się u nas nie dzieje. Ale też z drugiej strony dzieje się niewiele. Dni koty spędzają na balkonie, noce z nami w łóżku:-) Zasiałam zboże, wyrosło piękne i Sisiuleńka jadła je ze smakiem. Skutek tego był taki, że zaraz zjedzeniu zielonego czyściła sobie nim żołądek i wypluwała to, co zjadła tuż obok doniczki. Z. się zbuntował i stwierdził, że nie będzie sprzątał;-) Nusia za to przyglądała się z dużym zainteresowaniem - zielone, powiewające na wietrze, ciekawe.

Udało nam się powrócić do poprzedniej suchej karmy, co nas cieszy, bo koty czuja się po niej lepiej niż po poprzedniej. Gramy codziennie z Nusią, a to w piłeczkę, a to w gumkę wekową (mama przysłała zapas). Sisi w poniedziałek przyszła mi okazywać wielce intensywnie swoją miłość, ale od tamtej pory znów nie przychodzi. Może się o coś gniewa?

18 maja 2011

Emilia Dziubak. Gratka dla małego niejadka.

Wydane przez
Wydawnictwo Albus

Kolejna książka jaką Wam przedstawiam, a której oglądanie powoduje wzmożoną pracę ślinianek, jest adresowana przede wszystkim do dzieci. Piszę "przede wszystkim", bo i zamysł, i grafika kuszą urokiem także dorosłych.

Układ książki przypomina kulinarne poradniki - witaminy ważne dla zdrowia, propozycje przekąsek, zupek, dań głównych, deserów, napojów... Podstawową różnicą jest ta, że zaprezentowane w "Gratce..." przepisy są poziomem trudności dopasowane do dziecięcej percepcji, a ilustracje przedstawiające składniki poszczególnych potrwa są prawdziwymi dziełami sztuki:-)

Poszczególne działy kulinarne przeplecione są zadaniami dla młodych czytelników/kucharzy. A to trzeba pokolorować muffinki, a to pomóc wrócić pestce do domu, czy porównać zawartość dwóch talerzy z jarzynową i wskazać różnice.

Oglądałam tę książkę już kilka razy. Oglądam wciąż od nowa i nie mogę się nacieszyć. Tak naprawdę to zabrałam ją do Warszawy, by zostawić Heli, ale nie mogłam się z nią rozstać. Może jutro - gwoli usprawiedliwienia samej siebie - ugotuję na podstawie przepisu przytoczonego przez Emilię Dziubak zupę z marchwi?

Jeśli chcecie przed kupieniem książki obejrzeć ilustracje - zapraszam na blog Autorki. Umiecie się im oprzeć?

17 maja 2011

Przewodnik po metafizyce. Red. Sebastian Tomasz Kołodziejczyk.


Wydane przez
Wydawnictwo WAM


Wydawnictwo WAM ma nową serię: „Przewodniki po filozofii”. We wcześniejszej serii, „Myśl filozoficzna”, WAM wydał między innymi książkę J. Dissego „Metafizyka. Od Platona do Hegla”, a teraz w serii nowej „Przewodnik po metafizyce”.

„Przewodnik” to praca zbiorowa, duża rzecz, tom z indeksami oraz notami o autorach liczy sobie 635 stron. Książka nie jest historią metafizyki, tylko, jak pisze we „Wstępie” redaktor serii, Sebastian Tomasz Kołodziejczyk, „systematycznym opracowaniem problemów, które stanowią trzon filozofii pierwszej. Równocześnie [zaprezentowane teksty] są zdaniem sprawy z najnowszych badań i ustaleń dotyczących bogatej problematyki metafizycznej we współczesnej filozofii”.

Problematyka rzeczywiście jest bogata. Na początek Kołodziejczyk pisze o tym, czym jest metafizyka, a dalej Jacek Wojtysiak referuje klasyczne koncepcje bytu. Tematy takie jak metafizyka i byt to kanon, ale później robi się naprawdę kolorowo :-) Spis treści książki jest tutaj.

Teksty są mocno fachowe, dlatego niektóre z nich, że tak powiem, są mi mało dostępne :-) Kiedy młode wilki w artykule „Possibilia i światy możliwe” prezentują zapisy porobione logicznymi znaczkami, to przecież nie wiem, czy te równania napisane są bez błędów – oczywiście zakładam, że bez błędów :-)

Zdam relację z trzech artykułów, tak dla smaku i na zachętę. Robert Poczobut pisze o metafizyce umysłu i daje bardzo porządne omówienie głównych zagadnień, którymi metafizyka umysłu się zajmuje. Na koniec autor stwierdza, że metafizycy stawiają takie problemy, których nie da się rozwiązać jedynie za pomocą metod czysto filozoficznych. Związek filozofii z naukami przyrodniczymi to w ogóle ciekawa kwestia – właściwie dzisiaj mało która dyscyplina może funkcjonować, tak to ujmę – osobno, w oderwaniu od innych dyscyplin, a jeśli chodzi o prace nad umysłem i poznaniem, to badania interdyscyplinarne są absolutna koniecznością.

Ireneusz Ziemiński omawia rozmaite argumenty za istnieniem Boga. Mamy tu przegląd stanowisk począwszy od św. Augustyna. Ziemiński referuje nie tylko słynne argumentacje – św. Anzelma, św. Tomasza z Akwinu, czy Kartezjusza, ale też omawia stanowiska mniej znane, na przykład Stanisława Judyckiego, Kurta Gödla czy Alvina Plantingi; pisze też o antydowodzie ontologicznym J. N. Findlaya.

Paweł Łuków pisze o metafizyce wolności i odpowiedzialności, czyli o kwestiach takich jak wolna wola, determinizm czy odpowiedzialność. To są bardzo ciekawe tematy i to zarówno w obszarze teoretycznym, jak i praktycznym (dobry artykuł Jana Woleńskiego o podobnej tematyce jest tutaj). Peter Frederick Strawson stwierdził kiedyś, że prawdziwość determinizmu nie ma znaczenia dla pociągania do odpowiedzialności, a ja się z tym stanowiskiem zgadzam, natomiast co do argumentacji prowadzącej do ostatecznego wniosku nie zgadzam się. Przy okazji – nie rozumiem, jak można nie widzieć niektórych fundamentalnych rzeczy, ale to temat na osobny tekst :-)

Każdy artykuł w książce opatrzony jest obszerną bibliografią, mamy też indeksy osób oraz rzeczowy. Książka jest bardzo dobrze wydrukowana – nie wiem, jak to fachowo opisać, w każdym razie czcionka jest taka, jak trzeba, interlinia taka, jak trzeba itd. - czyta się to świetnie.

Bardzo dobry ten „Przewodnik po metafizyce” i już się cieszę na kolejne, zapowiadane „Przewodniki” - po epistemologii, filozofii religii, filozofii umysłu i filozofii wczesnego średniowiecza.

Kerstin Gier. Czerwień Rubinu.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Szesnastoletnia Gwendolyn jest normalną, szczęśliwą nastolatką. Jej kuzynka, Charlotte, jest przez rodzinę traktowana jak dziecko wyjątkowe - jest bowiem nosicielką genu pozwalającego podróżować w czasie. Gdy to jednak Gwen zaczyna odczuwać mdłości i przenosi się do czasów minionych, jej życie oraz życie jej rodziny ulega gwałtownym przemianom.

Od razu powiem - to pierwsza z trzech części. Jeśli zatem, podobnie jak ja, po lekturze poczujecie niedosyt, to na kolejną część trzeba będzie poczekać.

"Czerwień Rubinu" jest historią z tajemnicą, z dreszczykiem niepewności. Gwen ma oddaną, rozsądną przyjaciółkę, kochającą, acz zapracowaną matkę, młodsze rodzeństwo i tylko to odróżnia ją od rówieśników, że widuje duchy, że może z nimi rozmawiać.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że pierwszy tom jest podprowadzeniem do kolejnych części. Owszem - są momenty, w których emocje towarzyszące opisywanym wydarzeniom są bardzo silne, a nowe doświadczenia w życiu Gwendolyne budzić mogą to uśmiech, to przestrach u czytelników, ale jednak przeczytana przez mnie pozostaje opowieść stanowczo jest fragmentem całości. Całości, która pewnie dopiero po lekturze trzech składowych, pozwoli dobrze się ocenić.

Paul Maar. Tydzień pełen sobót.*

Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

"Tydzień pełen sobót" to zabawna opowieść o tym, jak pojawienie się na świecie dziecka wywraca życie rodziców do góry nogami.

A jeśli to dziecko jest zupełnie niespodziewane i w dodatku jest nim Sobek, "ni to zwierzątko, ni ludzik", a rodzicem jest pan Piwko, zwyczajny księgowy - to oczywiste jest, że ich przygody i wspólne perypetie muszą być wyjątkowe do potęgi entej! Pan Piwko, którego życie do pojawienia się Sobka było nudne i przewidywalne, dzięki Sobkowi odkrywa, że można żyć inaczej - pełną piersią, spontanicznie i wesoło. A Sobek - mimo, że chwilami irytujący (kto z nas nie ma czasem ochoty udusić własnej latorośli?!), dzięki prostocie w postrzeganiu świata, nie wiadomo kiedy kradnie czytelnikowi serce (co z resztą do Sobka jest bardzo podobne). 

Rodzicom gwarantuję, że w trakcie lektury na pewno nie będą się nudzić! Dzieci pokochają Sobka za jego niesforność i iście ułańską fantazję. Ja sama już tęsknię za Sobkiem i z niecierpliwością czekam na kolejną część jego przygód. A Wam, drodzy czytelnicy życzę, żebyście mieli obok siebie kogoś takiego jak Sobek, kto nauczy Was jak spędzić cały dzień w łóżku na nicnierobieniu!

P.S. Zastanawiam się nad wystosowaniem oficjalnego wniosku, aby fragment, w którym Sobek idzie do szkoły, znalazł się na liście obowiązkowych lektur dla przyszłych nauczycielek i nauczycieli.

Izabela, mama Heleny


* Powyższy wpis, z etykietą "Poczytaj mi, Mamo", rozpoczyna cykl pisany przez moją Siostrę i jednocześnie Mamę Helenki. 

Koty śpią tak...

Dobrze, że Nusia ma inny, niż pozostałe koty, kolor:-)

16 maja 2011

WTK - podsumowując

Podsumowuję, bo zdaje się, że należałoby uporządkować wrażenia. Po pierwsze uświadamiam sobie, że im staranniej się przygotuję przed wyjazdem, im dokładniej próbuję opanować program, tym po Targach czuję się bardziej sfrustrowana, bo najczęściej nie dotrę nigdzie tam, gdzie - jak mi się wydaje w domowym zaciszu - bym chciała. Przykład? Niedzielna dyskusja o pisaniu na temat książek w Internecie, dyskusja, na którą bardzo chciałam iść, a o której, po trzech dniach spędzonych w pałacu, zapomniałam. Co gorsza - nie wiem, czy się odbyła i czy gdziekolwiek znajdę jakieś wnioski, ewentualnie zapis.

Po drugie -  w dobie zakupów internetowych środek ciężkości targów z książek przesuwa się na ludzi. Owszem książki są ważne, ale ważniejsi chyba okazują się być ich autorzy. Dostępność pisarzy i piszących celebrytów staje się magnesem i przyciąga na targi książki sporo osób - łowców autografów lub po prostu lubiących poobcować z gwiazdami.

Uświadamiam sobie, że najbardziej na Targach lubię być pierwszego dnia. To niezwykły dzień, bo lekko nerwowy (czy ktoś przyjdzie?), nasycony nadzieją, a jednocześnie najbardziej pusty i dzięki temu sprzyjający rozmowom toczącym się w niespiesznej, pełnej energii, atmosferze. W niedzielę już wszyscy są zmęczeni i poddenerwowani, a czas na rozmowy staje się mocno ograniczony.

Oczywiście - cieszę się, że byłam na WTK. Mimo, że nie było wielu znaczących wydawnictw, że widać było pewne, kłopotliwe, niedociągnięcia organizacyjne. Cieszyła mnie obecność antykwariuszy, świetna czerwona kanapa do rozmów z autorami, każda z przeprowadzonych rozmów. Na to, co złościło spuszczę zasłonę milczenia.

P.S. Zdjęcia.

Andrzej Grabowski. Zenek i mrówki.


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Jedną z książek, które umilały mi powrót do domu (nie, nie jechałam długo - na umilacze wybierałam po prostu książki dziecięce) była opowieść o dziesięcioletnim Zenku, któremu nagle zepsuły się wakacje. Zachorowała babcia, mama odwołała wyjazd nad morze, a Zenek dni bez szkoły zamiast z ulubioną nowiutką komórką i komputerem spędzić ma na zgromadzeniu buddyjskim z dala od tego, co stanowi jego codzienność.

Przyznam od razu, że bywam sceptyczna w stosunku do tego, co wywodzi się w innych kręgów kulturowych, a co przeszczepia się w nasze środowisko. Bywam, ale czasami daję się przekonać. Jak choćby wegetarianizmowi. Buddyjskie ango, w którym Zenek uczestniczy wraz z tatą, ma w sobie zachęcający spokój, niesie ideę poszanowania życia i jest doskonałą lekcja wzajemnej troski, serdeczności w imię jedności z ludźmi i istnieniem.

Dobrze się czyta opowieść o Zenobiuszu i jego wakacjach. Tym lepiej, że opowieść Andrzeja Grabowskiego będąc historią wielopłaszczyznową, może stanowić doskonałą lekturę dla kilku grup wiekowych. Niech zachętą do lektury będą słowa Autora:

W życiu doświadczamy wszystkiego, ale w tej książce wcale wszystkiego nie trzeba czytać. Można pewne fragmenty opuścić i wrócić do nich za kilka lat. Albo za kilkadziesiąt. Albo nie przeczytać ich wcale. To zależy tylko od Ciebie.[s. 7].

Wróciłam

a koty na początku lekko się boczyły. Oczywiście przy progu powitał mnie komitet powitalny, ale niedługo komitet rozszedł się po kątach, a mnie w zasięgu wzroku nie został żaden kot. Gdy jednak nadszedł wieczór to po pierwsze Sisi już czekała na kołdrze, a po drugie - zaraz po moim pojawieniu się w łóżku pojawiły się tam trzy buraski, by za chwilę Sisi ustąpiła pola, a jej miejsce po niedługim czasie mogła zająć Nusia.

No i spałam tak szczęśliwa, że nie muszę sie rusza, że Nusiątko wybrało na poduszkę moje biodro, a Gusia i Duszka kolana. Było mi ciasno i dobrze:-)

Ech, lubię być w domu:-)

Kociołki

Duszka je już wszystko! A najchętniej surowe mięsko:-) Nie gardzi także makaronem:-) Przepraszam za nadmiar uśmieszków, ale sami rozumiecie - to dobre wiadomości:-)

Pisałam chyba o tym, że Duszka z nami śpi. Czas jakiś później zaczęła z nami spać też Gusia. Od trzech, czterech dni do kompletu doszła Nusia. Oczywiście nie śpią wzdłuż łóżka, tylko w poprzek. A jak się da to na nas - Gusia na przykład uwielbia zalec na moim biodrze:-) Sisulka za to zaczęła sypiać w koszyczku:-)

Jutro wyjeżdżam na cztery dni. Koty zostają z Z. No i obydwoje martwimy się jak Duszka zniesie moją nieobecność. Gdy wychodzę z domu chodzi i mnie szuka, nawołuje. Siedzi pod drzwiami i czeka. Zobaczymy, co będzie...

15 maja 2011

Marcin Michalski, Maciej Wasilewski. 81:1. Opowieści z Wysp Owczych.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

Znalazłem wzniesienie, z którego szczudlarz mógłby łapać chmury. [s. 100] Już za tak poetyckie zdanie należy się Autorom uznanie. Wyobraźcie sobie zatem jaka jest cała książka, cała opowieść o pobycie Marcina i Macieja na Wyspach Owczych, skrawku ziemi leżącym daleko od wszystkiego innego, a przez to pozostającym mało znanym i szalenie intrygującym.

(zdjęcie z satelity googlowskiej, do powiększenia)

Panowie Autorzy zaglądają do Farerskich domów, pubów, zatrudniają się - wraz z innymi cudzoziemcami i tubylcami - w fabryce przetwórstwa ryb. Opowiadają nam o ludziach, obyczajach, o samotności i serdeczności, o tym jak liczebne są Wyspy Owcze i jak ich oddalenie od kontynentu wpływa na sposób życia Farerów.

Mnóstwo tu wątków, mnóstwo zalążków historii, które jedne poprowadzone dalej, inne bliżej rozbudzają ciekawość i pokazują losy ludzi silnych, niezależnych duchem, życzliwych i  - czego nie da się ukryć - funkcjonujących społecznie odmiennie od nas.

Podczas lektury, co chwila, miałam chęć czytać fragmenty na głos, opowiadać to, o czym przeczytałam. Miałam ochotę, ale powstrzymywała mnie myśl, że zepsuję przyjemność odkrywania książki Michalskiego i Wasilewskiego tym, którzy czytać ją będą po mnie. I tylko taka myśl;-)

13 maja 2011

WTK - dzień drugi, też zdjęciowy

Miałam dziś wielką przyjemność spotkać dwie  blogerki. Dziewczyny - było mi bardzo miło:-) Poza tym udało mi się porozmawiać z redaktorami portali Granice.pl i Histmag.org oraz Kochamksiążki.pl. A wczoraj poznałam Kamila z Przykominku.com. Resztę piątku spędziłam na rozmowach o książkach, oglądaniu książek, dzieleniu się pomysłami na promocję książek i nawiązywaniu/podtrzymywaniu znajomości z ludźmi z szeroko rozumianego książkowego środowiska.
 Poniżej - moje ulubione zdjęcie:-)
 Pisarki o niespożytej kreatywności i energii:-)
Oczywiście - mam problem. Nie wiem, od której książki zacząć:-)