Przejdź do głównej zawartości

Mika Waltari. Cztery zmierzchy.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy

"Cztery zmierzchy" to książka, która zmieści się do każdej torebki i do kieszeni marynarki. To książka, w której dobrze jest się zaczytać, z którą trudno się rozstać i która pochłania.

Pewien mężczyzna, który niegdyś fabrykował gwoździe miał dobrą żonę, udaną córkę, która hodowała króliki, i wiernego psa, co nocami strzegł domu [s. 5]. Fabrykę porzucił, by pisać. Życie pisarza toczyło się powoli i jedynie ów przymus pisania, nachodzące go postacie z przyszłych książek sprawiały, że musiał znaleźć odosobnienie, by oderwać się od wszelkiej codzienności, by oddać się tylko pisaniu, a w zasadzie słuchaniu historii opowiadanych przez nawiedzających go Egipcjan i zapisywaniu tychże opowieści.

Dziwna to książka. Niby biograficzne impresje, niby fabuła przedstawiająca pobyt pisarza na wsi, a to wszystko przeplecione rozmowami z kotem, obserwacjami popadającego w chorobę psychiczną psa, korespondencją z przyjaciółką, u której narrator przypadkowo zostawił serce, wsłuchiwaniem się w słowa świniarki. Do tego jeszcze dochodzą wspomniani już Egipcjanie, którzy nachodzą, ku jego złości, narratora, a z którymi się ostatecznie autor zaprzyjaźnia ceniąc sobie ich obecność.

Z mieszaniny, z tego, o czym powyżej wyrasta Książka. Zamknięta w niepozornych okładkach kryje w sobie ważne słowa, poetyckość, której na próżno szukać w wielu dzisiejszych bestsellerach. 

"Cztery zmierzchy" chciałabym Wam przeczytać; fragment po fragmencie dzielić się z Wami frazami sprawiającymi, że jakoś tak wokół robi się piękniej, spokojniej, inaczej. Czytać Wam jednak nie mogę, więc wybiorę jeden z urywków książki, by zacytować i z tym cytatem Was zostawię z nadzieją, że podobnie do mnie, rozsmakujecie się w prozie Mika Waltariego.

Bo noce były już zupełnie jasne, powierzchnia jeziora miała wtedy lustrzaną gładź, trzciny wznosiły się na mulistym wybrzeżu giętkie i zielone i nie było już dużej różnicy między nocą i dniem. Noce te rozpalały we mnie gorączkę pracy i dużo słów rzucałem na biały, miękki papier. Prawda jest, że pisałem wiele rzeczy zbędnych, ale jeśli wyjść z założenia, że w zasadzie słowa pisane w ogóle są zbędne, to najlepiej skończyć z pisarstwem i pozostać na zawsze fabrykantem gwoździ. Nie jest to wcale najgorsze wyjście, bo fabrykant gwoździ zaoszczędza sobie sporo smutku i rozczarowań, męki i tęsknoty i nie musi znosić upokorzeń albo być wiecznie niezadowolonym z siebie i żyć w ciągłej sprzeczności między ciałem i duchem, lecz prowadzi spokojny i syty żywot własnie wtedy, gdy zdolny jest produkować choćby gwoździe do trumien. [ss. 57-58]

Komentarze

Agnes pisze…
Och, ten cytat jest tak charakterystyczny dla prozy tego autora - że już bardziej nie można.

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie

Od kilku dni zbieram się, by napisać o odejściu Amber. Jest mi trudno, odpycham ten czas, ale uznałam, że to będzie sposób na pewnego rodzaju domknięcie - tak mi bardzo potrzebne. Amber zamieszkała z nami 25 lipca 2019 roku. Wypatrzyłam ją na FB schroniska w Tomaszowie Mazowieckim, pojechaliśmy na wizytę zapoznawczą, a kilka dni później - już po nią. Ułożona w bagażniku na wygodnym materacu, przeczołgała się na tylne siedzenie i ułożyła na moich kolanach. Tak dojechaliśmy do domu. O początkach wspólnego życia przeczytacie TUTAJ  i TUTAJ . Gdy już nieco okrzepliśmy w codzienności z psem, a Amber - z ludźmi i kotami, pojawił się pomysł na wspólny jesienny wyjazd w Beskid Niski. Zanim to jednak się stało psica miała atak padaczki, co spowodowało, że wyjazd odwołaliśmy, wdrożyliśmy leczenie i od nowa zaczęliśmy oswajać z nami i wspólnym życiem zdezorientowanego chorobą psa. Udało się ustabilizować zawirowania zdrowotne i wówczas zaczęliśmy się cieszyć sobą wzajemnie już na 100%. Dopier...

William P. Young. Chata.

Wydane przez Wydawnictwo Nowa Proza Od godziny krążę po domu zastanawiając się jakimi słowami przedstawić Wam "Chatę" tak, by nie uderzyć w nadmierny sentymentalizm i by - z drugiej strony - nie skrzywdzić powieści chłodnym, beznamiętnym opisem. Mackenzie Allen Phillips ma troje cudownych dzieci i niemniej cudowną żonę. Umiarkowanie wierzy w Boga, nienawidzi swojego ojca, jest lubiany i ma przyjaciół. Ostatni weekend wakacji postanawia spędzić z dziećmi nad jeziorem Wallowa. W dniu powrotu do domu dwoje starszych zdecydowało się popływać kajakiem i przewróciło się. Mackenzie wskoczył do wody, by ratować dzieci, podczas gdy mała Missy została przy biwakowym stole kolorując książeczkę. Gdy mężczyzna z dziećmi wyszedł z wody, Missy nie było. Poszukiwania, w które włączyła się policja i wszyscy biwakujący, dały straszny rezultat - dziewczynka padła ofiarą seryjnego zabójcy. W życiu  Mackenziego zapanował Wielki Smutek. A list, który dostał, tylko go rozwścieczył. List ...

Spacer po Sudetach, czyli kilka słów podsumowania.

Wyruszyłam ze Świeradowa Zdroju i z każdym krokiem oddalającym mnie od centrum i hałasu dobiegającego z okolicznych budów czułam się coraz lepiej. Cisza i pustka to zdecydowanie przestrzeń mi sprzyjająca. Oczy mi ciągnęło do błyszczących kamieni pod nogami, a całą sobą dostrajalam się do otaczającego mnie lasu. Im głębiej w Izery, tym więcej rowerzystów, ale urok Hali Izerskiej i obserwacja ludzi zajadających się popisowym daniem Chatki Górzystów nastrajały mnie bardzo pozytywnie. Gdy przy Stacji Turystycznej Orle okazało się, że będę spała w starym drewnianym domu, sama w wieloosobowym pokoju, uśmiechnęłam się szeroko. Obejrzałam wystawę, zjadłam niezbyt ciepłą acz smaczną zupę i zakończyłam długi dzień. Dzień kolejny okazał się być jeszcze dłuższy. W Jakuszycach o moje dobre nastawienie zadbała kawa w hotelowej restauracji i piękna droga przez las tuż za Jakuszycami. Karkonoski Park Narodowy rozpoczął się kaskada wodną, przy której można przycupnąć, by kupić bilet. Chwilę...