26 lutego 2010

Luiza Piotrowicz. Wszystkie moje matki.

Wydane przez
Wydawnictwo Replika

Niespełna trzydziestoletnia Weronika, wychowywana przez rodziców adopcyjnych, podczas jednej z wizyt w domu rodzinnym odkrywa w pokoju ojca list napisany do niej przez biologiczną matkę. Martyna, wbrew temu co wie, Weronika żyje, ale ma świadomość zbliżającej się śmierci i chciałaby spotkać się z córką. Dla Weroniki - uporządkowanej, funkcjonującej według konwenansów, samotnej pani prawnik - ów list jest niewytłumaczalnym impulsem do zmian. Porzuca pracę, wsiada w pociąg i pojawia się w domu biologicznej matki, w której miejscowi upatrują nadludzkiej mocy. Pobyt na wsi, w otoczeniu Martyny, psa, kotów, ale bez gazet, telewizji, radia, internetu, staje się dla Weroniki swoistymi rekolekcjami. Opowieść o demonie samotności nękającym wszystkie kobiety z rodziny skłania do zastanowienia się nad własnym życiem, do  - wbrew strachowi - poddania go analizie i rozkwitu samoświadomości.

O ile adopcyjna matka Weroniki należała do kobiet, które naturę zagłuszają wszelkimi możliwymi sposobami, to jej biologiczna matka żyła w jedności z naturą, czerpała z niej mądrość. Zafascynował mnie ten właśnie rys w powieści, to odwołanie do sił pierwotnych, z których czerpać mogą wszystkie kobiety, o ile chcą i potrafią.  Owo połączenie z Naturą, wyczulenie na zjawiska, myśli, emocje, wiedza o następstwach jakie niesie ze sobą przeszłość, o rytmie życia stanowią dla mnie wartość nie do przecenienia. Są również silnie związane z moimi wspomnieniami z dzieciństwa, kiedy wierzyłam, że moja babcia umie wszystko, że w jej domu, ogrodzie dokonują się cuda w zupełnie naturalny sposób. Mam świadomość tego, co po swojej mamie odziedziczyła moja mama i co ja otrzymałam w darze od nich obydwu. Niestety - nie ze wszystkich ofiarowanych mi umiejętności/zdolności korzystam. Może to się zmieni?

Książka Luizy Piotrowicz stała się dla mnie pretekstem do zastanowienia się nad kobiecą linią mojej rodziny. Linią silną, może w pewnym stopniu z siłą nie do końca uświadomioną, ale skoro nawet moja siostra tytułuje blog o swojej córce "Helena córka Izabeli", to musi coś w tym być:)

P.S. Wywiad z Autorką.

2 komentarze:

chiara76 pisze...

o, widzę, że też ją już czytałaś i podobała Ci się...no właśnie, widzę, że ta refleksja nad kobietami w rodzinie dotyka wszystkich czytelniczek tej książki...;)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Chiaro,
:)