Przejdź do głównej zawartości

Wywiad z Dariuszem Lisem


Prowincjonalna nauczycielka: Dla kogo napisał Pan „No i mam za swoje”?
Dariusz Lis: Szczerze powiedziawszy, najpierw dla samego siebie. Pisanie tej książki rozpocząłem, kiedy byłem w nienajlepszym nastroju. Ponieważ wcale nie było mi wówczas do śmiechu, postanowiłem uciec w sympatyczne wspomnienia i wrócić do zabawnych historii z przeszłości. Potem, dla wszystkich tych, z którymi łączy mnie tamten czas, ażeby dać im sygnał, że pamiętam i jak najlepiej wspominam. I na koniec dla tych, pośród których żyję współcześnie, bo nieraz im o tym wszystkim opowiadałem i wielokrotnie nakłaniano mnie, abym historie owe spisał, utrwalił, ocalił od zapomnienia. Naturalnie także dla nieznanych mi, potencjalnych czytelników, których interesują sprawy szkoły, mają humor, chcą i potrafią podchodzić do życia i siebie samego z dystansem.

Prowincjonalna nauczycielka: Co spośród wspomnień (nie tylko tych przedstawionych w książce) budzi w Panu najmilsze wspomnienia, a o czym chciałby Pan jak najszybciej zapomnieć?
Dariusz Lis: Odpowiem, że nie pamiętam niczego, co chciałbym zapomnieć, bo, tak szybko, jak tylko się da,  wymazuję takie rzeczy z pamięci. Byłyby to zresztą jakieś epizody, dotyczące spraw osobistych. Natomiast najmilej wspominam okres dorastania, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, okres studiów i pierwszą pracę. Jednym z najciekawszych moich przeżyć było pierwsze zwycięstwo w konkursie poetyckim, a później wydanie pierwszego zbiorku wierszy…

Prowincjonalna nauczycielka: Czy to, że mieszka Pan w tym, a nie innym mieście, w jakiś sposób Pana ukształtowało? Nie marzył Pan o tym, by przenieść się gdzie indziej? Czy istotna jest dla Pana – w Pańskim postrzeganiu własnego miejsca na ziemi – historia regionu, jego kulturowe bogactwo? 
Dariusz Lis: Bez wątpienia. Ponieważ przyszedłem na świat i wychowałem się w mieście niezwykłym. Niezwykłość Braniewa polega na roli, jaką odegrało w przeszłości, roli historycznej, ale jeszcze bardziej kulturowej, która sprawiła, że miasto to zwano  niegdyś Atenami Północy. Od czasu, kiedy jestem w stanie to rozumieć, poznaję historię mojego miasta, uzmysławiam sobie, jaką rolę pełniło w regionie, jakim bogatym dziedzictwem może się poszczycić. Jestem dumny z mojego miasta i czuję się spadkobiercą jego najlepszych tradycji. 
Spędziłem wiele lat poza Braniewem. Książka  „No i mam  za swoje” opowiada o blisko dziesięcioletnim moim zamieszkaniu zupełnie gdzie indziej. Lubię podróżować, i podróżuję po Polsce i świecie, lubię poznawać i poznaję nowe miejsca i miasta, ale zawsze z radością wracam do swojego miasta i z dumą prezentuję, przybywającym do mnie gościom, swoje miasto. 
Czuję potrzebę dokonania czegoś tu, w moim Braniewie i dla mojego okrutnie doświadczonego, bo zrównanego z ziemią w czasie wojny, miasta. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to patetycznie, cieszy mnie jednak to, że widzę, iż wolno, ale systematycznie, miasto odbudowuje się i pięknieje i że rodzą się tu ciągle nowi, młodzi patrioci, dumni z przeszłości i marzący o powrocie naszego miasta do dawnej świetności. 

Prowincjonalna nauczycielka: Czym, w Pańskim odczuciu, różni się „No i mam za swoje” od innych Pańskich książek?
Dariusz Lis: Różni się wszystkim. Na początku swojej skromnej przygody literackiej wydałem kilka tomików wierszy. Później napisałem i wydałem dwie książki dla dzieci. Jeszcze później zbiór opowiadań dla dojrzałego czytelnika. Zbiór „W pajęczynie granic” budził wiele kontrowersji, ale to z założenia nie miała być książka łatwa. „No i mam za swoje” jest książką programowo pomyślaną jako lektura dająca radość i budząca optymizm. Jeśli mnie się to udało…

Prowincjonalna nauczycielka: Jak zareagowali Pańscy byli uczniowie na pojawienie się tych wspomnień?
Dariusz Lis: Jestem i będę tego ciekaw. Poza jedną, na szczęście życzliwą, na razie, nie znam innych opinii. Poznam je zapewne dopiero w wakacje, kiedy, jak zwykle, na kilka dni udam się w tamte strony.

Prowincjonalna nauczycielka: Czy Pańscy teraźniejsi uczniowie czytają Pańskie książki?
Dariusz Lis: Tak. Ale tylko ci, którzy w ogóle czytają. Pośród swoich uczniów nie mam więc bardzo wielu czytelników, choć odnoszą się do mojego pisania z zainteresowaniem, a niektórzy są nawet ze mnie dumni.

Prowincjonalna nauczycielka: Czy jest coś, co chciałby Pan powiedzieć tym, którzy chcieliby pisać, ale obawy są w nich silniejsze niż chęci?
Dariusz Lis: Pisanie jest, jak każde inne hobby.  Jeśli komuś sprawia ono radość, powinien pisać. Jeśli ktoś marzy o wydaniu książki, powinien spróbować ją wydać. Nie wolno zapominać, że krytycznej ocenie podlega absolutnie wszystko, co robimy… 
Swój pierwszy tomik wierszy zaniosłem do oceny mojemu promotorowi na filologii polskiej dr Mirosławowi Świąteckiemu. Wtedy powiedział, że wiersze są niczego sobie i dodał:  „A jeśli cię będą krytykować, to się nie przyjmuj. Krytycy od tego właśnie są”.

Prowincjonalna nauczycielka: Dziękuję:)

Komentarze

Ania pisze…
Braniewo, te Braniewo koło Fromborka? ;) Nie spodziewałam się. ;) Przez ładnych parę lat bywałam tam kilka razy w roku. Moja babcia uczyła tam w szkole podstawowej, teraz już jest na emeryturze, ale mieszkać mieszka nadal.

Gratulacje wywiadu! :)
Caitri pisze…
Zapraszam po wyróżnienie: http://i-love-impala67.blogspot.com/2010/02/wyroznienie.html

Pozdrawiam!
Anonimowy pisze…
a dlaczego ja nigdy nie byłam w Braniewie ?
Monika Badowska pisze…
Niebieska,
bo to tak bardziej na końcu świata jest;)
mdl2 pisze…
Mam nadzieję że przyjmiesz ode mnie wyróżnienie
http://mlodapisarkaczyta.blox.pl/2010/02/Kreativ-Blogger.html
Monika Badowska pisze…
Cairti, MDL2,
dziękuję:)

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie

Od kilku dni zbieram się, by napisać o odejściu Amber. Jest mi trudno, odpycham ten czas, ale uznałam, że to będzie sposób na pewnego rodzaju domknięcie - tak mi bardzo potrzebne. Amber zamieszkała z nami 25 lipca 2019 roku. Wypatrzyłam ją na FB schroniska w Tomaszowie Mazowieckim, pojechaliśmy na wizytę zapoznawczą, a kilka dni później - już po nią. Ułożona w bagażniku na wygodnym materacu, przeczołgała się na tylne siedzenie i ułożyła na moich kolanach. Tak dojechaliśmy do domu. O początkach wspólnego życia przeczytacie TUTAJ  i TUTAJ . Gdy już nieco okrzepliśmy w codzienności z psem, a Amber - z ludźmi i kotami, pojawił się pomysł na wspólny jesienny wyjazd w Beskid Niski. Zanim to jednak się stało psica miała atak padaczki, co spowodowało, że wyjazd odwołaliśmy, wdrożyliśmy leczenie i od nowa zaczęliśmy oswajać z nami i wspólnym życiem zdezorientowanego chorobą psa. Udało się ustabilizować zawirowania zdrowotne i wówczas zaczęliśmy się cieszyć sobą wzajemnie już na 100%. Dopier...

Spacer po Sudetach, czyli kilka słów podsumowania.

Wyruszyłam ze Świeradowa Zdroju i z każdym krokiem oddalającym mnie od centrum i hałasu dobiegającego z okolicznych budów czułam się coraz lepiej. Cisza i pustka to zdecydowanie przestrzeń mi sprzyjająca. Oczy mi ciągnęło do błyszczących kamieni pod nogami, a całą sobą dostrajalam się do otaczającego mnie lasu. Im głębiej w Izery, tym więcej rowerzystów, ale urok Hali Izerskiej i obserwacja ludzi zajadających się popisowym daniem Chatki Górzystów nastrajały mnie bardzo pozytywnie. Gdy przy Stacji Turystycznej Orle okazało się, że będę spała w starym drewnianym domu, sama w wieloosobowym pokoju, uśmiechnęłam się szeroko. Obejrzałam wystawę, zjadłam niezbyt ciepłą acz smaczną zupę i zakończyłam długi dzień. Dzień kolejny okazał się być jeszcze dłuższy. W Jakuszycach o moje dobre nastawienie zadbała kawa w hotelowej restauracji i piękna droga przez las tuż za Jakuszycami. Karkonoski Park Narodowy rozpoczął się kaskada wodną, przy której można przycupnąć, by kupić bilet. Chwilę...

William P. Young. Chata.

Wydane przez Wydawnictwo Nowa Proza Od godziny krążę po domu zastanawiając się jakimi słowami przedstawić Wam "Chatę" tak, by nie uderzyć w nadmierny sentymentalizm i by - z drugiej strony - nie skrzywdzić powieści chłodnym, beznamiętnym opisem. Mackenzie Allen Phillips ma troje cudownych dzieci i niemniej cudowną żonę. Umiarkowanie wierzy w Boga, nienawidzi swojego ojca, jest lubiany i ma przyjaciół. Ostatni weekend wakacji postanawia spędzić z dziećmi nad jeziorem Wallowa. W dniu powrotu do domu dwoje starszych zdecydowało się popływać kajakiem i przewróciło się. Mackenzie wskoczył do wody, by ratować dzieci, podczas gdy mała Missy została przy biwakowym stole kolorując książeczkę. Gdy mężczyzna z dziećmi wyszedł z wody, Missy nie było. Poszukiwania, w które włączyła się policja i wszyscy biwakujący, dały straszny rezultat - dziewczynka padła ofiarą seryjnego zabójcy. W życiu  Mackenziego zapanował Wielki Smutek. A list, który dostał, tylko go rozwścieczył. List ...