24 stycznia 2010

Gottfried Schramm. Pięć rozdroży w dziejach świata.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy



Schramm pisze o pięciu przełomach, które miały istotne znaczenie dla dziejów świata, a mówiąc inaczej - o pięciu wspólnotach przekonań, które powstały w określonej opozycji do kultur, z których wyrosły, aczkolwiek ludzie, którzy tworzyli te nowe wspólnoty nie chcieli niczego burzyć. Schramm wyjaśnia to tak:


"Prekursorzy nowych porządków (...) nie zamierzali obalać istniejącego porządku, lecz go odnowić. Chodziło o sprowadzenie macierzystej kultury do jej jądra, jej właściwej istoty i udoskonalenie tego, co tkwiło w tej kulturze."


Te pięć przełomów, albo epizodów z dziejów powszechnych, to wystąpienie Mojżesza, które dało początek drodze Izraela do monoteizmu, działalność publiczna Jezusa z Nazaretu, reformacja w Europie i początek protestantyzmu, oderwanie się trzynastu północnoamerykańskich kolonii od brytyjskiej Korony oraz kształtowanie się idei rewolucyjnych w Rosji w latach 1860-1880.


Dlaczego Schramm wybrał właśnie tych pięć przełomów dziejowych? Otóż dlatego, że jak stwierdza, "Pięć powyższych przełomów, przy wszystkich dzielących je różnicach, przejawia cały zespół wspólnych właściwości systemowych. Okazuje się, że innych przełomów nie łączy podobny splot cech. Zgodność między tymi pięcioma przypadkami układa się w listę dziesięciu wspólnych wyróżników."


Całej listy nie zdradzę, żeby nie psuć przyjemności z czytania książki, ale niektóre z tych wyróżników wymienię :-) - oto żadnemu z omawianych przełomów nie udało się w całości zastąpić poprzedniego porządku; wszystkie przełomy, jakkolwiek siłą rzeczy wyrosły z określonego miejsca i określonej kultury, od początku charakteryzowały się dążeniem do tego, aby mieć znaczący wpływ na obszar daleko większy niż ten, z którego wyrosły; nowe porządki mające swoje źródła w omawianych przełomach były dobrowolnymi wspólnotami przekonań.


Schramm przekonująco udowadnia swoją tezę, a przy okazji podaje mnóstwo fascynujących wiadomości, takich ja ta, że Izrael nie wyznawał od początku religii monoteistycznej, gdyż stadium religii przed Mojżeszem trzeba uznać za monolatrię; albo ta, że ewangeliczny przekaz przesłuchania Jezusa przez wysokich kapłanów jest polemiką ze Świątynią, ale nie z Prawem. Schramm mówi bardzo dużo zastanawiających rzeczy, a swoje idee przekazuje w sposób klarowny, dobrze argumentując, dlatego lektura książki jest przyjemna, niezależnie od tego, że trzeba przy lekturze dość solidnie popracować. Oczywiście taki stan rzeczy bierze się z tego, że np. ja o wielu rzeczach, które autora interesują i o których napisał, nigdy nie myślałam, albo nie rozpatrywałam je w tym świetle, w jakim widzi je Schramm. Autor pisze coś takiego:


"Reformacja nie musiała nastąpić, tak jak nie musiało dojść do oddzielenia się nowej, chrześcijańskiej religii od judaizmu. Ani chrześcijaństwo, ani protestantyzm nie stanowią przecież postępu jak druk, koleje żelazne czy komputer, jak współczesne przyrodoznawstwo i walka z analfabetyzmem. Przy takich bowiem krokach najpierw chodzi o osiągnięcia, które prędzej czy później dotrą do każdego zakątka ziemi. Tkwi w nich tendencja do rozpowszechniania się wszędzie."


Książka jest napisana znakomicie, ciekawie. Posiada przypisy, indeks osób, a także indeks nazw geograficznych. Wkładka z kolorowymi, dobrze opisanymi ilustracjami jest dodatkową, miłą atrakcją. Jak najbardziej polecam :-)

11 komentarzy:

Procella pisze...

O, też muszę po to sięgnąć. Wygląda obiecująco.

A blog bardzo ciekawy, wrzuciłam go nawet do obserwowanych :)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>Procella

"Wygląda obiecująco."

Książka jest taka, na jaką wygląda :-)

Pozdrawiam.

Nemo pisze...

IMO - teza o owych przełomach mocno naciagana. Gdyby np. w odpowiednim czasie Niemcy nie postanowili przeflancować Lenina do Rosji, zapewniając mu odpowiednie środki finansowe - co pozwoliło rozpocząć rewolucję, owe rosyjskie idee rewolucyjne nie miałyby dla świata żadnego znaczenia. Byłyby co najwyżej lokalną ciekawostką.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>Nemo

"teza o owych przełomach mocno naciagana."

Przecież ja nie przepisałam w swojej recenzji całej książki, nie napisałam tego wszystkiego, co napisał Schramm. A Ty przeczytałeś Schramma i jesteś krytyczny? :-) Może odnieś się do konkretnych tez autora.

Gdyby Lenina nie przeszmuglowali - pewnie, zwłaszcza, że okres, w którym w Rosji kształtowały się określone idee, a o tych właśnie okresach Schramm pisze, o samym wykluwaniu się idei, zaczął się 10 lat przed urodzeniem się Lenina i skończył kiedy Lenin miał 10 lat :-)

Gdyby Jezus zakrztusił się ością na śmierć w wieku 9 lat to nie byłoby chrześcijaństwa, a gdyby kapłani w Egipcie utrzymali pod wodą Echnatona zamiast dać mu zrobić tę jego reformę, to nie byłoby monoteizmu, a co za tym idzie - judaizmu. Może napisz taką książkę :-)

Pozdrawiam.

Nemo pisze...

No przecież odniosłem się do jednej z tez autora? :) Co do wykluwania się idei - problem w tym, że te "wyklute" idee nie miały w Rosji specjalnego poparcia. Ich realizacja zależała od jednego człowieka - Lenina, który na drodze zbrojnego zamachu i niewidzianego wcześniej w dziejach terroru przejął władzę. Nie mając społecznego poparcia. Nawet nazywanie tego rewolucją (październikową) jest semantycznym nadużyciem. Stąd moja uwaga. Bo np. protestantyzm prawdopodobnie obszedłby się bez Lutra, rozłam w kościele katolickim narastał już od dawna - zarówno z przyczyn religijnych jak i społecznych i politycznych, tak więc jakby nie Luter to znalazłby się ktoś inny. Dlatego ośmieliłem się zakwestionować te rosyjskie idee jako "przełom".

Pozdrawiam wzajemnie :)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>Nemo

"te "wyklute" idee nie miały w Rosji specjalnego poparcia"

Dobra, powtarzam pytanie - przeczytaleś Schramma, czy opierasz się na mojej krótkiej recenzji? Mam nadzieję, że przeczytałeś Schramma, bo w przeciwnym wypadku to, co piszesz, byłoby dość paradne :-) A zatem - przeczytałeś Schramma? :-)

Druga rzecz. Schramm nie pisze o tym, co by było gdyby, ani o tym, co zakładali sobie twórcy określonych idei. Schramm pisze tylko o tym, co się w historii RZECZYWIŚCIE WYDARZYŁO. Wyjaśnię o co chodzi - otóż często ludzie mówią mniej więcej tak: - A tam, co to za film, akurat ten bohater uniknął śmierci w tym okropnym wypadku samochodowym i akurat nazajutrz wygrał na loterii. Takie rzeczy prawie się nie zdarzają.

Ci ludzie mają rację, natomiast reżyser akurat zrobił film o tym, że bohater uniknął śmierci w tym okropnym wypadku samochodowym, a na drugi dzień wygrał na loterii. Mówiąc inaczej - zrobił film o TEJ OKREŚLONEJ sytuacji, TYM OKREŚLONYM, KONKRETNYM wydarzeniu.

Pozdrawiam :-)

p.s. Przeczytałeś książkę Schramma?

:-)))

Nemo pisze...

Przeczytałem książkę Schramma co potwierdzam własnoręcznym podpisem, odciskiem prawego kciuka i krwią dziew... tfu - to jest z serdecznego palca... :P Czytałem nawet tę drugą - o dziejach Polski. Nb. w środowisku naukowym tezy jakie stawia professor emeritus uchodzą za dość nonszalanckie, tak więc Ameryki nie odkryłem. I oczywiście - chodzi o to co się zdarzyło, ale twierdzenie, że to właśnie na gruncie rosyjskich przemian rewolucyjnych w drugiej połowie XIX w. wyrósł komunizm, mam za niepoprawne metodologicznie. Bo komunizm wprowadzono na wskutek rewolucji październikowej, a owa rewolucja nijak się miała do wcześniejszych ruchów rewolucyjnych. Albowiem zwolennicy komunizmu - bolszewicy, stanowili niewielką stosunkowo grupę i gdyby nie zbrojny zamach przeprowadzony przez Lenina, a później terror CzeKi, ustrój komunistyczny by nie powstał. Nie mówiąc już nawet o tym jak daleko komuniści w praktyce odeszli od własnych ideałów. Przecież Lenin naprędce przystosowywał te wykształcone w XIX w. teorie do XX - wiecznej rzeczywistości np. "komunizm wojenny" nijak się miał do prawdziwego komunizmu, nie był produktem zeszłowiecznej myśli, a "wynalazkiem" Lenina. Jednym z wielu tego typu. Lepiej nie jestem w stanie wyjaśnić swojego stanowiska, a przynajmniej nie na blogu :) A propos komunizmu to z Autorem zgadzam się tylko w jednym - z oceną komunizmu.

Stara Pisarka pisze...

Książkę chętnie przeczytam, ale już z recenzji da się wyciągnąć następujące wnioski:

Z historycznego punktu widzenia Kościół chrześcijański nie rodzi się wraz z działalnością Chrystusa, ale zaraz po Jego śmierci i wtedy to zaczyna się nader dynamicznie rozwijać. Wyrósł on z niezłomnego przekonania uczniów, że Mistrz ich zmartwychwstał i żyje, jak pisała Anna Świderkówna, dodając, że to przekonanie uczniów jest faktem w pełni sprawdzalnym i historycznym. Sama działalność Chrystusa, nie jest rewolucją w dziejach świata - wręcz przeciwnie, w swoich czasach, Jezus był jednym z naprawdę licznych głosicieli własnej koncepcji świata i Boga, jakich nieraz widzimy w tle na różnych filmach historycznych. Świat pogański nie dostrzegał Jezusa przez blisko 100 lat, nie słyszał o nim żaden z historyków czy poetów czasów Tyberiusza czy Nerona. Był on jednym z całej wielkiej masy ukrzyżowanych buntowników - niewolników czy półniewolników, nikim więcej. To nie Jego działalność była przełomem w dziejach świata, ale to, co stało się po Jego śmierci. Mamy tu zatem mylenie faktów historycznych, jednemu przypisuje się wagę drugiego.
Problemem nie jest jedynie błędne rozłożenie wagi faktów historycznych, ale ich generalizacja - np. przypisywanie Jezusowi i Lutrowi takich samych pobudek ("Prekursorzy nowych porządków (...) nie zamierzali obalać istniejącego porządku, lecz go odnowić. Chodziło o sprowadzenie macierzystej kultury do jej jądra, jej właściwej istoty i udoskonalenie tego, co tkwiło w tej kulturze.") - stawia więc w jednym rzędzie Jezusa, który nakazywał miłość do nieprzyjaciół, wywyższał słabszych nad potężnymi i głosił nieskończone miłosierdzie Boże, oraz Lutra, który w swych pismach nazywał rozum ludzki "kur..", twierdził, że nie ma znaczenia, że kobiety giną przy porodach - bo od tego są, by rodzić i umierać, i namawiał go odważnego grzeszenia i drwienia z Dekalogu - bo tylko wiara zbawia, nie czyny. Czy to jest odnowa macierzystej kultury?

Poza tym wrzucanie do jednego worka i traktowanie na równi powstania chrześcijaństwa, które ukształtowało cywilizację Zachodu (jak pisze Chesterton - nawet ruchy antychrześcijańskie wywodzą się z chrześcijaństwa), a rozłamu Kościoła, który nastąpiłby najpewniej nawet bez Lutra, jest kompletnym niezrozumieniem tych ważnych wydarzeń historycznych. To różnica między narodzinami i kształtowaniem cywilizacji, a wstrząsami w samej cywilizacji.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>Stara Pisarka

"Lutra, który w swych pismach nazywał rozum ludzki "kur..", twierdził, że nie ma znaczenia, że kobiety giną przy porodach - bo od tego są, by rodzić i umierać, i namawiał go odważnego grzeszenia i drwienia z Dekalogu - bo tylko wiara zbawia, nie czyny."

Ciężko polemizować z takimi poglądami :-)) Spróbuję wyjaśnić, o co mi chodzi. Alasdair MacIntyre w książce "Trzy antagonistyczne wersje dociekań moralnych" pisze o tym, że mnóstwo ludzi, tak to ujmę - rzuca się na św. Tomasza z Akwinu, bo coś tam u niego przeczytali i to im się nie podoba. MacIntyre pisze:

"Na przykład kwestie 90-97 [chodzi o Ia-IIae Summa theologiae] są najczęściej publikowane oddzielnie jako Treatise on Law (Traktat o prawie) i studenci częstokroć nakłaniani są do analizy owego fikcyjnego traktatu, na równi z analizą Grundlegung albo Rechtsphilosophie, jak gdyby każdy z tych tekstów prezentował szereg alternatywnych odpowiedzi na jeden i ten sam zestaw pytań dotyczących natury prawa, które to pytania można formułować - tak przynajmniej się zakłada - bez uprzedniego przesądzenia (ze względu na prezupozycje dotyczące sposobu, w jaki pytania te są formułowane), czy mówi się z zewnątrz, czy też z wewnątrz universum dyskursu, którym jest Suma wzięta jako całość."

Mówiąc w skrócie - chodzi o to, że nie można wziąc sobie jakiegoś kawałka z autora i nad tym kawałkiem się pastwić. Bo gdyby taki sposób był rzetelny, to równie dobrze można powiedzieć, że i z Jezusem było coś nie całkiem po kolei. Weźmy sobie fragment Ewangelii Marka (11, 12-14), w którym czytamy, że Jezus, nie znalazłwszy fig na drzewie figowym, powiedział do drzewa: - Niech już nikt nigdy nie je twojego owocu. - A przecież, jak pisze Marek, "nie była to pora na figi".

***

"Poza tym wrzucanie do jednego worka i traktowanie na równi powstania chrześcijaństwa, które ukształtowało cywilizację Zachodu (jak pisze Chesterton - nawet ruchy antychrześcijańskie wywodzą się z chrześcijaństwa), a rozłamu Kościoła, który nastąpiłby najpewniej nawet bez Lutra, jest kompletnym niezrozumieniem tych ważnych wydarzeń historycznych."

Tu już zupełnie nie wiem, co odpowiedzieć :-)) Kto wrzuca chrześcijaństwo i rozłam Kościoła do jednego worka? Autor książki? Jeśli tak, to w którym miejscu to robi? A może ja? Jeśli tak, to w którym miejscu to robię???

Pozdrawiam :-)))

bówka obserwuje... pisze...

Nie owijając w bawełnę-nemo ma racje
pisząc o flancowaniu lenina (ilicza) z niemiec do rosji.
można powiedzieć ,że flancowanie to ulubiona zabawa niemców (oprócz wojen).
poprzedni experyment z flancowaniem grigorija ras-putina również się nie powiódł.
Flancowanie popa Hapona (gapona)w charakterze prowodyra rewolucyjnego-tudzież.
etc.,etc. jeżeli pozostać tylko przy najbardziej nieudanych przykładach zabiegów "ogrodniczych" -flancowania.
"było tak jak nam się wydaje"....

bówka obserwuje... pisze...

Nie owijając w bawełnę-nemo ma racje
pisząc o flancowaniu lenina (ilicza) z niemiec do rosji.
można powiedzieć ,że flancowanie to ulubiona zabawa niemców (oprócz wojen).
poprzedni experyment z flancowaniem grigorija ras-putina również się nie powiódł.
Flancowanie popa Hapona (gapona)w charakterze prowodyra rewolucyjnego-tudzież.
etc.,etc. jeżeli pozostać tylko przy najbardziej nieudanych przykładach zabiegów "ogrodniczych" -flancowania.
"było tak jak nam się wydaje"....