11 lutego 2010

Jerry A Coyne. Ewolucja jest faktem.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Są takie partie w szachach, mocno szarpane, w których gracze - i dotyczy to nawet najsilniejszych arcymistrzów - popełniają sporo błędów (albo sporo jak na arcymistrzów :-) ale szalenie interesujące. I podobnie interesująca jest książka Coyne'go, przy czym trochę później postaram się wytłumaczyć, o co chodzi z tymi błędami :-)

Najogólniej mówiąc Coyne wyjaśnia na czym polega współczesna teoria ewolucji, przy czym chodzi oczywiście o teorię, której autorem jest Karol Darwin. Coyne pisze, że teorię tę można streścić w tym oto zdaniu:

"Życie na Ziemi rozwijało się stopniowo od pierwszego, prymitywnego gatunku - być może pierwszej samopowielającej się cząsteczki - który żył przed 3,5 miliarda lat; potem różnicowało się na wiele nowych i zmiennych gatunków, pod wpływem najważniejszego (choć nie jedynego) mechanizmu: doboru naturalnego."

Prawie cała książka jest rozwinięciem tego zdania. Coyne, który specjalizuje się w genetyce ewolucyjnej i powstawaniu nowych gatunków, świetnie wyjaśnia kluczowe dla teorii ewolucji pojęcia, takie jak sama idea ewolucji, idea gradualizmu, specjacja, idea wspólnoty pochodzenia, koncepcja doboru naturalnego. Nie unika odpowiedzi na zarzuty, jakie wysuwane są pod adresem teorii ewolucji, tylko rzetelnie mierzy się z nimi. Dowiedziałam się z tej książki mnóstwa ciekawych rzeczy, chociażby tego, w jaki sposób tłumaczy się fakt, iż z jednego gatunku powstaje drugi gatunek - okazało się, że sprawa nie była wcale taka prosta, co więcej, dopiero w roku 1942 Ernst Mayr i Theodosius Dobzhansky zaproponowali kryterium reprodukcji dla określenia statusu gatunku jako takiego. Jest to istotna kwestia, bo, jak pokazuje Coyne, wyróżnia się aż 9 gatunków muszek owocowych (Drosophila), a przecież samice wszystkich tych gatunków są nie do odróżnienia nawet w dużym powiększeniu, a samce można rozróżnić jedynie na podstawie drobnych różnic anatomicznych. Skąd więc aż 9 gatunków? I tu właśnie przychodzi z pomocą kryterium reprodukcji. 

Kapitalnie czyta się wykład Coyne'a - wykład klarowny, składny, prowadzony w dobrym tempie.  Ale co z tymi arcymistrzowskimi błędami? :-) Otóż w "Przedmowie", we "Wprowadzeniu", w ostatnim rozdziale, a także w wielu miejscach pozostałej części książki Coyne wykracza poza swoją dziedzinę i występuje w roli - nie wiem, jak to nazwać - może filozofa nauki, może socjologa, może nawet polityka. Moim zdaniem robi to niepotrzebnie. Już daję przykłady. Oto w "Przedmowie" autor przywołuje sprawę Kitzmiller i in. przeciwko Dover Area School District i in. Sprawę prowadził John Jones III, sędzia federalny z Harrisburga w Pensylwanii, a poszło o to, czy, mówiąc najogólniej,  amerykańskie dzieciaki będą mogły w szkołach uczyć się, obok teorii ewolucji, także teorii inteligentnego projektu, który, jak utrzymują niektórzy, jest przefarbowanym kreacjonizmem. Sędzia Jones rzecz jasna posłał w diabły pomysł, żeby nauczać teorii inteligentnego projektu, co Coyne komentuje tak:

"O prawdzie naukowej rozstrzygać powinni jednak naukowcy, nie sędziowie."

Pomyślałam, że to bardzo przytomne stwierdzenie, rymujące się z tym, co napisał Steve Fuller w książce "Nauka vs religia?". 

Fuller mianowicie skrytykował sposób, w jaki sposób podszedł do tej kwestii inny sędzia w innej, ale podobnej sprawie:

"Jego [sędziego prowadzącego sprawę] rozumowanie było oparte na decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego w procesie Edwards vs Aguillard, definiującej rozgraniczenie nauki od religii w kategoriach motywu, a nie metody. Różnica jest istotna, mimo że kreacjonizm i TIP nie spełniają - na razie - kryteriów ani z McLeana, ani z Edwardsa. Gdybyśmy oceniali teorie naukowe przede wszystkim pod kątem motywów ich propagatorów, to wiek czy pół wieku temu (a niektórzy powiedzieliby, że nawet teraz) nie moglibyśmy uznać darwinizmu za naukę, ponieważ jego piewcami kierowały uprzedzenia klasowe, rasizm i seksizm."

I dodał:

"Można było odnieść wrażenie, że dzisiejsza nauka nie potrafi się bronić na własnych warunkach i potrzebuje filozoficznej tarczy ochronnej."

Ale Coyne tylko w tym jednym, zacytowanym zdaniu zgadza się z Fullerem, bo jeszcze w tym samym akapicie (sic!) stwierdza:

"Niemniej jego orzeczenie [sędziego Jonesa] było wspaniałym zwycięstwem amerykańskiego szkolnictwa, ewolucji i samej nauki."

Ja rozumiem, że Coyne cieszy się z tego, że państwowy sąd, w razie czego mogący wysłać do akcji państwową policję (jeśli stan będziemy rozumieć jako państwo), aprobuje propagowanie idei miłych sercu Coyne'a i zakazuje nauczania tego, co Coyne'mu niemiłe, ale uważam za przesadę nazywanie tego zwycięstwem szkolnictwa, ewolucji i nauki.

Jak wspomniałam, w wielu miejscach Coyne stwierdza dziwne rzeczy. Pisze np., że Darwin zaproponował tezy, które "na zawsze pogrzebały przekonanie o istnieniu celowego i świadomego planu w przyrodzie". Tymczasem Paul Davies w książce "Kosmiczna wygranastwierdza: "Każdy rodzaj zasady życia lub imperatywu kosmicznego wprowadza na nowo do nauki owo przerażające słowo na *t* - *teleologię*."

W innym miejscu Coyne niepokoi się tym, że zaledwie 40% Amerykanów wierzy w to, iż człowiek wywodzi się od wcześniejszych gatunków zwierząt, co jest wynikiem o 5% gorszym niż w roku 1985, po czym retorycznie i dramatycznie pyta: "Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby Stany Zjednoczone usytuowały się wśród krajów o najniższym odsetku ludzi wierzących w istnienie atomów!"

Ciekawa jestem, co by się stało - zabrakłoby w USA prądu, ludzie zapadliby w straszliwe choroby, kartofle przestałyby się rodzić na polach?

Nieco śmieszą publicystyczne, obliczone na mało rozgarniętego czytelnika wstawki, takie jak: "Potrafimy podróżować na inne planety" (a na jakich to niby planetach ludzie już byli??) albo: "Wśród liczących się biologów nie ma różnicy zdań co do zasadniczych twierdzeń teorii ewolucji" - kryterium, według którego jednych biologów można zakwalifikować jako poważnych, a innych zaliczyć do niepoważnych, Coyne oczywiście nie podaje.

Mówiąc krótko (bo już było mówione długo, bardzo długo :-)) - książka jest świetna, ja przeczytałam ją w nieco ponad jeden dzień (liczony jako doba), a to jest około 270 stron tekstu. Jeśli ktoś jest impregnowany na niezbyt lotną propagandę ideologiczną (a dzisiaj trzeba być impregnowanym na takie rzeczy), to niech czyta. Ja po lekturze z pewnością nie pomylę już ewolucji Lamarcka z ewolucją Darwina :-))

*   *   *

Książkę "Ewolucja jest faktem" można kupić w

13 komentarzy:

niebieska pisze...

szybciej czytasz książki niż ja Twoje recenzje :)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Niebieska,
:)

maya pisze...

dziwie sie, ze Ty, nauczycielka, nie widzisz problemu w tym, ze ktos chce wprowadzic do programu nauczania opowiesci biblijne jako naukowa przeciwwage dla teorii ewolucji. Z rownym powiedzeniem a na miejsce Kochanowskiego, Slowackiego i Prusa dac Mniszkowne i Wisniewskiego. Przeciez to tez literatura....Zarowki przeciez nie zgasna. Jesli 20% spoleczenstwa uwaza, ze wszechswiat powstal 6 tys. lat temu, to jest to powazny problem. Tak z reszta jak fakt, ze profesor uwaza ze basn o szewczyku Dratewce swiadczy o wspolistnieniu homo sapiens i dinozaurow.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>maya

"ktos chce wprowadzic do programu nauczania opowiesci biblijne jako naukowa przeciwwage dla teorii ewolucji."

Nie rozumiesz dwóch rzeczy. Pierwsza: TIP (Teoria Inteligentnego Projektu; intelligent design) to nie opowieści biblijne. Druga: problem polega na tym, że to sąd decyduje o tym, co się robi w szkole. Dałam linka do mojego omówienia książki Fullera. Zacytuję fragment tego tekstu:

***Fuller pisze, że czymś niesłychanie szkodliwym dla nauki jest swego rodzaju wzięcie pod ochronę tej dziedziny przez politykę, a wyrazem tego procederu jest stwierdzenie National Academy of Sciences, która ogłosiła, że uprawianie nauki rządzi się zasadą metodologicznego naturalizmu. Jeszcze raz podkreślam, że sam Fuller jest naturalistą, ale doskonale zdaje sobie sprawę z tego, do czego prowadzi autorytarne traktowanie nauki i dyskryminowanie naukowców. Autor komentując stwierdzenie amerykańskiej Akademii Nauk pisze: "Można było odnieść wrażenie, że dzisiejsza nauka nie potrafi się bronić na własnych warunkach i potrzebuje filozoficznej tarczy ochronnej.***

Tak trudno zrozumieć, o co chodzi? :-))

Pozdrawiam.

maya pisze...

Wybacz, ale TIP to inaczej opakowany kreacjonizm a nie teoria naukowa (bylo to nawet na wokandzie sadowej), wiec pewne rzeczy powinny byc tlumaczone ad nauseam nawet ludziom wyksztalconym. Tak, dzisiejsza nauka nie potrafi bronic sie na wlasnych warunkach, bo zeby zrozumiec jej argumenty trzeba miec wiedze. A wiedze nabywa sie w szkole...itd..itd. Rodzice maja wielki wplyw na program nauczania (mowimy o US), niedouczeni rodzice=niedouczony program nauczania. I tu wkracza sad, nie w obronie nauki a w obronie prawa do wiedzy. Chyba musze sobie tego Fullera przeczytac, bo z tego co przekazalas, wynika ze albo bawi sie w liste zyczen albo urwal mu sie kontakt z rzeczywistoscia.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>maya

Kilka spraw, które w sposób istotny wiążą się ze sobą i pośród których nie ma najmniejszego znaczenia to, czym jest TIP. Wekslowanie przez Ciebie dyskusji na to, czym jest TIP, to zwykła ucieczka.

Piszesz:

"Tak, dzisiejsza nauka nie potrafi bronic sie na wlasnych warunkach, bo zeby zrozumiec jej argumenty trzeba miec wiedze. A wiedze nabywa sie w szkole...itd..itd"

I masz rację, bo system tak właśnie działa, tyle, że to jest argumentacja kolista. Co to ma wspólnego z metodą naukową :-)))

Oczywiście broniąc swojego stanowisko nie stoisz na przegranej pozycji pod jednym wszakże warunkiem, a mianowicie - musisz przerwać błędne koło. Możesz to uczynić w jeden tylko sposób - przez przyjęcie założenia, że w którymś punkcie tego koła jest element pewny, który - że tak powiem - możemy uznać za swego rodzaju aksjomat. Ten punkt może być tylko jeden - musisz przyjąć, że tym punktem jest organizator szkolnictwa, czyli państwo.

Bo zobacz - gdybym Cię zapytała, czy jesteś za tym, aby istniała jakaś władza, która ma prawo przymuszać ludzi do pobierania określonej wiedzy i zakazywania pobierania innej określonej wiedzy, to będziesz w kropce. Jeżeli bowiem powiesz (pamiętaj, że jesteśmy teraz na wyższym stopniu abstrakcji), że tak, jesteś za tym, aby istniała taka władza, to musisz popierać niegdysiejsze Święte Oficjum zakazujące głoszenia określonych poglądów. To daje Ci ten komfort, że jednocześnie możesz popierać dzisiejsze państwo utrzymujące przymus posyłania dzieci do szkoły, ale nie wiem, czy byłabyś zadowolona z tej sytuacji :-)) Bo Ty jesteś przeciwko praktykom Świętego Oficjum.

Co zatem możesz zrobić? Możesz jedynie powiedzieć, że władzy Świętego Oficjum nie popierasz, bo ta władza błądziła, natomiast popierasz dzisiejsze państwo, gdyż to państwo nie błądzi. I masz prawo do takiego poglądu, po prostu - taka jest Twoja wiara. Dogmatem tej wiary jest to, że państwo jest emanacją Bóstwa (Rozumu). To oczywiście heglizm dla ubogich (albo, jak twierdzą niektórzy - po prostu heglizm :-). Kiedy uznasz ten dogmat, to masz możliwość wysuwania kolejnych twierdzeń, takich np. ja to, że państwo powinno przymuszać ludzi do posyłania dzieci do szkół, określać zakres materiału, który tym dzieciom trzeba przekazać oraz określać zakres materiału zakazanego.

To wszystko nie oznacza jednak, że każdy ma podzielać Twoją wiarę, tym bardziej, że jej praktykowanie oparte jest na dwóch filarach lewactwa: redystrybucji oraz przymuszaniu ludzi do określonych zachowań. Projekt, który popierasz, nie obejdzie się bez tych dwóch filarów, ani w teorii, ani w praktyce. Jeśli chodzi o praktykę, to dowody są oczywiste - państwo utrzymuje przymus posyłania dzieci do szkoły (zwany obowiązkiem szkolnym) i finansuje ten system w ramach redystrybucji, a zatem zmusza ludzi do określonych zachowań używając w tym celu sadów i policji. Tobie pasuje to, żeby sądy decydowały o tym, co kto kogo uczy, dla mnie taki system jest obrzydliwy.

Pozdrawiam.

maya pisze...

kompletna wolnosc, powiadasz, od przymusu? Czy to przypadkiem nie anarchia? :-) Bo wszystkie organizacje spoleczne opieraja sie na systemie ograniczen (a wiec w pewnym sensie przymusu) i instytucji pilnujacych przestrzegania zasad. W Stanach szkolom religijnym nikt w podreczniki nie zaglada. Neutralnosc swiatopogladowa, rozdzial kosciola od panstwa, wymagana jest jedynie od szkol panstwowych. Jesli ktos pakuje TIP do szkol panstwowych to lamie zasade neutralnosci swiatopogladowej. Czego i Polsce zycze :-)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>maya

"kompletna wolnosc, powiadasz, od przymusu? Czy to przypadkiem nie anarchia? :-)"

Po pierwsze: gdzie ja piszę o kompletnej wolność od przymusu?? Ja piszę tylko o kwestii przymuszania ludzi do posyłania dzieci do szkoły. Po drugie: a jak anarchia, to co? Po trzecie - nie zauważasz jednej istotnej okoliczności, mianowicie tej, że to Ty postulujesz przymus, a zatem ciężar dowodu spoczywa na Tobie; Ty musisz uzasadnić stosowanie przymusu.

***

"Bo wszystkie organizacje spoleczne opieraja sie na systemie ograniczen (a wiec w pewnym sensie przymusu) i instytucji pilnujacych przestrzegania zasad."

Jak to wszystkie? Pełno jest przecież rozmaitych wspólnot przekonań, które nie uciekają się do przymusu.

***

"W Stanach szkolom religijnym nikt w podreczniki nie zaglada. Neutralnosc swiatopogladowa, rozdzial kosciola od panstwa, wymagana jest jedynie od szkol panstwowych. Jesli ktos pakuje TIP do szkol panstwowych to lamie zasade neutralnosci swiatopogladowej."

A to ciekawa teza. Tu istotne są dwie kwestie.

1. Zakładam, że skoro nawiązujesz do USA to mówisz o pierwszej poprawce - nic dziwnego, w opinii szerokiej publiczności ta poprawka gwarantuje jakiś mityczny rozdział kościoła od państwa, a przecież brzmi ona tak:

"Congress shall make no law respecting an establishment of religion, or prohibiting the free exercise thereof; or abridging the freedom of speech, or of the press; or the right of the people peaceably to assemble, and to petition the Government for a redress of grievances."

[Kongres nie będzie stanowił żadnych praw traktujących jakieś wyznanie jak religię państwową lub zakazujących swobodnych praktyk religijnych; ograniczających wolność słowa i prasy, a także prawa ludzi do pokojowych zgromadzeń oraz kierowania do władz państwowych petycji o naprawienie krzywd.]

A zatem - pierwsza poprawka służy ograniczeniu władzy rządu federalnego, a nie nadawaniu mu nowych praw. Rząd federalny z jednej strony nie może ustanowić religii państwowej, ale z drugiej strony nie wolno mu ingerować w relacje kościół- stan. Mówiąc inaczej - jak pisze Thomas E. Woods Jr. w książce "Niepoprawna politycznie historia Stanów Zjednoczonych":

"Poprawka mówi jasno, że Kongres nie będzie stanowił ustaw dotyczących religii, a nie, że Massachusetts, Georgia czy Pensylwania nie będą ich stanowić."

I teraz powiedz, jak w świetle tego tekstu: "Kongres nie będzie stanowił żadnych praw (...) ograniczających wolność słowa" wygląda proceder polegający na tym, że federalne sądy ZAKAZUJĄ wolności słowa w szkołach? Spróbuj oderwać się od kontekstu, w którym chcesz prowadzić tę dyskusję, czyli od rozważań na temat tego, czy TIP jest teorią "prawdziwą" czy nie i popatrz na sprawę ogólnie. No czym są wyroki sądów, o których mówimy, jeśli nie tworzeniem prawa ograniczającego wolność słowa?

cdn.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

> maya

2. Kwestia samego TIP, kreacjonizmu, darwinowskiej teorii ewolucji, lamarckowskiej teorii ewolucji itd. Ty robisz założenie, iż PRAWDZIWA jest jedynie darwinowska teoria ewolucji, dlatego wszystkich innych teorii trzeba zakazać. Czysto totalitarystyczny punkt widzenia, ale o co innego teraz idzie. Skąd wiesz, że prawdziwa jest teoria ewolucji w wersji darwinowskiej? Bo powiedzieli Ci to naukowcy? Jacy naukowcy? Coyne, który plecie, że ludzie latają na inne planety? Jak można wierzyć facetowi, który opowiada takie bzdury? Może Richard Dawkins, który stwierdził, że fakt, iż nie było jakiegoś jednego, jedynego pierwszego człowieka, tak, jak Biblia ukazuje Adama, burzy teologię św. Pawła? A co Dawkins, ten niewątpliwie utalentowany propagator teorii, które lubi, wie na temat teologii? :-))

Poza tym - ograniczasz się do tego, co Ci naukowcy powiedzieli, że jest nauką i metodą naukową. A co to jest nauka? Np. Kuhn powiada, że nauka to to, co robią naukowcy. I już. Skąd w ogóle u Ciebie przekonanie, że w postrzeganiu i opisywaniu świata należy ograniczyć się do metod naukowych? A powiedz - czym zweryfikujesz samą nauką? Bo chyba nie stwierdzisz, że nauka zasadnie weryfikuje samą siebie :-))

OK, a która wersja darwinowskiej teorii ewolucji jest prawdziwsza, kogo wolisz zwolenników tradycji "forma wynika z funkcji" z Dawkinsem na czele, czy admiratorów tradycji "funkcja wynika z formy" z liderującym im Gouldem? A co powiesz na koncepcji nieredukowalnej złożoności propagowanej przez Behego i Dembskiego? Jesteś za tym, żeby zakazano w szkołach mówić o tak ciekawych kwestiach?

Ta druga kwestia to niejako wisienka na torcie, bo istotny w tej dyskusji jest punkt pierwszy.

Przy okazji - jakoś nie znalazłam Twojej odpowiedzi na to moje pytanie: "czy jesteś za tym, aby istniała jakaś władza, która ma prawo przymuszać ludzi do pobierania określonej wiedzy i zakazywania pobierania innej określonej wiedzy? Czy niegdysiejsze Święte Oficjum mieści się w formule takiej władzy, czy może Święte Oficjum nie, ale dzisiejsze państwo tak?"

:-))

maya pisze...

krotko, to musze sie pakowac: to, ze naukowcy nie sa zgodni co motoru ewolucji nie znaczy, ze nie mozna teorii ewolucji uczyc, lacznie z zaznaczeniem kwestii spornych, niewiadomych. W nauce istnieje cos takiego jak peer review, ktore jak do tej pory wydaje sie dobrze dzialac. Istnieja standardy pracy badawczej. Teorie Dembskiego (czyli wariant TIP)sa anegdotka, niekoniecznie nawet naukowa..itd.itd...itd.
Odsylam do blogow naukowych, m.in. http://scienceblogs.com/pharyngula/
http://czajniczek-pana-russella.blogspot.com/. Strony Dawkinsa nawet nie proponuje :-)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

>maya

Masz specyficzny sposób dyskutowania. Sama poruszasz temat, a kiedy ja odpiszę, cały czas wekslujesz dyskusję na kwestię tego, że TIP to anegdota. Napisałaś np. o tej mitycznej konstytucyjnej rozdzielności kościoła od państwa, a kiedy ja daję rzetelną odpowiedź przytaczając dosłowne brzmienie obowiązującego prawa, w ogóle porzucasz zagadnienie. Kiedy ja pytam o kryterium, jakim weryfikujesz naukę i nawet wyprzedzam Twoją odpowiedź, wyrażając nadzieję że chyba nie stwierdzisz, iż nauka weryfikuje samą siebie, Ty wyjeżdżasz z peer review :-)) A na koniec, w kwestiach naukowych, odsyłasz mnie do... blogów :-))) Szkoda, że na początku naszej dyskusji nie wyciągnęłaś tych blogów, zaoszczędziłybyśmy mnóstwo czasu.

Pozdrawiam.

maya pisze...

masz racje; przyznaje ze po raz pierwszy wpakowalam sie w dyskusje, w ktorej obydwie strony dyskutuja z innej perspektywy. Ja z perspektywy materializmu/weryfikacji naukowej, ty z perspektywy filozoficznej. Tak jak tobie po podlinkowaniu blogow naukowych, mnie powinno zapalic sie czerwone swiatelko po przeczytaniu uwagi, ze teologia jest nauka :-)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

> maya

Piszesz:

"mnie powinno zapalic sie czerwone swiatelko po przeczytaniu uwagi, ze teologia jest nauka :-)"

Może i powinno, gdybym rzeczywiście napisała cokolwiek o teologii. Zacytuję, co napisałam:

"Tymczasem Paul Davies w książce "Kosmiczna wygrana" stwierdza: "Każdy rodzaj zasady życia lub imperatywu kosmicznego wprowadza na nowo do nauki owo przerażające słowo na *t* - *teleologię*."

A zatem - pomieszałaś teologię z teLEologią. No cóż, nie Ty pierwsza i zapewne nie ostatnia.

Pozdrawiam.