14 października 2009

Ojciec Benignus. Szatan istnieje naprawdę. Spotkałem go.


Wydane przez

Wydawnictwo Esprit

Autorem książki jest duchowny, pracujący jako egzorcysta. Mamy tu zatem relację bezpośrednią, relację człowieka, który egzorcyzmów dokonuje od wielu lat. Jest to bardzo ważna okoliczność, bo często na temat egzorcyzmów wypowiadają się ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o religii, o teologii, o medycynie, w tym psychiatrii, i przede wszystkim nigdy nie byli świadkami egzorcyzmów.

Kwestię egzorcyzmów Benignus osadza we właściwym kontekście, czyli w kontekście wiary katolickiej - nie dlatego, że jest to jakaś najlepsza wiara, tylko dlatego, że sam jest duchownym katolickim. Najwięcej miejsca autor poświęca opisywaniu kilkunastu przypadków, w których przeprowadzał egzorcyzmy. Są to przypadki bardzo różne. Mnie jednak bardziej zainteresowało to, co Benignus pisze  o egzorcyzmach jako takich. Przede wszystkim Autor klarownie tłumaczy, na czym polegają nawiedzenie, dręczenie i opętanie (a są to zupełnie różniące się od siebie wzajemnie zjawiska) i dokładnie wszystkie je charakteryzuje. Mnóstwo innych ciekawych szczegółów podaje autor, no ale zna się na swojej robocie, więc może tymi ciekawostkami sypać z rękawa.

W czwartym rozdziale Benignus srawia pytanie o to, dlaczego istnieje cierpienie. Nie pisze teodycei, wsumie ten rozdział liczy zaledwie 13 stron, ale w jednym miejscu daje kapitalne stwierdzenie:

"Wobec cierpienia człowieka niewinnego należy milczeć raczej, niż mówić, jak czynili to Elifaz (Hi 4-5; 15; 22), Bildad (Hi 8; 18; 25; 26,5-14) i Sofar (Hi 11; 20; 24,19-25; 27,13-23), i zrozumieć, że stajemy wobec tajemnicy."

I tyle. To się doskonale rymuje z tym, co w książce "Chata" Williama Paula Younga, na te oto słowa bohatera: - Po prostu nie jestem w stanie wyobrazić sobie żadnego ostatecznego celu, który by to wszystko usprawiedliwiał. - odpowiada Bóg: - Mackenzie. My nie usprawiedliwiamy. My zbawiamy.

I jeszcze jeden fragment korespondujący ze sposobem, w jaki postrzega sprawy Benignus:

"Kiedy stanowczość pytania osiąga najwyższy stopień, jak na przykład u Hioba, wówczas myśl o teodycei zaczyna wydawać się bluźniercza. Wszelkie "wyjaśnienie" jego nieszczęścia jest dla Hioba jedynie zwielokrotnieniem rozpaczy. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, żadnych odpowiedzi. Niepotrzebne są też i pocieszenia. Hiob przeklina przyjaciół, którzy przyszli do niego, a przeklina ich właśnie dlatego, że są jego przyjaciółmi i jako przyjaciele chcą mu "ulżyć" - jeśli jeden człowiek może ulżyć drugiemu. Dla Hioba najgorsze ze wszystkiego jest owo "jeśli". Skoro już pomóc nie sposób - to i pocieszać nie trzeba. Inaczej mówiąc, można spytać (niekiedy, jak w przypadku Hioba, pytanie to jest koniecznością): skąd pochodzi zło? Ale odpowiadać na to pytanie nie wolno. I tylko wówczas kiedy filozofowie zrozumieją, że ani na to pytanie, ani na wiele innych pytań odpowiadać nie wolno , uznają jednocześnie, iż nie zawsze stawia się pytania po to, by na nie odpowiadać, że są pytania, których cały sens polega na tym, że nie dopuszczają żadnych odpowiedzi, gdyż odpowiedzi je zabijają. Niezrozumiałe? Więc - pocierpcie: nie do takich rzeczy człowiek się przyzwyczaja." (Lew Szestow. Ateny i Jerozolima)

Podkreślam jednak - książka Benignusa to nie jest rozprawa teologiczna, nie jest to też systematyczna teodycea - książka Benignusa to po prostu ciekawa opowieść o tym, czym są egzorcyzmy - z tym większym zainteresowaniem przeczytam zapowiadaną na marzec, kolejną książkę tego Autora "Moja droga - od filozofii do egzorcyzmów".

Brak komentarzy: