Gdybym była damą w kapeluszu pijącą z przyjaciółką herbatę na tarasie w letnie popołudnie powiedziałabym o ksiażce: "Jakie to angielskie...". Młoda dziewczyna, podróżująca ze starszą, zgryźliwą, ciekawską kobietą dociera do Monte Carlo, gdzie poznaje zamożnego Maxima de Wintera, właściciela uroczej posiadłości Manderley, owdowiałego przed niespełna rokiem. Gdy starsza pani choruje, Maxim zaczyna opiekować się dziewczyną, a w dniu, w którym obie panie zamierzaja opuścić Monte Carlo, prosi ją o rękę. Młoda pani de Winter ma kłopoty z aklimatyzacją w nowym miejscu, wśród nowych ludzi, w nowej roli. Nie pomaga jej w tym zarządzająca domem niania pierwszej, tragicznie zmarłej, pani de Winter. Mąż nie dostrzega rozterek żony, wciąż walczy z upiorami przeszłości. Gdy dziewczynę ogarnia zniechęcenie i przekonanie, że ona nigdy nie dorówna Rebece, którą zachwycaja się wszyscy, pewnien splot okoliczności ukazuje jej zupełnie inne oblicze pierwszej pani de Winter. Ta wiedza wzmacnia ją ...
Komentarze
przeczytałam prawie 30 stron i doszłam do wniosku, ze nie pojmuję, co czytam... Wciąż wrzeszczeli, strzelali i wszyscy mi się mylili;)
no, mogło...
witaj:)Tak jak napisałam - nie była w stanie przebrnąć przez język, akcję pełną strzałów i jak mi się wydawało- wciąż te same imiona. No, niestety...
ano - nie byłam;)
zgadzam się tutaj z Nemem. Książka to w dalszym ciągu fantasy dobrej klasy, ale jednak zrozumiałe bardziej dla kogoś kto wojsko zna i rozumie. Gdybyście postarali się przeczytać dalej to akcja nabiera tempa, tyle, że strzelają jeszcze więcej ;)
Pozdrawiam,
Ritter
mam co prawda w swojej karierze edukacyjnej pracę nt. procesu wychowania przedstawianego na łamach czasopisma "Wojsko i wychowanie", ale i tak nie dałam rady;)