25 listopada 2009

Manfred Lütz. Bóg – Mała historia Największego.


Wydane przez

Wydawnictwo M

Książka jest opowiedzianą przez Lütza historią tego, jak ludzie dochodzili do idei Boga, jak poszukiwali Boga, jak Go postrzegali. Historią opowiedzianą przez Lütza, bo inni mogliby opowiedzieć, i opowiadają, zupełnie inne historie. Lütz jest psychiatrą i teologiem, a do tego jest świetnie oczytany w dziełach filozoficznych i historycznych.

Mnie najbardziej podobały się te rozdziały, w których autor pisze o tym, w jaki sposób ludzie postrzegali Boga i jak te wyobrażenia rozsypywały się jedne po drugich. Świetne są fragmenty o Freudzie, Feuerbachu i Nietzschem. Lütz, z racji swojej profesji, nie boi się zająć zdecydowanego stanowiska i pokazać, dlaczego teorie psychologiczne czy socjologiczne nie są w stanie wyjaśnić fenomenu religii. Jednocześnie darzy wielkim szacunkiem Nietzschego, o którym pisze:

"Jasnym, chłodnym umysłem i gorejącym, spragnionym życia sercem wyciąga wszelkie możliwe konsekwencje z potężnej myśli, że Bóg nie istnieje. Nie przyłącza się do nikogo, nie idzie niczyim tropem, nie zakłada żadnego ruchu ani żadnego stowarzyszenia. Uderzenia młota Nietzschego niszczą dewocyjny ateizm różnych stowarzyszeń, który wyobrażał sobie, że stoi na czele postępu, podczas gdy w rzeczywistości tonął w bagnie starodawnych, ciągle powtarzanych frazesów i przesądów."

Lütz znakomicie pisze o tym, że konflikt nauki z religią jest jednym wielkim nieporozumieniem (przy okazji - Stephen Hawking jest członkiem Papieskiej Akademii Nauk :-)), aczkolwiek być może nieco jednostronnie prezentuje postacie wielkich ludzi nauki w kontekście zajmowanego przez nich stanowiska, w myśl którego, mówiąc w skrócie, nauka odkrywając świat, odkrywa stworzenie Boże.

Ostatnie rozdziały napisane są z jednej strony w bardziej popularnej formie, kiedy autor pisze o wielkich ludziach Kościoła, takich jak Edyta Stein, Matka Teresa z Kalkuty czy papieże Jan Paweł II i Benedykt XVI, z drugiej strony Lütz prezentuje rozmaite rozważania teologiczne, przywołując autorów tej miary co Karl Rahner, Karl Barth i Hans Urs von Balthasar, a wtedy nie zawsze nadążam, aczkolwiek Lütz pisze klarownie - po prostu chodzi o samą materię.

Książka napisana jest dobrze i ma wiele znakomitych momentów, zarówno pod względem literackim jak i jeśli chodzi o poczucie humoru autora. Oto Lütz w tekście poświęconym Kierkegaardowi, który był najpoważniejszym z chrześcijańskich autorów, pozwala sobie na taką oto szarżę przy okazji omawiania wykładu duńskiego myśliciela o potędze wiary Abrahama, który nie wahał się zabić swojego syna:

"Kierkegaard jest bardzo daleki od dzisiejszych naiwnych i pochopnych opinii, że dobry Bóg był jednak bardzo zły, gdyż swoim poleceniem wykroczył przeciwko Deklaracji Praw Człowieka Narodów Zjednoczonych, niemieckiemu kodeksowi karnemu i przede wszystkim przeciwko ogólnej poprawności politycznej."

Na przeciwnym biegunie, jeśli chodzi o nastrój, jest ten chociażby fragment traktujący o Bogu:

"Ale jeżeli naprawdę jest Osobą, wtedy to, co decydujące o Nim, 'wie' się nie dzięki temu, że się coś o Nim 'wie', ale tylko dlatego, że się Go spotyka. Na tym właśnie polega 'nędza' biur matrymonialnych."

Brak komentarzy: