27 listopada 2009

Michael D. O'Brien. Dziennik zarazy.


Wydane przez

Wydawnictwo Znak

To bardzo smutna książka. Opowiada o rozwijającym się totalitaryzmie, o tym, że ludzie w coraz większym stopniu są kontrolowani, że coraz bardziej tracą swoją indywidualność, że coraz bardziej stają się masą, przy czym sam totalitaryzm nie jest czymś najgorszym, ale to, że ludzie poddają się temu, co sprzedawane jest w ładnym opakowaniu, do kupna czego zachęcają hasła nie tyle mądre, ile obliczone na to, że trafią do tych, do których mają trafić. O'Brien pisze:

"Ku swojemu zaskoczeniu i niedowierzaniu zauważamy, że naszym wrogiem nie jest wcale ta czy tamta tyrania, ale pewna koncepcja człowieka, która tymczasem stała się niemal powszechnie akceptowana."

Bohater, właściciel lokalnej gazety, jest ścigany przez urząd bezpieczeństwa i parę innych państwowych agencji za to, co pisał w swoich artykułach. A pisał o tym, że szkoła indoktrynuje, że rząd poprzez tę właśnie indoktrynację prowadzoną w szkołach pozbawia rodziców wpływu na dzieci. Pisał o paru innych rzeczach i pisał tak, jak dzisiaj nie należy pisać. W efekcie musi się ukrywać, a kiedy dzwoni do swojego ojca, byłego dyrektora szkoły, który uważa się za liberała, ojciec nie chce mu pomóc; nie chce, bo już nie wierzy swojemu synowi. O'Brien pisze:

"Zapomniałem, jak bezwarunkowo mój ojciec wierzy w psychologię i socjologię. To jego religia. Nigdy nie przejmował się tym, że rozwijające się konstelacje teorii w tych dziedzinach nieustannie ze sobą walczą. Co więcej, teorie są cały czas obalane i rekonstruowane. Jednak mój ojciec ufa im bezgranicznie. Wierzy, że są to nauki ścisłe. (...) Nie potrafi już dostrzec sprzeczności w świecie materializującym się wokół nas. Co mu się stało? Nawdychał się za dużo wszechobecnego gazu ideologicznego? Stał się istotą kierującą się pierwszymi wrażeniami, tak jak wszyscy inni albo prawie wszyscy inni? Porzucił swoją samotną wyprawę w poszukiwaniu Prawdy? Wszak jest to skarb, którego, jak twierdzi, zawsze pragnął. Co się z tym stało?

To bardzo smutna książka.

4 komentarze:

Anhelli pisze...

Smutne książki także są potrzebne, pozwalają ludziom zbyt zadufanym w sobie odkryć, że nie są czubkiem uniwersum.

pozdrawiam serdecznie :)

virginia79 pisze...

tej pozycji nie znam, ale może być całkiem dobra ... a przeczytałaś już może "Złoty notes"? Ja jestem na 120 stronie tej ponad 800 stronicowej książki i jak na razie wciąga mnie bezgranicznie :)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Anhelli,
:)

Virginio,
"Złoty notes" oddałam i chyba już do niego nie wrócę.

Anonimowy pisze...

To rzeczywiście smutna książka, ale bardzo pouczająca, jak sądzę. Czytając ją miałam miejscami mieszane uczucia, czasem się nie zgadzałam i nie miałam ochoty czytać. Ale skończyłam, bo uznałam, że jeśli "obrażę się" na autora, to tak jakbym przyznała rację "tamtym". Więc chyba efekt został osiągnięty:)
pozdrawiam