21 lipca 2013

Moje książkowe miejsca [Śląscy Blogerzy Książkowi]

Pierwsze miejsce, która kojarzy mi się z książkami, to dom. Każdy z kolejnych, w których mieszkałam, gościł też książki. 

Pierwsze wspomnienie związane z książkami to seanse czytania w łóżku, najczęściej podczas chorób atakujących mnie znienacka i nieustępliwie. Dla mnie był to cudowny czas, w którym Mama czytała mi i czytała. Podejrzewam, że Mamę zarówno moje choroby, jak i konieczność głośnego czytania nie zachwycała tak jak mnie:-) Z takiej choroby i czytania, które chwilami ustępowało innym obowiązkom, wynika fakt, że nauczyłam się czytać. I tak oto przechodzimy do drugiego książkowego miejsca.

Krzesło i lampa. Lampy zazdrościły mi wszystkie znajome dzieci. Zamontowana była na czymś na kształt sprężyny i dawała się opuszczać w dół do pewnej, wygodnej dla kilkulatki, granicy. Zasiadałam na krześle, ściągałam lampę i czytałam. Musiałam zabawnie wyglądać:-)

Trzecie miejsce, także związane z moim dzieciństwem, to księgarnia po drugiej strony ulicy. Nie pamiętam, żeby porażała wielkością sprzedawanych w niej książek, ale pamiętam, że tata w dzień wypłaty przynosił z tegoż przybytku wcześniej zamówione, odłożone książki. 

Księgozbiór budowany przez rodziców miałam tak bogaty, że nie korzystałam z bibliotek. Zaczęłam, gdy okazało się, iż w szkole, do jakiej dołączyłam w środku roku, panuje dziwny system wystawiania ocen z zachowania; nie mógł otrzymać "wzorowego" ten, kto nie miał odpowiedniej liczby wypożyczonych książek z biblioteki. Podkreślam słowo "wypożyczonych"... Trudno było mi znaleźć na regałach biblioteki szkolnej coś, czego nie miałam w domu. Gdy na kolejne pytania pani bibliotekarki odpowiadałam, wstydząc się coraz bardziej, "to czytałam", dostałam pozwolenie spacerowania między regałami i samodzielnego wybierania lektur. Ale i tak sam system mnie zniechęcał i cud jakiś, że owo zniechęcenie nie przełożyło się na biblioteki w ogóle.

Nie mam ulubionych książkowych miejsc. Kiedyś, gdy bywałam częściej w Warszawie, jeździłam do antykwariatu Pana Krzysztofa na Żoliborz. Dawno jednak już tam nie byłam. Czytam wszędzie: w autobusie, tramwaju, kolejce do lekarza, czasami nawet w drodze z biblioteki. Odkąd zaczęłam książek słuchać jestem z nimi jeszcze częściej; długotrwałe spacery z kijami i książką w uszach sprawiają mi wiele przyjemności. Czytam przy jedzeniu, przy gotowaniu,. nie mam cierpliwości, by oglądać filmów, bo czeka na mnie książka. Gdybym miała wannę czytałabym w wannie. Nie umiem tylko czytać przy stole, choć i to zweryfikowało życie, gdy okazało się, że książka, o przeczytaniu której marzę, jest w czytelni. Spędziłam tam dwa dni:-) Najchętniej w domu czytam na leżąco i w tym pokoju, w którym stoją regały z książkami. Lubię widzieć to, co już przeczytałam i to, co czytać jeszcze będę. Obecność książek sprawia, że wciąż mam nadzieję na dobre rzeczy w życiu. 


P.S. O bibliotekach juz pisałam i pisać pewnie będę jeszcze wielokrotnie - stąd ich śladowa obecność w tym tekście.

6 komentarzy:

ktrya pisze...

Znam ten ból z bibliotekami szkolnymi. O ile w podstawówce początkowo wypożyczałam z biblioteki, bo nie byłam świadoma, że wiele z tych książek mam już w domu, o tyle potem był problem, bo jaka ze mnie oczytana osoba, skoro książek z biblioteki nie pożyczam. Jak w liceum powiedziałam bibliotekarce, że staram się unikać bibliotek, ponieważ mam masę nieprzeczytanych książek w domu, to się oburzyła, jak mogę propagować taką postawę, prowadzę bloga o książkach, a tu niechęć do bibliotek sieję... ;-) Tak więc ostatni dyplom za wzorowe czytelnictwo dostałam w 5. klasie, a potem wygrały priorytety...

Karolina Małkiewicz pisze...

Ja z dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam te same sytuacje - trudno było w bibliotece o pozycje, których nie czytałam, nie miałam czego wypożyczać, a trzeba było, żeby mieć wzorowe... chory system :/
Póki co nie muszę korzystać z bibliotek, mam tyle własnych nieprzeczytanych, że sama mogłabym otworzyć czytelnię:) W sumie to chyba niezły pomysł?
Pozdrawiam serdecznie!

mpoppins pisze...

No tak,dostało się bibliotekom szkolnym. Dziwny to system wystawiania ocen w powiązaniu z liczbą wypożyczonych książek.To raczej zniechęca i uczy cwaniactwa. Jest jednak druga strona medalu. Biblioteka skierowana jest do wszystkich uczniów, a nie czarujmy się, osób naprawdę czytających jest mały procent wśród dziatwy szkolnej.Biblioteka ma wyrobić nawyk czytania, jeśli uczeń nie wyniósł go z domu. Myślę, że stąd takie pomysły w szkole. Zapewniam Was, że nie wszędzie tak było i tak jest. Na pewno nie jest tak w jednej bibliotece, w której pracuję ja ;)
Moi czytelnicy pomagają mi uzupełniać księgozbiór i to oni doradzają co jest na topie, co warto przeczytać. Mam damsko-męskie doradztwo, więc myślę, że wspólnie potrafimy dopasować zbiory do czytelników. Gdyby jeszcze było więcej kasy, to byłaby pełnia szczęścia.Pozdrawiam szkolna bibliotekarka

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Ktrya,
:-)

Karolina,
pomysł z czytelnią świetny:-)

Mpoppins,
pisałam o bibliotece z dzieciństwa, a że od dzieciństwa dzieli mnie całkiem sporo lat, to żywię nadzieję, że teraz jest inaczej. I nikt nie wiąże liczby wypożyczonych książek z oceną z zachowania; czytające dzieci widać na lekcjach, nie trzeba posiłkować się statystykami bibloteki, prawda? Poza tym - zawsze mnie intrygowało kto w szkole proponował taka transakcję; jakoś nie chce mi się wierzyć, że bibliotekarze;-)

Q pisze...

Ja w bibliotece szkolnej podstawówki do której chodziłem miażdżyłem wszystkich swoją statystyką. Kiedy najlepsza osoba w klasie miała do powiedzmy 6 wypożyczeń ja miałem ich 16 albo i więcej. A wszystko za sprawą prostego zabiegu. W mojej bibliotece były komiksy a ja czytałem ich na tony. Ale do bibliotecznej statystyki się zaliczały ;) Żeby nie było, czytałem też normalne rzeczy ale muszę przyznać, że były w mniejszości.
Co do patrzenia na książki i książek patrzących na mnie to mam to samo. Uwielbiam :)

Agata Adelajda pisze...

Biblioteka szkolna była pierwszą biblioteką, w której się zakochałam i ta miłość została mi do dziś:)