Przejdź do głównej zawartości

Moje książkowe miejsca [Śląscy Blogerzy Książkowi]

Pierwsze miejsce, która kojarzy mi się z książkami, to dom. Każdy z kolejnych, w których mieszkałam, gościł też książki. 

Pierwsze wspomnienie związane z książkami to seanse czytania w łóżku, najczęściej podczas chorób atakujących mnie znienacka i nieustępliwie. Dla mnie był to cudowny czas, w którym Mama czytała mi i czytała. Podejrzewam, że Mamę zarówno moje choroby, jak i konieczność głośnego czytania nie zachwycała tak jak mnie:-) Z takiej choroby i czytania, które chwilami ustępowało innym obowiązkom, wynika fakt, że nauczyłam się czytać. I tak oto przechodzimy do drugiego książkowego miejsca.

Krzesło i lampa. Lampy zazdrościły mi wszystkie znajome dzieci. Zamontowana była na czymś na kształt sprężyny i dawała się opuszczać w dół do pewnej, wygodnej dla kilkulatki, granicy. Zasiadałam na krześle, ściągałam lampę i czytałam. Musiałam zabawnie wyglądać:-)

Trzecie miejsce, także związane z moim dzieciństwem, to księgarnia po drugiej strony ulicy. Nie pamiętam, żeby porażała wielkością sprzedawanych w niej książek, ale pamiętam, że tata w dzień wypłaty przynosił z tegoż przybytku wcześniej zamówione, odłożone książki. 

Księgozbiór budowany przez rodziców miałam tak bogaty, że nie korzystałam z bibliotek. Zaczęłam, gdy okazało się, iż w szkole, do jakiej dołączyłam w środku roku, panuje dziwny system wystawiania ocen z zachowania; nie mógł otrzymać "wzorowego" ten, kto nie miał odpowiedniej liczby wypożyczonych książek z biblioteki. Podkreślam słowo "wypożyczonych"... Trudno było mi znaleźć na regałach biblioteki szkolnej coś, czego nie miałam w domu. Gdy na kolejne pytania pani bibliotekarki odpowiadałam, wstydząc się coraz bardziej, "to czytałam", dostałam pozwolenie spacerowania między regałami i samodzielnego wybierania lektur. Ale i tak sam system mnie zniechęcał i cud jakiś, że owo zniechęcenie nie przełożyło się na biblioteki w ogóle.

Nie mam ulubionych książkowych miejsc. Kiedyś, gdy bywałam częściej w Warszawie, jeździłam do antykwariatu Pana Krzysztofa na Żoliborz. Dawno jednak już tam nie byłam. Czytam wszędzie: w autobusie, tramwaju, kolejce do lekarza, czasami nawet w drodze z biblioteki. Odkąd zaczęłam książek słuchać jestem z nimi jeszcze częściej; długotrwałe spacery z kijami i książką w uszach sprawiają mi wiele przyjemności. Czytam przy jedzeniu, przy gotowaniu,. nie mam cierpliwości, by oglądać filmów, bo czeka na mnie książka. Gdybym miała wannę czytałabym w wannie. Nie umiem tylko czytać przy stole, choć i to zweryfikowało życie, gdy okazało się, że książka, o przeczytaniu której marzę, jest w czytelni. Spędziłam tam dwa dni:-) Najchętniej w domu czytam na leżąco i w tym pokoju, w którym stoją regały z książkami. Lubię widzieć to, co już przeczytałam i to, co czytać jeszcze będę. Obecność książek sprawia, że wciąż mam nadzieję na dobre rzeczy w życiu. 


P.S. O bibliotekach juz pisałam i pisać pewnie będę jeszcze wielokrotnie - stąd ich śladowa obecność w tym tekście.

Komentarze

ktrya pisze…
Znam ten ból z bibliotekami szkolnymi. O ile w podstawówce początkowo wypożyczałam z biblioteki, bo nie byłam świadoma, że wiele z tych książek mam już w domu, o tyle potem był problem, bo jaka ze mnie oczytana osoba, skoro książek z biblioteki nie pożyczam. Jak w liceum powiedziałam bibliotekarce, że staram się unikać bibliotek, ponieważ mam masę nieprzeczytanych książek w domu, to się oburzyła, jak mogę propagować taką postawę, prowadzę bloga o książkach, a tu niechęć do bibliotek sieję... ;-) Tak więc ostatni dyplom za wzorowe czytelnictwo dostałam w 5. klasie, a potem wygrały priorytety...
Ja z dzieciństwa i wczesnej młodości pamiętam te same sytuacje - trudno było w bibliotece o pozycje, których nie czytałam, nie miałam czego wypożyczać, a trzeba było, żeby mieć wzorowe... chory system :/
Póki co nie muszę korzystać z bibliotek, mam tyle własnych nieprzeczytanych, że sama mogłabym otworzyć czytelnię:) W sumie to chyba niezły pomysł?
Pozdrawiam serdecznie!
mpoppins pisze…
No tak,dostało się bibliotekom szkolnym. Dziwny to system wystawiania ocen w powiązaniu z liczbą wypożyczonych książek.To raczej zniechęca i uczy cwaniactwa. Jest jednak druga strona medalu. Biblioteka skierowana jest do wszystkich uczniów, a nie czarujmy się, osób naprawdę czytających jest mały procent wśród dziatwy szkolnej.Biblioteka ma wyrobić nawyk czytania, jeśli uczeń nie wyniósł go z domu. Myślę, że stąd takie pomysły w szkole. Zapewniam Was, że nie wszędzie tak było i tak jest. Na pewno nie jest tak w jednej bibliotece, w której pracuję ja ;)
Moi czytelnicy pomagają mi uzupełniać księgozbiór i to oni doradzają co jest na topie, co warto przeczytać. Mam damsko-męskie doradztwo, więc myślę, że wspólnie potrafimy dopasować zbiory do czytelników. Gdyby jeszcze było więcej kasy, to byłaby pełnia szczęścia.Pozdrawiam szkolna bibliotekarka
Monika Badowska pisze…
Ktrya,
:-)

Karolina,
pomysł z czytelnią świetny:-)

Mpoppins,
pisałam o bibliotece z dzieciństwa, a że od dzieciństwa dzieli mnie całkiem sporo lat, to żywię nadzieję, że teraz jest inaczej. I nikt nie wiąże liczby wypożyczonych książek z oceną z zachowania; czytające dzieci widać na lekcjach, nie trzeba posiłkować się statystykami bibloteki, prawda? Poza tym - zawsze mnie intrygowało kto w szkole proponował taka transakcję; jakoś nie chce mi się wierzyć, że bibliotekarze;-)
Q pisze…
Ja w bibliotece szkolnej podstawówki do której chodziłem miażdżyłem wszystkich swoją statystyką. Kiedy najlepsza osoba w klasie miała do powiedzmy 6 wypożyczeń ja miałem ich 16 albo i więcej. A wszystko za sprawą prostego zabiegu. W mojej bibliotece były komiksy a ja czytałem ich na tony. Ale do bibliotecznej statystyki się zaliczały ;) Żeby nie było, czytałem też normalne rzeczy ale muszę przyznać, że były w mniejszości.
Co do patrzenia na książki i książek patrzących na mnie to mam to samo. Uwielbiam :)
Biblioteka szkolna była pierwszą biblioteką, w której się zakochałam i ta miłość została mi do dziś:)

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie

Od kilku dni zbieram się, by napisać o odejściu Amber. Jest mi trudno, odpycham ten czas, ale uznałam, że to będzie sposób na pewnego rodzaju domknięcie - tak mi bardzo potrzebne. Amber zamieszkała z nami 25 lipca 2019 roku. Wypatrzyłam ją na FB schroniska w Tomaszowie Mazowieckim, pojechaliśmy na wizytę zapoznawczą, a kilka dni później - już po nią. Ułożona w bagażniku na wygodnym materacu, przeczołgała się na tylne siedzenie i ułożyła na moich kolanach. Tak dojechaliśmy do domu. O początkach wspólnego życia przeczytacie TUTAJ  i TUTAJ . Gdy już nieco okrzepliśmy w codzienności z psem, a Amber - z ludźmi i kotami, pojawił się pomysł na wspólny jesienny wyjazd w Beskid Niski. Zanim to jednak się stało psica miała atak padaczki, co spowodowało, że wyjazd odwołaliśmy, wdrożyliśmy leczenie i od nowa zaczęliśmy oswajać z nami i wspólnym życiem zdezorientowanego chorobą psa. Udało się ustabilizować zawirowania zdrowotne i wówczas zaczęliśmy się cieszyć sobą wzajemnie już na 100%. Dopier...

Spacer po Sudetach, czyli kilka słów podsumowania.

Wyruszyłam ze Świeradowa Zdroju i z każdym krokiem oddalającym mnie od centrum i hałasu dobiegającego z okolicznych budów czułam się coraz lepiej. Cisza i pustka to zdecydowanie przestrzeń mi sprzyjająca. Oczy mi ciągnęło do błyszczących kamieni pod nogami, a całą sobą dostrajalam się do otaczającego mnie lasu. Im głębiej w Izery, tym więcej rowerzystów, ale urok Hali Izerskiej i obserwacja ludzi zajadających się popisowym daniem Chatki Górzystów nastrajały mnie bardzo pozytywnie. Gdy przy Stacji Turystycznej Orle okazało się, że będę spała w starym drewnianym domu, sama w wieloosobowym pokoju, uśmiechnęłam się szeroko. Obejrzałam wystawę, zjadłam niezbyt ciepłą acz smaczną zupę i zakończyłam długi dzień. Dzień kolejny okazał się być jeszcze dłuższy. W Jakuszycach o moje dobre nastawienie zadbała kawa w hotelowej restauracji i piękna droga przez las tuż za Jakuszycami. Karkonoski Park Narodowy rozpoczął się kaskada wodną, przy której można przycupnąć, by kupić bilet. Chwilę...

William P. Young. Chata.

Wydane przez Wydawnictwo Nowa Proza Od godziny krążę po domu zastanawiając się jakimi słowami przedstawić Wam "Chatę" tak, by nie uderzyć w nadmierny sentymentalizm i by - z drugiej strony - nie skrzywdzić powieści chłodnym, beznamiętnym opisem. Mackenzie Allen Phillips ma troje cudownych dzieci i niemniej cudowną żonę. Umiarkowanie wierzy w Boga, nienawidzi swojego ojca, jest lubiany i ma przyjaciół. Ostatni weekend wakacji postanawia spędzić z dziećmi nad jeziorem Wallowa. W dniu powrotu do domu dwoje starszych zdecydowało się popływać kajakiem i przewróciło się. Mackenzie wskoczył do wody, by ratować dzieci, podczas gdy mała Missy została przy biwakowym stole kolorując książeczkę. Gdy mężczyzna z dziećmi wyszedł z wody, Missy nie było. Poszukiwania, w które włączyła się policja i wszyscy biwakujący, dały straszny rezultat - dziewczynka padła ofiarą seryjnego zabójcy. W życiu  Mackenziego zapanował Wielki Smutek. A list, który dostał, tylko go rozwścieczył. List ...