24 marca 2010

Kazimierz Orłoś. Bez ciebie nie mogę żyć.

Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Autor w tekście zamieszczonym na okładce napisał o swoich opowiadaniach tak: (...) [literatura] umiera przecież bez narodzin, miłości, śmierci, wierności, niewierności i jeszcze - tak ważnych dla nas - wiary i nadziei".

Niestety, ja w opowiadaniach Kazimierza Orłosia nadziei nie widzę. Widzę agresywnego męża, który w zamroczeniu alkoholowym tak bardzo kocha żonę, że jedynie dźgnięty nożem przestaje jej wygrażać. Widzę dzieci odbierane ojcu, którego żona woli od rodzinnego domu towarzystwo pijanych meneli pod wiejskim sklepem. Widzę ojca i syna podczas spływu kajakowego poniżonych przez młodych osiłków o minimalnym wręcz intelekcie. Widzę kapusi, wiarołomną żonę tłumaczącą się, iż zdrada nie była zdradą a gwałtem i kobietę, która chcąc ukryć swojego syna przed policją oblewa mundurowych gorącą zupą.

Doceniam kunszt jakim cechuje się proza Orłosia. Jego opowiadania przypominały znane wszystkim z lektur szkolnych nowele pozytywistyczne. Jednak nie mogę już czytać - przynajmniej nie teraz - o tzw. biednych ludziach.

*   *   *

Dziś o 17 będę na spotkaniu z Kazimierzem Orłosiem. Ciekawa jestem tego spotkania.


*   *   *
Po spotkaniu:

Kazimierz Orłoś opowiedział zebranym o początkach swojej literackiej drogi, o kłopotach z cenzurą, o zapisie na jego nazwisko i tym, co zmieniło się w jego pisarskim życiu do roku 1990. Przeczytał trzy swoje opowiadania. Pytany o brak nadziei odpowiedział tak, że już wiem jak różne mogą być definicje "nadziei":) Ja uparcie postrzegałam wątki całościowo i nie widząc normalnej przyszłości (ktoś dociekliwy mógłby mnie przepytać, co przez to rozumiem) dla bohaterów opowiadań Orłosia, nie widziałam też nadziei. Autor  przekonywał mnie jednak, że choćby w tytułowym opowiadaniu, zapijaczony i agresywny mąż przychodząc po żonę do domu jej ojca miał nadzieję, że ona z nim pójdzie, a ona miała nadzieję, że jej mąż, zraniony przez ojca, żyje. Przyznacie - rozdźwięk między nadzieją Pana Orłosia, a moją jest kolosalny. Pytałam też o bohaterki kobiece, które albo są katowane przez mężów albo zostawiają mężów z dziećmi w ręku i oddają się rozpuście w towarzystwie wiejskich pijanic spod sklepu, albo są nieobecne. Pan Orłoś odrzekł, że on jest realistą i jeśli zarzuciłabym mu, iż takie kobiety nie istnieją to byłoby to dla niego powód do zmartwienia. Skoro jednak nie stawiam takiego zarzutu, to powinnam przyjąć, że on opisuje rzeczywistość taka jaką ona jest. Inaczej pisać nie umie.

Nie mogłam zostać do końca spotkania. Nie mam zatem autografu.

3 komentarze:

Inblanco pisze...

Ja bardzo lubię utwory Orłosia, chociaż rzeczywiście, nie są to tryskające optymizmem opowieści. Ale bardzo sobie cenię ten rodzaj melancholii, którą autor tak "nasącza" opowiadania.
Jeszcze nie czytałam najnowszego zbioru, ale nadrobię to w najbliższym czasie:)
Zazdroszczę spotkania:) Jak organizowali w Opolu,jakieś 2-3 lata temu, to ja jeszcze nie znałam prozy Orłosia i nie chciało mi się słuchać wynurzeń nieznanego mi autora.
Jak ja teraz żałuję, nawet nie masz pojęcia:)
Czekam więc z niecierpliwością na relację:)

Agnes pisze...

Zapytaj go o ten brak nadziei.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Inblanco,
pracuję z dziećmi z rodzin, które zatrważająco przypominają rodziny z opowiadań Kazimierza Orłosia. I codzienne obserwowanie tego, co z psychiką dzieci robią rodzice jest tak przejmujące, że nie jestem w stanie utrwalać sobie tego za pomocą literackich obrazów. Ale na spotkanie idę z wielką ciekawością, naprawdę:)

Agnes,
zapytam, a po spotkaniu postaram się streścić odpowiedź Autora.