31 marca 2010

Smak Słowa

Tydzień świąteczny zamierzam spędzić z książkami wydawnictwa Smak Słowa


Sana Krasikov. Jeszcze rok.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

W opowiadaniach Sany Krasikov nie ma szczęśliwych zakończeń. Jej bohaterowie to sfrustrowani emigranci, którzy próbują zerwać więzy łączące ich z minionym, ojczyźnianym, życiem, którzy próbują zapomnieć, ze nie urodzili się i nie dorastali w Stanach Zjednoczonych. Przepaść między ich dzieciństwem, a dorosłością nie ma jedynie wymiaru czasowego;  to przepaść wynikająca z mentalności, sytuacji politycznej, uwarunkowań społecznych.

Od pewnego czasu myślę intensywnie nad różnicami o jakich piszę wyżej. Kiedy w lutym krążyły po blogach łańcuszki z pytaniami zadano mi pytanie: „Dlaczego zaczęłaś czytać wręcz nałogowo, przecież jest tyle prostszych innych mediów które potrafią przynieść rozrywkę, a nie zajmują tyle przecież cennego czasu?” Uświadomiłam sobie wówczas, że dla mojego pokolenia nie było innych prostszych mediów, którym jako dzieci mogliśmy się oddać. Gdy czytałam książkę o „Tajemnicy człowieka z blizną” myśli o odmiennych doświadczeniach powróciły. Lektura tomu opowiadań „Jeszcze rok” nakłoniła mnie do ponownej zadumy.

Sana Krasikova, urodzona na Ukrainie, wychowana w Gruzji, mieszkająca w USA,  pozwala sądzić, że – przynajmniej w pewnej części – nieobce są jej rozterki jakie stają się udziałem bohaterów opowiadań. Bycie emigrantem, oprócz trudności czysto praktycznych, o których także wiele w „Jeszcze rok”, oznacza konieczność niezwykłej elastyczności – trzeba odciąć się od przeszłości, by nie blokowała ona wrastania w społeczność nowej ojczyzny, a jednocześnie nie odcinać się – bo czyż człowiek może być szczęśliwy bez świadomości korzeni?

Zastanawiająca lektura.

Elżbieta Zarych. Baśnie o szczęściu, nieszczęściu i o tym, co jest najważniejsze w życiu (loteria).

Wydane przez
Wydawnictwo WAM

Gdy byłam dzieckiem w moim domu pojawiła się książka. „Baśnie włoskie” miały pożółkłe kartki, twarde czarne okładki ozdobione wzorami w kolorze złota, nie miały grzbietu i były dla mnie najwierniejszą towarzyszką dzieciństwa.

Podobna estymą darzę baśnie zgromadzone i opracowane przez Elżbietę Zarych. Mam je już czas jakiś, podczytuję, niemalże głaszczę choć raz dziennie, z zachwytem podziwiam ilustracje i nieustannie pławię się w baśniowej atmosferze wędrując za bohaterami baśni przez cały świat.

Powrót do prostych prawd, do oczywistych przesłań, do dobra i zła wyraźnie rozdzielonego, wynagradzania i karania, miłości i przyjaźni, którym zbędny jest przydomek „szczera”, do natury, jedności człowieka ze światem zwierząt i przyrodą – tym wszystkim kuszą baśnie, do takiego świata zapraszają i choć nie obiecują tylko szczęśliwych rozwiązań, choć nie unikają trudnych tematów, ich urok pochłania, uzależnia, sprawia, że wiadomości telewizyjne stają się niestrawne, a rzeczywistość,  tylko pozornie ograniczona sztywnymi kartami okładki, otwiera przed nami nieskończony czas, nieskończoną przestrzeń i mądrość gromadzoną od wieków.
Pozostaję zauroczona, ba – uzależniona!

P.S. Autorka podzieliła baśnie według kontynentów, z których pochodzą, a każdy z nowych rozdziałów rozpoczyna kilkoma słowami komentarza nt. osadzenia terytorialnego przedstawionych baśni.

P.S. Posłuchajcie rozmów z Elżbietą Zarych: pierwsza, druga.

*   *   *

Zapraszam osoby chętne do otrzymania tomu baśni zebranych przez Elżbietę Zarych do zgłoszeń w komentarzach. Będzie mi miło poczytać o Waszych ulubionych baśniach. Losowanie odbędzie się w Poniedziałek Wielkanocny:)

Melissa Marr. Królowa lata.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Nastoletnia Aislinn na pierwszy rzut oka nie różni się od swoich rówieśników. Chodzi do szkoły, ma przyjaciółki, spotyka się z chłopakiem. I tylko jej babcia wie, że Aislinn jest Widzącą, tak jak ona i matka dziewczyny. Kobiety widzą wróżki ukrywające się przed spojrzeniami innych śmiertelników. Ponieważ nie jest to bajka  - wróżki nie są przyjaznymi, pełnymi opiekuńczości i troski wobec ludzi istotami, są tymi, których należy się wystrzegać i przed którymi należy czuć uzasadniony lęk.

Keenan, Król Lata, od wieków bezskutecznie poszukuje swojej królowej. Kolejne dziewczyny uwiedzione jego czarem staja się Pannami Zimy – zmienione w taką postać przez bezwzględną matkę Keenana, Królową Zimy.

Fala mody na zasiedlające literaturę młodzieżową postacie żyjące dotychczas tylko w bajkach dla dzieci rozlewa się coraz szerzej i znajduje rzeszę czytelników. Najwyraźniej wielu z nas potrzebuje ukrytej w takich opowieściach magii; odchodzimy od monstrów stworzonych przez oszalałych geniuszy, a powracamy do dawnych legend. Oczywiście prekursorem był Tolkien, ale po nim długo panowała cisza, a gdy teraz, u progu XXI wieku, okazuje się, że człowiek potrzebuje w coś wierzyć, a Bóg traktowany jest jak drobnomieszczańska skaza, ludzie szukają czegoś innego, w co mogliby wierzyć.

Być może strzelam z armaty do muchy doszukując się z tematyce literatury młodzieżowej tak głębokich kontekstów. Ale przyznacie - coś jest na rzeczy…

30 marca 2010

Izabela Szolc. Naga.

Wydane przez
Wydawnictwo AMEA

Izabela Szolc odmienia kobiety przez wszelkie przypadki i określenia. Dokłada do neutralnego (przynajmniej w założeniu) określenia „kobieta” określenia: wdowa, dziwka, kochanka, zgwałcona, córka, matka, samotna, transs, święta. Opisuje kobiece losy, postacie znane szeroko i jednocześnie nieznane oraz nikomu nie znane, a jednocześnie podobne wielu innym kobietom.

Każda z bohaterek opowiadań Izabeli Szolc skupia się na sobie, dokonuje procesu wiwisekcyjnego na własnych doświadczeniach, a pokazując emocje pozwalają czytelniczkom utożsamiać się z nimi, znajdować w ich przeżyciach coś, co stać się mogło udziałem kobiet czytających teksty zgromadzone w tomie „Naga”.

Moją uwagę szczególnie przykuły opowieści o kobietach znanych z historii – wdowia relacja Marii Curie-Skłodowskiej i relacja o Oblubieńcu Świętej Teresy z Avila. Podkreślenie cech kobiecych badaczki i świętej sprawia, że staja się one bardziej ludzkie, a ich doznania łatwiejsze do oswojenia w myślach.

Pisanie Izabeli Szolc jest twarde, bezkompromisowe. Autorka bez sztucznego wstydu sięga po tematykę omijana przez grzeczną literaturę, przez ugładzone pisma; „Naga” jest kolczasta w wymowie i (nad)szczera w lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z prozą Izabeli Szolc. Zadbam o to, by były kolejne.

SFFiH nr 54.


Lektura kwietniowego numeru SFFiH pochłoneła mnie na całe popołudnie. Z zainteresowaniem przeczytałam  wymianę opinii Panów Krzysztofa Sokołowskiego i Jarosława Grzędowicza, prześledziłam listy utworów startujących po nagrodę Nautilius 2009 i popadłam w teksty zamieszczone w piśmie.

"Autodafe" Pawła Kornewa zmroziło mnie nie tylko porą roku w jakiej osadzona jest akcja opowiadania, "ABC Zwycięzca" Aleksandra Kusza skłoniło do myślenia nad kobiecą naturą, "Święty z Issyk-Kul" Marcina Wełnickiego dał powód do rozważań o przyczynach epidemii, "Diabeł z Zasławia" Adama Adilewa burzący schematy pracy KGB razbawił. Urządzenie alarmowe opisane przez Magdalenę Wojtalewicz w opowiadaniu "S.T.R.A.H." wydawało mi się tak rzeczywiste, jak bohaterce tegoż opowiadania doświadczenia będące wynikiem eksperymentu.

Owsiana panienka

Wybaczcie - może to monotematyczne - ale nie mogę się powstrzymać:)

Szykujemy się do dalekiej podróży - odezwiemy się, gdy dotrzemy na miejsce:)

Steve Feasey. Wilkołak. Dlaczego ja?

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Trey Laporte, wychowanek domu dziecka, budzi się w swoim pokoju, który jednak w niczym nie przypomina zadbanej, nieco bezosobowej sypialni – pokój jest zdemolowany, ubrania chłopaka zniszczone, a on sam czuje się poobijany. Tego samego dnia pojawia się ktoś, kto – podając się za wuja chłopca – zabiera go z sierocińca do swego domu i oznajmia zszokowanemu Treyowi, iż chłopak jest czystej krwi wilkołakiem. Wilkołakiem, którego istnienie zagraża potężnemu wampirowi.

Nie da się nie zauważyć w książce Steve’a Feasey’a inspiracji najsłynniejszym współczesnym cyklem o chłopcu sierocie, czyli o Harrym Potterze. Zbieżność fabuły jest aż nadto oczywista i niestety zamiast pozwolić swobodnie poznawać przygody Treya w nieznanym mu świecie, kieruje uwagę czytelnika na porównywanie historii obydwu bohaterów.

Ciekawe, czy Autor w kolejnych tomach opowieści o wilkołaku poprowadzi Treya oryginalna ścieżką literacką.

29 marca 2010

Anne Fadiman. W ogóle i w szczególe. Eseje poufałe.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Cudowną cechą pisania Anne Fadiman jest to, że Autorka pisze do czytelników jakby byli jej dobrymi znajomymi, nadając swoim przenoszonym na papier słowom nutkę familiarności. Nie dziwi zatem – wobec takiego stylu pisarskiego – podtytuł książki, w której Anne Fadiman (jak tłumaczy w „Przedmowie”) chce złożyć hołd zapomnianej formie literackiej -  esejom poufałym i zawalczyć o ich docenienie.

Autorka przywołuje w kolejnych esejach Dickensa, Nabokova, Lamba, Stefanssona, którzy oprócz pisania zajmowali się rzeczami, które fascynują także Faidman. Nie unika również tematyki bardziej osobistej – w tekście zatytułowanym „Poczta”, wychodząc od uzależnienia swego ojca i swojego od przesyłek pocztowych, dokonuje przeglądu historii poczty włącznie ze współczesnym sposobem słania listów, czyli pocztą elektroniczną. Esej „Z życia sów” mówiący o różnicach w funkcjonowaniu w ciągu doby ludzi, uświadomił mi, że nie należę ani do „skowronków”, ani do „sów”, tylko do tak zwanych przeciętnych (jest ich ośmioro na dziesięć osób), dla których optymalną porą wstawania jest 7:30. Tekst o przeprowadzkach rozbawił mnie do łez, bo chyba każdy kto kiedykolwiek się przeprowadzał, zna bolączki i zachwyty tego stanu, a po odpowiednim od przeprowadzki czasie umie się z tego śmiać.

Znajdziemy tu eseje o znaczeniu flagi narodowej, o kawie, podróżach arktycznych i wojnach kulturowych. Zapewne każdy z czytelników odnajdzie w pisaniu Anne Fadiman coś dla siebie.

Cieszę się, że miałam okazję przeczytać Ex libris tej Autorki i zauroczona lekturą sięgnęłam po kolejną jej książkę. Prawdziwa uczta!

*   *   *

Melissa De La Cruz. Błękitnokrwiści. Tom 1.

Wydane przez
Wydawnictwo Jaguar

Nowy Jork. Olbrzymie wpływy i równie wielkie pieniądze. Szkoła dla bogatych dzieciaków, które płacą wiele, by wyglądać jakby ich ubrania były bardzo podniszczone, a oni sami albo lekko zużyci życiem albo – i tu raczej mowa o dziewczętach – jakby wyszły prosto z salonu kompleksowej odnowy biologicznej połączonego z garderobą nasyconą ciuchami od najlepszych projektantów. Gdy jedna z nastolatek umiera powstaje medialny szum, a sporo jej koleżanek dostaje zaproszenia na spotkanie Nowojorskiego Komitetu Banku Krwi. Wśród nich jest Schuyler, odstająca od innych uczniów zachowaniem, strojem i upodobaniami dziewczyna wychowywana przez babkę. Spotkanie przynosi rewolucyjną zmianę z życiu Schuyler – dowiaduje się, że jest wampirem. Wampirem jak najbogatsi i najbardziej wpływowi mieszkańcy Nowego Jorku, niektórzy  jej kolegów i koleżanek…

Autorce  nie sposób odmówić umiejętności zgrabnego pisania. Ani się spostrzegłam, gdy już zaangażowałam się w doświadczenia Schuyler, w jej przyjaźń z Oliverem, próby zrozumienia swego dziedzictwa i przeszłości rodu. Bohaterka, pozostająca w opozycji do młodych bogatych i uważających, że te dwie cechy dają im prawo do wywyższania się ponad innych, uważa, że warto czerpać z przeszłości, że nie tylko teraźniejszość się liczy.

Powieść o Błękitnokrwistych przeniosła mnie w miły, ekskluzywny świat wampirów. Świat fascynujący na tyle, by z przyjemnością sięgnąć po kolejny tom opowieści, którą Wydawnictwo zapowiada na maj.

P.S. Blog poświęcony serii.

28 marca 2010

David Almond. Skrzydlak.

Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Warto zacząć od informacji, że w połowie marca David Almond został laureatem Nagrody im. Hansa Christiana Andersena zwanej Małym Noblem. I od tego, że na podstawie "Skrzydlaka" zrealizowano przedstawienie teatralne, operę i film

Michael przeprowadza się wraz z rodzicami do nowego domu. Dom wymaga wiele zmian i kiedy wszyscy pracują chłopiec odkrywa w zaniedbanym ogrodzie altanę podupadłą ze starości. Gdy mimo ostrzeżeń taty wchodzi do chwiejącej się budowli znajduje w niej Osobę - zniszczonego, wychudłego, owiniętego pajęczynami mężczyznę. W tym samym czasie na świat przychodzi - nieco zbyt wcześnie - siostra Michaela, a jego rodzice zaczynają spędzać z Małą coraz więcej czasu w szpitalu. Nowe miejsce jest okazją do nowych znajomości - Michael poznaje Minę, rówieśniczkę z sąsiedztwa.

Choroba Małej, obecność Skrzydlaka i przyjaźń z Miną splatają się w dziwną i niesamowitą codzienność chłopca. Dzięki Minie zgłębia świat zwierząt, dowiaduje się o rzeczach, których nie poznałby w szkole (dziewczynka uczy się w domu, z mamą), wystawia na próbę zaufanie, miłość, wiarę.

"Skrzydlak" to dziwna opowieść - wieloznaczna, z poukrywanymi wśród treści znaczeniami, nad którymi zastanowiłby się niejeden dorosły. Czy zatem jest to książka dla dzieci? Myślę, że tak, że David Almond stworzył literaturę nieograniczoną wiekiem czytelnika, napisał opowieść (aż chciałoby się powiedzieć, że spisał opowieść wyszeptana przez sowy, kosy lub koty), której znaczenie uzależnione jest wyjątkowo silnie od czytelnika, od tego, ile z przekazanych przez Autora słów czytelnik będzie chciał zrozumieć, ile do siebie dopuścić, w ile uwierzyć.

"Skrzydlak" jest opowieścią magiczną zachęcającą do tego, by wierzyć. W Kogo? W Co? Zdecydujecie sami.

Anna Walenciak-Topiłko. Głos jako narzędzie.

Wydane przez
Wydawnictwo Harmonia

Autorka będąca między innymi Kierownikiem Podyplomowego Studium Emisji i Higieny Głosu UG w swojej książce wyjaśnia jak powstaje głos, omawia zaburzenia głosu, ostrzega przed niewłaściwym z głosu korzystaniem i lekceważeniem niepokojących objawów, radzi jak o głos - narzędzie komunikacji, a dla wielu pracy - dbać i dzieli się szeregiem ciekawych, a zarazem sprawdzonych ćwiczeń przygotowujących do prawidłowej pracy głosem.

Przyznam szczerze, że część opisującą fizjologię powstawania głosu potraktowałam po macoszemu, gdyż opisy wszelkich wnętrzności człowieczych budzą we mnie obrzydzenie. Ale za to rozsmakowałam się we wspomnianych powyżej ćwiczeniach. Bo jakże się w nich nie rozsmakować, gdy ćwicząc poprawna wymowę głoski "e" mamy powtarzać: "Elokwentna Ewelina epatuje emocjami Ekwadorczyków", a dbając o właściwe wymawianie "y" powinniśmy odczytywać "Pyszałkowaty pyszczek pysznił się wybitnymi wynikami, ryzykownie prychając". Nie mniej urocze są wierszowane tekściki"

"Cia, cie, ci
ciepło mi;
uciu, eci,
bocian leci; 
być, boć, bać
mało płać!"

Nie będę już cytowała "Śniącego śledzia", "Sennego blefu", czy "Czekolady z czosnkiem", bo przekonana jestem, iż już po tym, co przytoczyłam przekonaliście się, że uświadomienie sobie roli głosu i dobrej nim pracy może przynieść miłą i zabawną konieczność ćwiczeń.

Dobrze, że trafiłam na te książkę - zaczynam ćwiczyć!

Michael Skakun. Scenariusz ocalenia.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Józef Skakun to nowogródzki Żyd. W przedziwny sposób udało mu się uniknąć zagłady jaka rękoma Niemców spadła na jemu najbliższych, a także na wszystkich Żydów w Europie. Zmieniając tożsamość uciekał przed śmiercią, lecz w tej walce o własne życie zmagał się wciąż, codziennie od nowa, ze strachem, lękiem, osamotnieniem, wyobcowaniem. Historia Józefa nosi znamiona historii prawdziwie tragicznej - zaprzeczając własnemu pochodzeniu nauczył się jak być muzułmaninem, a bojąc się, że ktoś odkryje mistyfikację, musiał zdecydować o wstąpieniu do Waffen SS.

Józef bał się, że jego pochodzenie zdradzą słowa, że majaki senne obudzą czujność współlokatorów, unikał osób, które znał zanim stał się Stefanem Osmanowem nawet jeśli spotkanie z tymi osobami mogło mu przynieść wiedzę o życiu lub śmierci bliskich. Wiedział, że nie może się zakochać, że nie może uznać nikogo za przyjaciela godnego zwierzeń.

Podziwiam Józefa i jednocześnie głęboko zastanawiam się na tym, co pozwoliło mu przeżyć, znaleźć siłę by dokonać tego, czego dokonał. Współczuję mu owego tragicznego wyboru między śmiercią, a zdradą zamordowanych bliskich.Współczuję tym bardziej, że Józef Skakun nie uwolnił się od przeszłości już nigdy. Swojemu synowi powiedział: "przeszłość to taki kraj, z którego człowiek nie może wyemigrować".

Opowiadający historię ojca, Michael Skakun, osadza ją w kontekście historyczno-kulturowym, przedstawia poglądy ówczesnych rządzących, podkreśla bestialstwo świata, który w spokoju kibicował nazistom w czyszczeniu Europy z Żydów.

"Scenariusz ocalenia" to książka przejmująca, przekazująca olbrzymi ładunek emocji w spokojny wyważony sposób. Sposób, który sprawia, że wydarzenia jakie stały się udziałem Józefa Skakuna, zapadają mocno w pamięć.

Wpis niedzielny

Wraz z przybyciem wiosny wrócił mi zapał do książek. Od piątku nic tylko czytam, czytam... Skutek tego taki, że na zrecenzowanie czekają:
Zbliża się pierwszy dzień kolejnego miesiąca, czyli dzień, w którym można wyrazić chęć przygarnięcia książki jaką zaproponuję:) Tym razem zachęta do udziału w loterii pojawi się w ostatni dzień miesiąca, 31 marca - zapraszam!
*   *   *
Pod koniec lutego, podczas spotkania autorskiego Katarzyny Enerlich, wydarzyło się coś szczególnie dla mnie miłego - od jednej z Pań obecnych na spotkaniu, Pani, która podczytuje dokonania lokalnego Dyskusyjnego Klubu Książki i która przez stronę klubu dotarła do mojego bloga, dostałam w prezencie robione przez nią kartki wielkanocne. Nie byłam w stanie się z nimi rozstać, nie powędrowały zatem do nikogo, a z dopisaną ołówkiem datą na odwrocie trafiły do mojej szuflady na skarby. Dziękuję Pani przepięknie za pamięć i serdecznie pozdrawiam :)

*   *   *
Od pewnego czasu podczytuję informacje o targach książki w Warszawie. O dwóch konkurencyjnych imprezach. Uważam, że im większa konkurencja tym lepiej, ale dlaczego terminy spotkań targowych są tak od siebie nieodległe? Piszę z punktu widzenia maniaka książkowego, czyli punktu widzenia ściśle egoistycznego, i nie mogę oprzeć się przekonaniu, że oddalenie w czasie imprez książkowych wyszło by na dobre wszystkim zainteresowanym. A jaka jest Wasza opinia?

Artykuł w Gazecie
Warszawskie Targi Książki
Ars Polona

P.S. Swoją drogą rok temu trudno było znaleźć na stronie Ars Polony informacje o targach, a teraz proszę - są na głównej stronie;)

Półkowniczka

27 marca 2010

Duży Mały Misiu

Nusia ostatnio jakby urosła. Staje się z postrzelonego wariatuńcia stateczną kotką - przecież w maju będzie obchodziła swoje drugie urodziny. Śpi jakby coraz więcej, przez ostatnich kilka nocy nie wymuszała zabawy sznureczkiem. Nadal chętnie podróżuje na moim ramieniu, tylko coraz bardziej z tego ramienia wystaje. Gdy kładzie się na moich nogach nocą wyraźnie odczuwam, że to ona, a nie na przykład Sisi. Jest wyższa od Sisi i Gusi, bardziej zbita w sobie, ale gdy stanie na dwóch łapkach przy drapaku, to ho ho ho...

Gdy dwa dni temu Nusia położyła się na stoliku, który spokojnie mieści szachownicę i który pozwala na grę standardowej wielkości szachami, dostrzegliśmy jaki nasz Mały Misiu jest duży.
Nusia z racji swojej wielkości zaczyna podejmować próby zdominowania stada. Kilka dni temu stoczyła walkę z Sisi, i to taką, że obydwie kwiczały przeraźliwie, ale żadna nie chciała ustąpić. Wczoraj za to Nusia - po raz pierwszy - ułożyła się do spania na bocianim gnieździe (Sisi położyła się na półce pod bocianim gniazdem, a gdy tylko Nusia z niego zeszła zajęła jej miejsce). Okazuje się, że Nusinka mieści się na wysoko umiejscowionym legowisku, ale tak jakby nie całkiem;)

P.S.1. Nusia dwie noce temu spała w szafce z ubraniami. Miauczała rozpaczliwie przed szafką, a gdy jej ją otworzyłam wskoczyła i spędziła tam całą noc. Z. chciał w nocy szafkę zamknąć, ale z wewnątrz wydobyło się takie mruczenie, że od razu wiedział, iż zamykać szafki nie można, gdyż zasiedł ją Mały Misiu:)

P.S.2. A skoro mowa o bocianim gnieździe - bociany mające gniazdo niedaleko nas odleciały 18 sierpnia 2009 roku i wróciły 25 marca 2010:)

26 marca 2010

Danuta Noszczyńska. Mogło być gorzej.

Wydane przez
Wydawnictwo Philip Wilson

Książka Danuty Noszczyńskiej "Mogło być gorzej" opisuje życie trzydziestokilkuletniej Julii, matki dwóch córek, żony męża wyjeżdżającego do pracy za granicę i pracownicy domu kultury. Nowy szef torpeduje dotychczasowe dokonania Julii i jej koleżanek, nastoletnia córka buntuje się, bo takie jest prawo nastolatek, młodsza córka popada w dewocję, a Jackowi ktoś śle sms-y o niepokojącym zachowaniu jego żony.

Świat kobiety próbującej pogodzić pracę i życie opisany jest w ciepły, acz humorystyczny sposób. Autorka ma zdolność przeobrażania codzienności, która z racji szaleńczego pędu w jaki musi popaść bohaterka by sprostać wszelkim czekającym ją zadaniom, może być irytująca, w opowieść o dużej dawce ironii i dającą możliwość miłego i nie bezmyślnego spędzenia czasu.

Julia skojarzyła mi się z widzianą gdzieś uwspółcześnioną boginią o wielu rękach - sprząta, gotuje, dogląda królika podrzuconego na wieczne nieoddanie przez przyjaciółkę, której ów królik zjadł fragment pracy doktorskiej, tłumaczy się w szkole Antosi z alkoholizmu męża, który jako żywo alkoholikiem nie jest, opracowuje z dziećmi nową sztukę teatralną tłumacząc, że inny nie musi znaczyć gej lub Murzyn, wzrusza się albumem o rodzinie zrobionym przez młodsze dziecko, w panicznym pędzie porządkuje mieszkanie przed przyjazdem matki, w balowej sukni próbuje dociec przyczyny nieruchawości auta... Julia podobna jest do wielu z nas - zabieganych, z pasjami, rodziną, pracą, z tym wszystkim co robimy i co jeszcze chciałybyśmy zrobić. I pewnie dlatego obudziła moją wielką sympatię.

Spróbuję innych książek Danuty Noszczyńskiej - dobrze napisana (dobrym językiem) książka zapewniająca lekkie popołudnie jest lekturą, którą zawsze warto mieć pod ręką, na wypadek trudnego dnia.

P.S. Tu można pobrać fragment.

Frederick Copleston. Historia filozofii. Tom 3. Tom 10.


Wydane przez
Instytut Wydawniczy PAX


Frederick Copleston (1907-1994) to jezuita, historyk filozofii, autor jednej z najbardziej cenionych historii filozofii. Znany jest również z tego, że w roku 1948 wziął udział w debacie z Bertrandem Russellem emitowanej przez Radio BBC (tu jest link do zapisu tej debaty, a także do nagrania: tekst oraz nagranie są w języku angielskim; mam tę debatę wydrukowaną po polsku, ale strony, na której znalazłam zapis już nie ma).

"Historia filozofii" Coplestona to znakomite dzieło. Ważne, że Copleston objął całość historii filozofii, przy czym chodzi oczywiście o filozofię Zachodu - zaczął od Grecji i Rzymu, a zakończył na pozytywizmie logicznym i egzystencjalizmie. Bardzo lubię Coplestona, cenię jego klarowny styl, podziwiam ogromną erudycję, a znam tego autora nie tylko z "Historii filozofii" ale też z książki "Religia i filozofia" (PAX 1978). Copleston, poza wszystkimi atutami, w swojej "Historii filozofii" robi kapitalne wstępy i pisze różne inne dodatki. Najbardziej lubię wstęp do czwartego tomu, poświęconego Kartezjuszowi, Spinozie i Leibnizowi, w którym omawia postacie najsłynniejszych przedstawicieli filozofii racjonalistycznej, ale nie tylko, bo rysuje szerokie tło tamtych czasów, nawiązując do odpowiednich kontekstów z przeszłości, no. do myśli scholastycznej. W trzecim tomie z kolei - "Od Ockhama do Suareza" - Copleston na początku daje świetne wprowadzenie pisząc o wiekach trzynastym i czternastym, a także o filozofii renesansu, na końcu natomiast robi znakomity przegląd trzech pierwszych tomów. Z tych niejako dodatkowych tekstów Coplestona, które opublikował we wszystkich tomach swojego dzieła, można złożyć świetną książkę :-)


W trzecim tomie  centralna postacią jest dla mnie Ockham, którego Copleston przedstawia na prawie 70 stronach bardzo ciasnego druku - daje to niejakie pojęcie o tym, jak rzetelnie autor wykonał swoje zadanie. Co prawda Giovanni Reale w drugim tomie swojego dzieła Platonowi i Arystotelesowi poświęca prawie 600 stron, jednakże Reale napisał historię filozofii starożytnej.

Dziesiąty tom Coplestona to wielka gratka, bowiem poświęcony jest filozofii rosyjskiej, która z pewnością jest zapoznana, na co złożyło się mnóstwo przyczyn. Copleston pisze o Dostojewskim, Bierdiajewie, o Szestowie, prezentuje marksizm omawiając sylwetki m.in. Plechanowa i Lenina, a także przedstawiając rozwój, czy raczej upadek marksizmu w Związku Sowieckim.

W zakończeniu przedmowy do tomu dziesiątego, Copleston pisze takie zdanie: "Autor żywi z pewnością nadzieję, że dojdzie do całkowitego ustanowienia w Związku Radzieckim wolności wyrazu myśli filozoficznej". Biorąc pod uwagę fakt, że tom powstawał na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, z pewnością trzeba docenić intuicję Coplestona, bowiem w tamtych czasach niewielu było ludzi mających podobną intuicję, czy może - jak napisał Copleston - nadzieję.

*   *   *

W drodze do pracy można czasami spotkać...

...czołg.

25 marca 2010

Żyjemy...

i radośnie witamy coraz to mocniej rozsłonecznione dni. Kociaste wygrzewają się na parapetach, mają dodatkową energię, Sisi pyta gdzie owies (poprzedni zwiądł, a nowy rośnie), Nusia oznajmia, że idzie w świat jeśli nie zagramy z nią w pingponga dwa razy dziennie, Gusia uznała, że codziennie powinien być weekend i ładuje mi się na kolana gdzie tylko przysiądę, Sisi dotyka nosem do mojego nosa codziennie o 5:55, a Nusia tańcuje na swoich krzywiutkich nóżkach każdego ranka zmuszając mnie do ekwilibrystyki, o którą o 6:06 raczej trudno.

Niedługo przerwa świąteczna, podróż i spotkanie rodzinne. Ciekawe kto będzie cieszył się bardziej: Helenka z Nusi, czy Nusia z Helenki;)
Pomyślałam własnie, że zdjęcia przeczą temu, co napisałam;)))

Alasdair MacIntyre. Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność?

Wydane przez
Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne

W książce "Trzy antagonistyczne wersje dociekań moralnych" MacIntyre opisał trzy tradycje podejścia do dociekań moralnych: tomizm, tradycję encyklopedii oraz tradycję genealogii. Autor opowiedział się za tomizmem i szczegółowo wyjaśnił swój wybór. Wcześniej MacIntyre opublikował książkę "Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność?". W tej książce z kolei, pokazując idee dotyczące sprawiedliwości oraz racjonalności, opisuje cztery tradycje. Pierwszą jest tradycja wywodząca się od Homera i Arystotelesa, poprzez myślicieli arabskich oraz żydowskich, obejmująca św. Alberta i św. Tomasza z Akwinu. Tradycja druga wiedze od Biblii, poprzez Augustyna i także dociera do Tomasza. Trzecia tradycja ma swoje źródła w szkockim Oświeceniu. I wreszcie tradycja czwarta - liberalizm.

Mówiąc najogólniej, MacIntyre'owi chodzi o to, że każda z tych tradycji ma swój własny aparat pojęciowy, swoje kryteria, swoje rozumienie tego, czym jest racjonalność itd. - każda z tych tradycji jest wielką narracją. Kłopot polega na tym, że te wszystkie tradycje nie mogą się porozumieć, chociażby dlatego, że każda z nich inaczej zdefiniuje warunki skutecznego dialogu. MacItyre szuka co prawda możliwości takiego porozumienia, ale czy znajduje, to nie wiem :-) Trudno jest opowiedzieć precyzyjnie, o czym jest ta książka, bo to dzieło obszerne, a poza tym, autor prezentuje niesłychaną erudycję i myslę, że każdy znajdzie tam rzeczy, o których nie wiedział. Zanim MacIntyre dojdzie do Hume'a, to pisze tyle na temat szkockicj myślicieli, że materiału wystarczyłoby na całe semestr wykładów :-)

Pisarz ma świetny warsztat, znakomite pióro. Potrafi w kilkunastu słowach zawrzeć mnóstwo treści. Pisze na przykład: "Najważniejszym składnikiem porządku liberalnego jest poszukiwanie rozwiązań konfliktów nie w ramach samych tych debat, ale w werdyktach, na których opiera się cały system prawny. Kapłanami liberalizmu są prawnicy, a nie filozofowie".

Bardzo lubię MacIntyre'a, niezależnie od tego, czy chcę przyklasnąć jego tezom, czy też się z nim pokłócić :-)
 

24 marca 2010

Kazimierz Orłoś. Bez ciebie nie mogę żyć.

Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Autor w tekście zamieszczonym na okładce napisał o swoich opowiadaniach tak: (...) [literatura] umiera przecież bez narodzin, miłości, śmierci, wierności, niewierności i jeszcze - tak ważnych dla nas - wiary i nadziei".

Niestety, ja w opowiadaniach Kazimierza Orłosia nadziei nie widzę. Widzę agresywnego męża, który w zamroczeniu alkoholowym tak bardzo kocha żonę, że jedynie dźgnięty nożem przestaje jej wygrażać. Widzę dzieci odbierane ojcu, którego żona woli od rodzinnego domu towarzystwo pijanych meneli pod wiejskim sklepem. Widzę ojca i syna podczas spływu kajakowego poniżonych przez młodych osiłków o minimalnym wręcz intelekcie. Widzę kapusi, wiarołomną żonę tłumaczącą się, iż zdrada nie była zdradą a gwałtem i kobietę, która chcąc ukryć swojego syna przed policją oblewa mundurowych gorącą zupą.

Doceniam kunszt jakim cechuje się proza Orłosia. Jego opowiadania przypominały znane wszystkim z lektur szkolnych nowele pozytywistyczne. Jednak nie mogę już czytać - przynajmniej nie teraz - o tzw. biednych ludziach.

*   *   *

Dziś o 17 będę na spotkaniu z Kazimierzem Orłosiem. Ciekawa jestem tego spotkania.


*   *   *
Po spotkaniu:

Kazimierz Orłoś opowiedział zebranym o początkach swojej literackiej drogi, o kłopotach z cenzurą, o zapisie na jego nazwisko i tym, co zmieniło się w jego pisarskim życiu do roku 1990. Przeczytał trzy swoje opowiadania. Pytany o brak nadziei odpowiedział tak, że już wiem jak różne mogą być definicje "nadziei":) Ja uparcie postrzegałam wątki całościowo i nie widząc normalnej przyszłości (ktoś dociekliwy mógłby mnie przepytać, co przez to rozumiem) dla bohaterów opowiadań Orłosia, nie widziałam też nadziei. Autor  przekonywał mnie jednak, że choćby w tytułowym opowiadaniu, zapijaczony i agresywny mąż przychodząc po żonę do domu jej ojca miał nadzieję, że ona z nim pójdzie, a ona miała nadzieję, że jej mąż, zraniony przez ojca, żyje. Przyznacie - rozdźwięk między nadzieją Pana Orłosia, a moją jest kolosalny. Pytałam też o bohaterki kobiece, które albo są katowane przez mężów albo zostawiają mężów z dziećmi w ręku i oddają się rozpuście w towarzystwie wiejskich pijanic spod sklepu, albo są nieobecne. Pan Orłoś odrzekł, że on jest realistą i jeśli zarzuciłabym mu, iż takie kobiety nie istnieją to byłoby to dla niego powód do zmartwienia. Skoro jednak nie stawiam takiego zarzutu, to powinnam przyjąć, że on opisuje rzeczywistość taka jaką ona jest. Inaczej pisać nie umie.

Nie mogłam zostać do końca spotkania. Nie mam zatem autografu.

Patrick Carman. Dolina szkieletów.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Miasteczko, które niegdyś nazywało się Linkford od 1959 roku zwane jest Doliną Szkieletów. Dlaczego zmieniono nazwę? Te i inne zagadki związane ze złotem, duchami, śmiercią i diagramem alchemika próbują rozwikłać Sarah i Rayan. O ile namiętnością chłopaka jest zapisywanie wszystkiego, próby przekuwania codzienności w opowiadania, to już Sarah zauroczona jest filmowaniem i tym jakie kamera otwiera możliwości.

Książka przybiera postać dziennika Ryana, w którym chłopiec notuje wszelkie informacje nt interesujących Sarah i jego zdarzeń, hasła do filmów jakie jego przyjaciółka publikuje w sieci na stronie dolinaszkieletow.pl oraz swoje obawy, wątpliwości, lęki związane z odkrywaną tajemnicą.

Dopełnieniem książki jest wspomniana strona internetowa i filmy na niej zamieszczone. To interesujący pomysł, choć dla mnie – zdecydowanie nie będącej targetem tego typu multimedialnych projektów – dość karkołomny. Ja, staroświecko kochająca książki, lubię by słowami budowano nastrój w powieści. Młodsi czytelnicy – przyzwyczajeni do wszechobecnej komunikacji medialnej – z pewnością docenią pomysł Autora i z niecierpliwością czekać będą na kolejną książkę Patricka Carmana.

P.S. Bardzo podoba mi się graficzna strona książki.

23 marca 2010

François Euvé. Darwin i chrześcijaństwo.


Wydane przez
Wydawnictwo WAM

Po tytule wydawać by się mogło, że jest to książka o relacji między darwinizmem i chrześcijaństwem i François Euvé rzeczywiście pisze na ten temat, ale moim zdaniem nie jest to temat główny. Autor przede wszystkim przystępnie przedstawia główne idee teorii ewolucji w wydaniu darwinowskim, przypominając przy okazji intuicje innych ludzi dotyczące ewolucji, w tym przede wszystkim ideę Lamarcka. Euvé daje nam świetny referat na temat tego, jak teoria ewolucji była przyjmowana w czasach Darwina i później, przedstawia nam także sylwetkę samego Karola Darwina, często sięgając po fragmenty jego pism.

To, jak Euvé przedstawił Darwina, a przede wszystkim fragmenty tekstów brytyjskiego uczonego, mogą być dużą niespodzianką dla tych, którzy dzieło Darwina znają jedynie z drugiej, albo nawet trzeciej ręki, czyli z gazet, z dyskusji prowadzonych w Internecie i, niestety, ze szkoły.

Euvé porusza wiele fundamentalnych kwestii. Przytacza zarzuty stawiane darwinowskiej teorii ewolucji i znakomicie odpiera te, które są niezasadne - stwierdza np., że zarzut polegający na tym, iż Darwin nie wyjaśnia pochodzenia życia, jest zarzutem skierowanym pod złym adresem. Kolejnym ważkim tematem jest kwestia tego, jak rozumie się ewolucję. Euvé pokazuje, że wielu ludzi terminów "ewolucja" i "postęp" używa zamiennie, co jest błędem. I tu idzie cytata ze Stephena Jaya Goulda, ikony ewolucjonizmu: "Postęp jest ideę szkodliwą, niesprawdzalną, nieskuteczną i niemożliwą do opracowania, którą należy zastąpić, jeżeli chcemy pojąć procesy historyczne".

Bardzo ważny jest rozdział zatytułowany "Prawdziwi i fałszywi spadkobiercy", w którym autor podkreśla, że teoria ewolucji łatwo daje się zastosować do innych dziedzin niż biologia, a przynajmniej wielu ludzi dokonywało i dokonuje nadal nadużycia, próbując nadać ewolucyjny charakter procesom nie mającym nic wspólnego z transformacją gatunków. Euvé pokazuje chociażby, że to, co powszechnie nazywa się "darwinizmem społecznym", powinno być określane mianem "spenceryzmu".

Rozdział o Pierre Teilhardzie de Chardin moim zdaniem został dołączony trochę na zasadzie kwiatka do kożucha, ale niech tam, w końcu jezuita napisał o jezuicie :-)

22 marca 2010

Manifestacja i piłka

Podejrzewamy, że to chęć zamanifestowania swojej dominacji, wyrażona w subtelny sposób, kazała Sisi wskoczyć tam, gdzie już wskoczyła Gusia. Tym bardziej, że powierzchnie naregałowe jako miejsca odpoczynku są najczęściej wybierane przez Sisi - z regału stojącego przy drzwiach wita wchodzących do mieszkania, a na drugim chętnie leży, by później wykonać efektowny skok na drapak.

Tym razem było jednak tak, że to Gusia powodowana czymś bliżej nieokreślonym wskoczyła w czasie szaleńczych biegów po domu (swoją drogą - Gusia podczas szaleńczych biegów po domu budzi skojarzenia z pędzącym hipciem lub nosorożcem) wskoczyła na regał. Wskoczyła, najeżyła się i być może chciała po chwili zeskoczyć równie najeżona, jak na regał wskoczyła, ale tuż za nią na regale zasiadła Sisi. Sisuleńka zasiadła, zrobiła znudzoną minę i zaczęła się myć. A Guziolek skrępowany swoją obecnością w miejscu, gdzie zazwyczaj nie bywa oraz obecnością Sisi, z wciąż najeżonym grzbietem wcale a wcale nie wykazywał zainteresowania towarzystwem.


Sisi uwielbia leżeć na drapaku. Przyjemnie przyjęta pozycja na foczkę, miły wyraz pyszczka i tylko... piłka na głowie. Rozbawił nas ów widok, postanowiliśmy sięgnąć po aparat i wówczas wzrok Sisi uległ zmianie. Zobaczcie jak na nas patrzy...

20 marca 2010

Bill Brynson. Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Mieszkający od 1977 roku w Anglii Amerykanin postanowił zwiedzić Europę, podobnie jak uczynił to będąc nastolatkiem. Zaplanował trasę wiodącą od najdalej wysuniętego na północ miasta w Europie do Stambułu leżącego u wrót Azji. Wędrował w 1990 roku, a jego wrażenia z podróży wydano rok później (to informacja ważna ze względu na czynione przez Autora obserwacje).

Bill Brynson jest krytyczny. Czasami owa krytyka budzi zaciekawienie i nasuwa pytanie o to, jak Autor skomentowałby dzisiejszą Europę, czasami budzi śmiech, a czasami jego refleksje są uderzająco celne i złośliwe.

Przy rozdziale o Francji spłakałam się ze śmiechu. Informacje o EWG pozwalały na uświadomienie sobie ogromu marnotrawstwa. A zestawienie owych informacji z wiadomościami bieżącymi nt. funkcjonowania całej rzeszy urzędników w Brukseli kusi konstatacją, że u progu lat dziewięćdziesiątych niektórzy mieli skrupuły w korzystaniu z pieniędzy. Szwajcaria sportretowana przez Brynsona wydaje się być przerażająco nudna, a mieszkańcy Włoch znużeni turystami i niezainteresowani własnym krajem.

Czekałam niecierpliwie na rozdziały poświęcone Jugosławii i Bułgarii, ale przyznam, że nieco się podczas ich lektury rozczarowałam. O ile wcześniej Autor snuł błyskotliwe rozważania dotyczące klimatu i atmosfery odwiedzanych miast, tak w przypadki Splitu, Sarajewa, Belgradu i Sofii oparł się głównie na wspomnieniach z pierwszej podróży odbywanej na początku lat siedemdziesiątych. Zastanowiłam się nad przyczyną takiego potraktowania Jugosławii i Bułgarii i uświadomiłam sobie, że tak naprawdę były to tylko dwa kraje, których zaliczyć nie można do Europy Zachodniej, kraje stawiające pierwsze kroki na drodze ku normalności, kraje, które nie miały czym uwieść turysty, bo nie turystyka była im w głowie.

Książka Billa Brynsona zabiera nas w podróż po Europie, która pozwala na odkrycie „że świat jest tak niezwykle różnorodny, że istnieje tak wiele różnych rozwiązań zasadniczo identycznych czynności, takich jak jedzenie, picie, czy kupowanie biletów do kina (…), że w Europie nie można być niczego pewnym.”

Katja Reider, Jutta Bucker. Rozalia i Trufel. Opowieść o miłości. Trufel i Rozalia. Opowieść o szczęściu.

Wydane przez
Wydawnictwo Cyklady

Opowieść o Rozalii i Truflu jest metaforycznym przedstawieniem prostej, a zarazem szalenie skomplikowanej, sytuacji życiowej. Obydwoje marzą: Rozalia o miłości, Trufel o szczęściu, ale gdy się spotykają okazuje się, że łączą ich marzenia, że są dla siebie wzajemnie spełnieniem marzeń.

Gdy jednak wracają do przyjaciół ci – zamiast podzielić szczęście zauroczonych sobą Rozalii i Trufla – objaśniają im jak działa świat. Tłumaczą, że są nikim i muszą o siebie zadbać, by stać się atrakcyjnymi dla drugiej płci. Objaśniają, że nie można zakochiwać się w pierwszym lepszym, dać się omotać i zniewolić ledwie co poznanej osobie. Wtłaczają im w głowy stereotypy, w które najprawdopodobniej wierzą, ale które nie przybliżają bohaterów opowieści do spełnienia marzeń.

Autorka za pomocą prostej historii pokazuje niszczącą siłę stereotypów. Pokazuje jak inni ludzie – jeśli tylko pozwolimy im przejąć kontrolę nad naszym życiem – są w stanie skrzywdzić nas przekonując, że robią to troszcząc się o nasze dobro.

To bardzo mądra książka.

Ian Rankin. Memento mori.

Wydane przez
Wydawnictwo Albatros

Czas jakiś temu zachęcona pozytywnymi opiniami o książkach Rankina sięgnęłam po jedną z nich (tytułu nie pamiętam) i po cząstkowej lekturze odłożyłam powieść bez zainteresowania. Minęły ze dwa lata i zachęcona przez tę sama koleżankę – wielbicielkę Rankina – pożyczyłam „Memento mori”.

Po trzech dniach lektury, po trzech dniach, podczas których dobiłam zaledwie do połowy książki uznałam, że nie po drodze mi z Rankinem i Johnem Rebusem, bohaterem jego powieści. Akcja, o ile tak można powiedzieć, znużyła mnie i nawet to, że ktoś morduje gwałcicieli wychodzących z więzienia, a śledztwo toczy się w czasie, w którym w Edynburgu odbywa się szczyt G8, nie wzbudziło mojego zainteresowania losami śledczych, antyglobalistów i samego śledztwa.

Trzeci raz nie podejmę próby.