30 listopada 2008

Sisi i pefrumy

Ilekroć któreś z nas użyje pefrum/wody kolońskiej, Sisi pojawa się w okamgnieniu. Wdrapuje się, patrząc hipnotycznie, na nasze kolana, wspina się na palce (?) i zaczyna lizać po szyi. Pilnikuje dokładnie, skrupulatnie, raz przy raz. Kocinka rozkoszuje się smakiem, a nas aż ciarki przechodzą, bo język Sisi przypomina ekskluzywny papier ścierny;)

Batya Gur. Morderstwo w szabatowy poranek.


Wydane przez

Wydawnictwo EMG

Przyznam, że zanim odkryłam istnienie Wydawnictwa EMG literatura izraelska nie funkcjonowała w mojej świadomości. Teraz powoli ją poznaję i to całkiem miłe uczucie.

Batya Gur jest najbardziej znaną w świecie autorką izraelskich kryminałów. Stworzyła postać Michaela Ochajona, spokojnego, będącego wyjątkowym znawcą natury ludzkiej, inspektora policji. Każdy z jej kryminałów osadzony jest w innych realiach, które łączy ze sobą – oprócz postaci policjanta – jedno: zbrodnie są dokonywane w specyficznej, zamkniętej społeczności.

„Morderstwo w szabatowy poranek” opisuje środowisko psychoanalityków. Autorka skrupulatnie wprowadza czytelników w świat superwizji, superwizowanych i superwizorów, w działalność Towarzystwa Psychoanalitycznego. Zwraca uwagę na zależności panujące pomiędzy członkami owego Towarzystwa, podkreśla konieczność nienagannej postawy moralnej terapeutów podczas spotkań z pacjentami, wskazuje na wyindywidualizowanie psychoanalityków z grona psychologów, psychiatrów i lekarzy.

Powolne zagłębianie się w tematykę zawodową zamordowanej Ewy Neidorff daje Michaelowi Ochajonowi szansę na prowadzenie precyzyjnych obserwacji jej współpracowników. Nam – czytelnikom – pozwala zrozumieć prawa rządzące opisanym przez pisarkę światem, a jednocześnie zachęca do obdarzenia policjanta sympatią, a jego pracy szacunkiem.

Kolejna opublikowana w Polsce książka Batya Gury* nosi tytuł „Morderstwo na wydziale literatury”. Już zacieram ręce z radości...

* nie wiem jak się to odmienia

Cathy Hopkins. Kumpelki, randki i ... Ty.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Gdy wiekowo przynależałam do młodszej młodzieży każda z dziewczyn miała zeszyt zatytułowany „Złote myśli”. Nagabywało się wówczas koleżanki i kolegów, nauczycieli i tego „jedynego” o udzielenie odpowiedzi na wiele zadanych w „Złotych myślach” pytań i złożenie kartki w taki sposób, by nie dało się tego, tak na pierwszy rzut oka, odczytać. Później w kioskach zaczęły pokazywać się kolorowe pisma dla nastolatków,a w nich tzw. psychotesty. Wypełniało się takie „Złote myśli”, czy owe psychotesty z wypiekami na twarzy i przejęciem, szukając w odpowiedziach prawdy o sobie. Pamiętacie?

Gdy wzięłam do ręki „ Kumpelki, randki i ... Ty” przypomniały mi się te zabawy i pomyślałam, że teraz młodsze nastolatki mają drogę ułatwioną – można wejść do księgarni i kupić książkę, która wypełni czas spędzany z przyjaciółkami odgadywaniem tego, jaki jest twój idealny chłopak, jakie jest twoje podejście do mody i urody, jakim jesteś zwierzęciem, czy umiesz się kontaktować ze swoją duchowością i jeszcze wieloma innymi zagadnieniami.

I choć z perspektywy dorosłości owe testy mogą się wydawać dość naiwne, to zanim tak pomyślimy przypomnijmy sobie swoje podekscytowanie, gdy kolejny test wskazał, że chłopak nam przeznaczony jest kropka w kropkę podobny do Adama z VII b.

Francesca Simon. Koszmarny Karolek. Podręczny Rocznik 2009.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Przyznam się od razu do tego, że Koszmarnego Karolka dotychczas nie znałam. Pomyślałam, że kalendarz jest dobrym pretekstem, by zapoznać się z owym – jak się domyślałam – niesfornym chłopcem.

Jeśli Wasi rodzice są tak samo okrutni jak moi i nie pozwalają Wam oglądać telewizji, sprawdźcie, jakie świetne zabawy czekają na Was w zamian.

To zdanie nastroiło mnie pozytywnie. Faktycznie, propozycje Karolka nie pozwolą się nudzić – zapisujemy postanowienia noworoczne, robimy wywieszkę na drzwi – podobną do hotelowej – i zabraniającą wchodzić do naszego pokoju, poznajemy uczniów z klasy Koszmarnego Karolka i jego przyjaciół. W Podręcznym Roczniku znajdziemy także przepisy na naleśniki i sympatyczny atrament, zadania konieczne do wykonania w czasie świąt, krzyżówki, sudoku, propozycja zabaw z papierem.

Rok 2009 według pomysłu Koszmarnego Karolka zapowiada się bardzo ciekawie i z pewnością nie będzie czasem, w którym dzieci mogą się nudzić. 

R.L.Lafevers. Teodozja i Węże Chaosu.



Wydane przez
Wydawnictwo Egmont
www.teodozja.pl

Lubicie książki w obwolutach? Ja lubię, choć nie tylko dlatego, że obwoluta ma chronić książkę przez zniszczeniem. Najprzyjemniejszą czynnością (oprócz czytania, rzecz jasna) książki z obwolutą jest zdejmowanie tejże i oglądanie okładki. Dawno nie znalazłam książki, w której okładka była ciekawsza niż obwoluta. Dawno, ale wczoraj widok „Teodozji i...” bez obwoluty mnie ucieszył. Zobaczcie sami...


Kilka dni temu pisałam o bardzo ciekawej akcji promującej tę książkę – o spotkaniach w Muzeum Narodowym. Informacja o takim sposobie zachęcania czytelników do lektury spowodowała, że konieczność przeczytania o Teodozji stała się palącą;)

Teodozja ma 11 lat, tatę, który piastuje stanowisko Starszego Kustosza Muzeum Legend i Starożytności, mamę, która jest archeologiem i większość roku spędza w Egipcie i brata – ucznia szkoły z internatem. Ma też kota – Izydę.

Dziewczynka obdarzona jest przedziwną właściwością – wyczuwa w przedmiotach wydobytych z grobowców klątwy i zaklęcia jakie ich strzegą, jakie mają dotknąć tych, którzy zakłócają spokój starożytnym. Wydaje się, że nikt poza nią nie dość, że nie czuje złych mocy, nie wierzy w istnienie owych klątw. Jej prośby o noszenie amuletów, czy używanie rękawic podczas bezpośredniego kontaktu z eksponatami irytują rodziców.

Mama Teodozji powraca z Egiptu z wieloma skrzyniami wypełnionymi przedmiotami odnalezionymi w grobowcu faraona Amenemhaba. Jeden z przedmiotów jest szczególnie godny podziwu – to figurka skarabeusza, zwana Sercem Egiptu. Niestety, ten klejnot powinien zostać tam, gdzie przed wiekami go umieszczono. Zabranie go z miejsca mu przeznaczonego sprawi, że klątwa dotknie całą ziemię i obudzi Chaos.

Książka zaciekawia, rozbawia i dostarcza odpowiedniego poziomu grozy. Tajemnice skrywane z starych księgach, w figurkach sprzed wieków i na tabliczkach z hieroglifami pobudzają wyobraźnię. Może dzieci zainspirowane tą lekturą zasilą szeregi świetnych polskich archeologów?

Astrid Lindgren, Ilon Wokland. Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki
www.zakamarki.pl

Pięcioletnia Lotta nie zraża się tym, że ktoś powątpiewa w jej umiejętności. Ona przecież jest już duża i umie prawie wszystko. Co to jest to prawie wszystko?

Lotta umie pomagać chorym ludziom, umie zjeżdżać slalomem kręcąc właściwie pupą (ale tylko z małej górki), umie kupić gazetę, gwizdać i umie też zrobić coś, co sprawi, że święta rodziny Lotty będą szczęśliwe.

Dziewczynka wzbudziła moją sympatię. Jest dzielna i w bardzo przekonana o swojej dorosłości. To, że czasami coś jej się myli, że czasami niektóre rzeczy udają się jej mniej niż inne, te,które udają się bardziej, nie powinno nikogo dziwić – dzieje się tak nie tylko pięciolatkom;)

Podoba mi się samodzielność Lotty i to, że dziewczynka wie, iż osoby chore należy odwiedzać i się o nie troszczyć, wie wiele o tym, co dzieje się wkoło niej, szanuje swojego pluszowego przyjaciela.

Myślę, że książka „Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko” jest doskonałym prezentem na zbliżające się Mikołajki.

Ks. Wacław Hryniewicz OMI. Nad przepaściami wiary. Rozmawiają Elżbieta Adamiak i Józef Majewski.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak


Na pytanie, czy zdarzyło mu się udzielić Komunii niekatolikowi albo przyjąć Komunię z rąk duchownego innego niż katolicki Kościoła, ksiądz Wacław Hryniewicz odpowiedział twierdząco. I dodał, że każdy powinien decydować w sumieniu o takich sprawach, bo sumienie jest ważniejsze niż autorytet – jakikolwiek autorytet inny niż Boski.

W takim właśnie duchu utrzymana jest rozmowa z ks. Hryniewiczem, znanym teologiem, często wypowiadającym się w kwestiach doktrynalnych czy kanonicznych w sposób mało konwencjonalny. W postawie tego duchownego nie ma jednak niczego na pokaz, Hryniewicz nie chce epatować swoją oryginalnością. Wszystko, co mówi, ma głęboko przemyślane. Jest wielkim erudytą znającym doktrynę nie tylko Kościoła katolickiego ale też Kościoła prawosławnego i innych Kościołów chrześcijańskich.

Ten doświadczony duchowny od kilkudziesięciu lat pracuje na niwie ekumenizmu, gdyż uważa, że chrześcijanie powinni szukać przede wszystkim tego, co dla nich wszystkich wspólne. Hryniewicz zadaje kapitalne pytania, jak chociażby to, które odnosi się do dwóch sakramentów i jest osadzone w kontekście różnic występujących między Kościołami chrześcijańskimi: „Dlaczego chrzest łączy, a Eucharystia dzieli?”

Chyba najpiękniej Hryniewicz, nazywany teologiem nadziei, mówi o nadziei właśnie:

W gruncie rzeczy to rozróżnienie między nadzieją i doktryną jest uzasadnione i pomocne. Nie chcę nadziei stawiać jako pewnika, którego nie można podważyć. Dla mnie – egzystencjalnie – ważniejsza jest nadzieja aniżeli doktryna. (...) Nie odchodzimy z doktrynami na drugą stronę życia, ku temu, co niewidzialne i nienazwane. Odchodzimy z nadzieją.

Czytając zapis rozmowy z księdzem Hryniewiczem trzeba się porządnie napracować, trzeba myśleć, zastanawiać się, weryfikować swoje sądy, bo nawet Hryniewicz, który „chodzi nad przepaściami wiary”, nie może udzielić odpowiedzi na wszystkie ciekawe pytania.

Polecam.

29 listopada 2008

Na kolanach...

miałam dziś Gusię. Dwukrotnie nawet:) I sama przyszła do mnie, sama podjęła taką decyzję. Przywędrowała, zerknęła na mnie udając, że nie patrzy i nagle znalazła się na moich nogach. Zawinęła się w kłębek, wygodnie umościła układając między częściami mnie części siebie i nawet dała się głaskać z czasie polegiwania.

Leżała do chwili, w której z kuchni dało się usłyszeć odgłos otwieranej lodówki. Cóż, są rzeczy ważniejsze niż czułości...

Monika Ekiert-Jezusek






Ten wpis nie należy do tradycyjnie umieszczanych na moim blogu. Umieszczam go w celu zaprezentowania wszystkim prac mojej koleżanki. Robię to, bo dowiedziałam się, że wystawa jej zdjęć uświetni galę New Look Desing odbywającą się jutro w Warszawie. Gratuluję, Moniko:)
P.S. Galeria

28 listopada 2008

Nazajutrze...









Obiecuję sobie przy pisaniu notki, że kolejny wpis uczynię nazajutrz. Ale jakoś te nazajutrze mi się rozciąga i piszę nie tak często jak bym chciała...

Sisulka jakby schudła. Buzię ma smuklejszą, cała w sobie też jakaś taka szczuplejsza, tylko fałda jej smętnie zwisa. Niby tusza nigdy nie przeszkadzała jej w skoczności, ale teraz miewa chwile prawdziwie dynamiczne. Rytuał powitalny wciąż pielęgnujemy. I w nocy śpi ze mną właśnie Sisulek.

Gusia miała wczoraj dzień obrażalski. Wskoczyła mi na kolana, ułożyła się w kółeczko, a jak chciałam ją - jak zwykle w takich sytuacjach - głaskać po ogonie to zostałam karcąco pacnięta łapką i gniewnie oburczana. Królewna się ułożyła, ale nie życzy sobie poufałości. Dość tego, że za legowisko wybrała moje nogi, to powinno mnie zadowolić.

Nusia rozwija zdolności. Albo nazwiemy to grą w szachy albo złodziejstwem - jak kto woli. Zaczaja się w pobliżu szachownicy i korzystając z nieuwagi Z. zabiera mu szachy. Biegnie z nimi do sypialni i uprawia własną, według wymyślonych przez siebie zasad grę. Dobrze, że nie biegnie od razu do skrytki, bo jeszcze jej nie odkryliśmy.

Zdjęcia:

- konfuguracje jedzeniowe

- konfiguracje sypialne

- Nusia się czająca.

I jeszcze prośba o poradę: Nisia liże. Torbę papierową, kapę, poduszkę, szalik. Czegoś jej brak? Łzawią jej oczki, szczególnie jak się naje odchodzi od miseczki cała zapłakana. To powód do zmartwienia, czy konsekwencja chorób z wczesnego dzieciństwa?

26 listopada 2008

Kazimierz Brakoniecki. Muza domowa.


Wydane przez
Wydawnictwo Borussia

Poezje Kazimierza Brakonieckiego przedstawiają ukochaną krainę autora – Warmię w nader obrazowy i pełen nostalgii sposób. Jednak w tym tomie poezji zawarte są nie tylko warmińskie impresje. Dużą liczbę wierszy autor poświęcił pamięci ludzi ważnych dla siebie, bliskich sobie, ale i takim, którzy – jak się okazuje po lekturze wierszy – znaczący byli również dla historii Warmii.

Poezja Brakonieckiego opisuje trud życia na ziemi pełnej ludzi o różnej tożsamości religijnej, narodowościowej, regionalnej. Ludzi, których oderwano od swoich ziem, którym przez ustalenia polityczne gdzieś w dalekim świecie zabrano ojczyznę.

Wiersze poety dotykają jego życia osobistego, mnóstwo w nich odniesień dotyczących przeżyć jakich dane mu było doświadczyć. Nasycone erotyką poezje Brakonieckiego są głębokie, wieloznaczeniowe.

Czytanie wierzy warmińskiego poety nastraja marzycielsko. A mnie szczególnie blisko jest do klimatu mentalnego w jakim przedstawia Warmię.

Joanna Bladowska. Ćwiczenia kształtujące umiejętność czytania tekstu ze zrozumieniem.


Wydane przez

Wydawnictwo Harmonia

Bohaterami ćwiczeń dla dzieci mających kłopoty z odczytywaniem znaczenia tekstu są siedmiolatki, uczniowie klasy pierwszej – Agatka i Damian. Te sympatyczne dzieciaki przedstawiają nam swoich rodziców, obchodzą urodziny, spotykają się z koleżankami i kolegami. Dziewczynka i chłopiec cieszą się pięknem jesieni i nadchodzącym Bożym Narodzeniem. Ich życiu towarzyszy wiele sytuacji edukacyjnych; aż chce się zawołać „Wszystko jest nauką!”.

Zaproponowane przez autorkę ćwiczenia są bardzo urozmaicone – uczniowie to odpowiadają w formie testowej na zadane pytania, to uzupełniają krzyżówkę lub nazywają przedmioty widoczne na obrazku. Nie brakuje tu także rozsypani wyrazowej, ćwiczeń polegających na uzupełnianiu zdań, zadań matematycznych, wykreślanej literowych.

W książce zamieszczono szesnaście testów. Kilka z nich wypróbowałam na swoich uczniach – pracowali z dużym zapałem i zainteresowaniem.

Monika Szwaja. Zatoka trujących jabłuszek.


Wydane przez
Wydawnictwo SoL

Za oknem mróz albo chlapa. Kolejka do zmiany opon z letnich na zimowe taka, że fiu, fiu… A bohaterki książki Moniki Szwai pływają po wodach oblewających Wyspy Kanaryjskie. Chyba nic dziwnego zatem, ze czas oczekiwania w warsztacie uprzyjemniałam sobie „Zatoką trujących jabłuszek”?

Niestety, jakoś nie dane było mi poznać książkowo bohaterek poprzednich części przygód Klubu Mało Używanych Dziewic. Znam je tylko ze słyszenia, ale jednocześnie wiedzę o nich nabyłam u źródła, czyli od samej Pani Moniki podczas spotkania, które odbyło się w marcu w śląskim empiku.

Agnieszka wraz z Jerzym prowadzą dobrą szkołę. Michasia wraz z Grzegorzem spodziewają się dziecka. Ala zastanawia się czy marynarz z dzieckiem to kandydat na dobrego męża, a Marcela z córeczką przyzwyczajają się do Edusiowej miłości do ptactwa. Tyle fabuły.

Powieść pani Moniki ma w sobie ogromny ładunek energii, słońca i ciepła. Jest tu nieco optymizmu, sporo umagiczniania rzeczywistości, a ogólnie treść niesie nadzieję, że nie zawsze musi być tak, ze zawistni, złośliwi i nieprzyjaźni ludzie zawojują świat. Daje szansę, by uwierzyć, że istnieją ludzie robiący coś bezinteresownie, z sympatii i ze zwykłego – niezwykłego szacunku do drugiego człowieka.

Szczególnie atrakcyjnie autorka nakreśliła postacie dwóch starszych pań: Róży i Lilianny, które otoczone młodszymi i bardzo młodszymi od siebie rozkwitały, zmieniały się w dusze towarzystwa i czarowały pobudzając innych do szczęścia.

Miło było spędzić popołudnie z Klubem Mało Używanych Dziewic i jego przyległościami. A skoro nie każdemu mogę poradzić, by w czasie listopadowych chłodów wybrał się na Karaiby, radzę, by powędrował tam dzięki „Zatoce trujących jabłuszek”.

Majgull Axelsson. Ta, którą nigdy nie byłam.


Jedna kobieta. Dwie osobowości. MaryMarie jest ministrem i bardzo angażuje się w akcje przeciwdziałania handlowi ludźmi. Prowadzi kampanię przeciwko tym, którzy kupczą innymi ludźmi, sprzedają ich alfonsom, do domów publicznych, do wykorzystywania, bicia, krzywdzenia, czy w ekstremalnych przypadkach zabijania.

Mąż MaryMarie, znajomy z czasów młodości kiedy to wraz z grupą przyjaciół tworzyli Klub Bilardowy Przyszłość, szukał w ramionach wielu innych niż żona kobiet, potwierdzenia swojej męskości. I gdy spotkał się, by poczuć się jeszcze bardziej męskim mężczyzną, z trzynastoletnią dziewczynką, został wyrzucony za okno. Złamał kręgosłup i stracił władzę w nogach.

To moment zwrotny – tu obydwie osobowości kobiety się rozdzielają. Jedna żyje cierpiętniczo tuż obok męża, druga zabija go i ląduje w więzieniu.

Centralną postacią powieści Axelsson, podobnie jak w innych powieściach tej autorki, jest kobieta. Autorka urządza na swej bohaterce wiwisekcyjny pokaz, wydłubuje na światło dzienne najgorsze instynkty, nie pozwala się jej chronić zbyt długo w afazji, chce by nas - czytelników – oszołomiło cierpienie MaryMarie.

Książki szwedzkiej pisarki są inne. Inne od wszystkiego, są klasą dla samych siebie. Pierwsze zetknięcie z nimi smakuje jak ciastka z dzieciństwa, trudno odnaleźć podobny smak. Kolejne wczytanie się w Axelsson, choć interesujące, wciąż nie jest tym, z którym czytałam „Kwietniową czarownicę”. I już nigdy nie będzie, bo przecież ciastek z dzieciństwa też już nie ma…

Michael Bond. Miś zwany Paddington.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Dawno, dawno temu choć nie aż tak dawno jak narodził się Paddington, czytałam o przygodach Misia, Który Przybył z Peru. Ale wtedy – przyznaję ze wstydem – nie rozsmakowałam się w przygodach dziwnego mieszkańca Londynu. Trzeba mi było upływu lat, by docenić humor autora książki i i świat jaki w prosty, przyjazny sposób nakreślił Michael Bond przed swoimi czytelnikami.

Misia z walizką na peronie dworca Paddington dojrzał pan Brown. Powiedział o nim żonie, a ta ulitowawszy się na widok kartki „Proszę zaopiekować się tym niedźwiadkiem. Dziękuję.” postanowiła, że oto Miś – zwany od chwili owego spotkania Paddingtonem – zamieszka z nimi. Decyzje rodziców entuzjastycznie poparły dzieci.

To, że w spokojnym angielskim domu zamieszkał niedźwiedź z Peru nie wzbudziło niczyjej ciekawości, a zainicjowało jedynie pewne zmiany w dotychczas uporządkowanym życiu rodziny Brownów. Jakie? Poczytajcie sami… albo z dziećmi;)

Dorota Sumińska. Do serca przytul psa.


Wydane przez
Wydawnictwo Galaktyka.

Narracja pani Sumińskiej przecudnie łączy się z moim poczuciem wrażliwości i jeszcze przecudniej mi odpowiada. I bez znaczenia jest, czy słucham radzącej ludziom pani doktor, czy czytam jest wspomnienia o zwierzętach towarzyszących jej dzieciństwu, dorastaniu i dorosłości.

Klika dni temu wspominałam, że chętnie powitałabym pod choinką „Autobiografię na cztery łapy”, a już chwilę później w moich rękach znalazła się książeczka „Do serca przytul psa”.

Autorka w zajmujący sposób opowiada o swoich psach. O wilczycy, z którą się osobiście nie znały, ale pamięć o której towarzyszyła maleńkiej Dorotce. O Amiczce, która zaadoptowała dziewczynkę i prosiątko. O uwielbianych przez panią Sumińską psach – pekińczykach. I jeszcze o…, o…, mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

Pełno w tej książce okazji do szczerego śmiechu, zadziwienia, ale i mnóstwo chwil, w których nagle w gardle robi się dziwnie, a z oczy próbują wydostać się łzy.

Spróbujcie…

P.S. Autor zdjęć – Paweł Siczyński – to mąż autorki. Zszedł na psy, jej zdaniem;)

Michael Connelly. Zagubiony blask.


Wydane przez

Wydawnictwo Prószyński i Ska

"Zagubiony blask" to jedna z tych książek, które najbardziej lubię, a najbardziej lubię te książki Connelly'ego, których bohaterem jest Hieronymus Bosch. W "Zagubionym blasku" Harry Bosch jest już gliniarzem na emeryturze, ale, rzecz jasna, pracuje nad sprawą tak, jak pracował kiedyś, tyle, że nie ma już odznaki. Connelly świetnie pokazuje, jak to jest być gliniarzem bez odznaki.


Wątek kryminalny jest poprowadzony znakomicie - Bosch chce rozwiązać sprawę zabójstwa młodej dziewczyny oraz zaginięcia agentki FBI sprzed czterech lat, a różne ważne szychy, jeszcze ważniejsze niż szychy z FBI, nie chcą, żeby w tej sprawie ktokolwiek grzebał. Na szczęście są ludzie, którzy Boschowi pomagają - ludzie powodowani różną motywacją, czasami bardzo złą motywacją. Connelly znakomicie pokazuje, że nie ma darmowych obiadów, że wszystko ma swoją cenę, a im coś wartościowsze, tym więcej trzeba za to zapłacić.

Powieść napisana jest świetnie. Connelly ma dar do wprowadzania wątków, których w zasadzie mogłoby nie być, ale są i dodają książce smaczków. Kiedy już doczytamy prawie do końca i znajdziemy rozwiązanie głównego wątku, to znajdujemy jeszcze jedno rozwiązanie - rozwiązanie piękne, rozwiązanie jednego z tych wątków, których mogłoby nie być, ale które są i które dodają książce smaczków.

Prawie mi się nie zdarza...


by książki przeczytane rosły w stos, a ich recenzje nie chciały powstać. Ale dziś - obiecuję sobie - powstaną. Zatem będą to wrażenia po lekturze książek: "Ta, którą niegdy nie byłam" Majgull Axelsson, "Do serca przytul psa" Doroty Sumińskiej, "Miś zwany Paddington" Michaela Bonda (wszak wczoraj był Światowy Dzień Pluszowego Misia), "Zatoka trujących jabłuszek" Moniki Szwai. Sił porannych wystarczyło mi jedynie na Kathy Reichs, ale po pracy usiądę do kolejnego pisania:) 

Kathy Reichs. Deja dead.


Wydane przez

Wydawnictwo RedHorse

To, że książki Kathy Reichs są świetne, wiedziałam od dawna. Tyle, że przeczytałam tych książek już dużo i zrobiłam sobie dłuższą przerwę. Przerwa była konieczna, musiałam odpocząć, bo Reichs pisze, że tak powiem, zawsze tak samo i poniekąd opowiada jedną i tę samą historię, aczkolwiek historię szalenie zajmującą.


Przerwa dobrze mi zrobiła i z wielką przyjemnością przeczytałam "Deja Dead". Miło było wrócić do spraw, którymi zajmuje się Temperance Brennan, do rutyny jej codziennej pracy. Kathy Reichs jest antropologiem klinicznym i piastuje wiele związanych z jej zawodem ważnych funkcji, zarówno w USA jak i w Kanadzie. Jej doświadczenie, erudycja, umiejętności, znajdują znakomity wyraz w powieściach, których bohaterką jest Brennan, antropolożka sądowa.

Jeżeli komuś nie przeszkadza konwencja, w myśl której sprawy kryminalne rozwiązuje bohater, który co prawda ma bliskie związki z policją, ale jednak w robocie policyjnej jest amatorem (żeby oddać co należne również detektywom, to przyjmijmy, iż sprawy te amator rozwiązuje wspólpracując z detektywami), to polecam mu wszystkie powieści Reichs. Ja najbardziej lubię czytać o tym, czego bohaterka dowiaduje się konsultując się ze znakomitymi specjalistami rozmaitych dziedzin - Brennan, potrzebując informacji, dzwoni do ekspertów od sporządzania profilów psychologicznych przestępców, do specjalistów od noży i pił i różnych innych dziedzin. Reichs imponuje wiedzą, dobrze kreśli sylwetki bohaterów, w ogóle pióro ma lekkie, a w efekcie tego wszystkiego intryga kryminalna, chociaż zawsze ciekawa, nie jest jedyną atrakcją powieści.

Znajdek szuka domu


Znajdek to kocurek ok. dwumiesięczny, niespecjalnie kudłaty, jak to dachowiec. Prążkowany, szaro-bury, sierść podobna do tego, na fotce. I ma takie śliczne zielone oczy. Lekarz stwierdził, że poza pchlicą nic Znajdkowi nie dolega.

Niestety nie było możliwości zrobienia zdjęć kotka u weterynarza. W gabinecie powiedzieli, że kot jest u nich i zostanie, dopóki nie znajdzie domu. 

Adres, pod którym można się dowiadywać o kotka:

Lecznica Weterynaryjna

Katowice
ul. Ordona 7

tel: (0-32) 258-15-99

25 listopada 2008

Kociątki mają się świetnie


Ostatnio dążymy do karmienia Kociastych dwa razy na dobę. Jest to zmiana w stosunku do tego, że wcześniej wciąż miały w miseczkach suche. Obserwujemy jak się zachowujemy i próbujemy być twardzi;)

Śnieg i chłód za oknem spowodował u Kociastych większą przytulaszczość. Wczoraj na przykład siedziałam ze dwie godziny z książką w dłoni i Gusią na kolanach. Poza tym, zawsze któraś z nich śpi z nami/na nas w nocy. Ale bywa i tak jak na zdjęciu:)

P.S. Kącik Pupila ma świąteczne obniżki, może kogoś skuszą niższe ceny?

23 listopada 2008

Spragniony kotek


Woda w kubku jest o niebo lepsza od wody w miseczce.

Zanim spadł śnieg















W moim - nie-moim mieście są ładne dwa miejsca. No może trzy... Rzeka, dwie sosny i katedra. I one też, siłą rzeczy, sa najczęściej przeze mnie fotografowane;)

Nowe Wyzwanie Czytelnicze



Zapraszam do kolejnego – czwartego już – wyzwania czytelniczego. Czytelnicze, bo polega na czytaniu. Wyzwanie, bo pozwala nam poznać książki, po które może nie sięgnęlibyśmy bez udziału w tym projekcie. To także doskonała okazja, by pisać o tym, co czytamy, czytać recenzje innych uczestników wyzwania i poszerzać horyzonty, nie tylko literackie.

Zasady są proste:

1. Wyzwanie może podjąć każdy, kto lubi czytać. Aby zostać uczestnikiem, należy zgłosić swój udział w komentarzach na stronie wyzwania. Żeby zamieszczać recenzje na blogu Podróże w czasie, konieczne jest posiadanie konta pocztowego na gazeta.pl. Nie trzeba prowadzić własnego bloga!

2. Wyzwanie trwa od 22 listopada 2008 do 30 kwietnia 2009.

3. W tym czasie należy przeczytać przynajmniej 4 książki, każda z innej epoki. Można czytać książki z proponowanych list lub inne. Może to być beletrystyka, która opowiadają o danej epoce, książki napisane w danej epoce, biografie, książki naukowe i popularnonaukowe. Książki napisane w danej epoce powinny być osadzone w kontekście historycznym, słowem, nie czytamy np. alegorycznych, ponadczasowych powieści, które nic nie mówią o swojej epoce.

4. Tytuły wybranych przez siebie lektur podajemy na blogu historyczneczytanie.blox.pl 

5. Na tym samym blogu umieszczamy recenzje przeczytanych książek, lub odnośniki do recenzji na swoim blogu.

Zapraszam zatem do Podróży w czasie:)

*   *   *
W tej podróży poznawać będę Aleksandra Wielkiego Maurice Druon (starożytność), młodość uniwersytetów według Jan Baszkiewicza (średniowiecze), sprawdzę kim był Król przeklęty i co łączyło go z Kacperem Ryxem w opowieści Mariusza Wollnego (renesans) , by później albo odwiedzić salony i kuchnie z Elżbietą Kawecką (XIX w.) albo poznać historię rodzinną Wielkiego Ambasadora Polszczyzny (XIX w.).

22 listopada 2008

O Pilchu...

pisać nie będę. Szkoda czasu.
P.S. Nawiązanie do luterańskich korzeni i miejscu pochodzenia - 39 strona. Nawiązanie do alkoholu i kobiet - pierwsze strony. Czyli jak zawsze.

Carlos Ruiz Zafon. Gra Anioła.


Wydane przez
Wydawnictwo Muza

Z wielką niecierpliwością czekałam na „Grę Anioła”. Co prawda, po lekturze „Cienia wiatru” pozostało mi jedynie wrażenie przebywania w magicznym literackim świecie, z niewieloma szczegółami dotyczącymi fabuły, ( już tak mam, że to co dawno czytane pozostaje li i jedynie w sferze odczuć, a nie wiedzy) ale zanim przystąpiłam do lektury najnowszej książki Zafona wysłuchałam audycji radiowej, w której tłumacz książki, Carlos Marrodan Casas, powiedział, iż „Gra Anioła” jest preqelem „Cienia wiatru”. Uspokoiłam zatem swoje obawy dotyczące tego, że powinnam pamiętać akcję "Cienia wiatru", by zrozumieć kolejną powieść Zafona i otworzyłam książkę.

Pisarz nigdy nie zapomina dnia, w którym po raz pierwszy przyjmuje pieniądze lub pochlebstwo w zamian za opowieść. Nigdy nie zapomina tego momentu, kiedy po raz pierwszy słodka trucizna próżności zaczyna krążyć mu z żyłach, wierząc, że jeśli zdoła ukryć swój brak talentu, sen o pisarstwie zapewni mu dach nad głową, ciepłą strawę pod wieczór i ziści jego największe marzenie: ujrzy swoje nazwisko wydrukowane na nędznym skrawku papieru, który zapewne go przeżyje.

Początek okazał się smakowity… Ciąg dalszy również.

W „Grze Anioła” śledzimy losy Davida Martina, który zaczynając swoją karierę od pracy gońca w lichej barcelońskiej gazecie, wkrótce stał się jednym z redaktorów owego pisma. Kolejne szczeble rozwoju zawodowego wiodły go przez pisanie książek sensacyjnych pod pseudonimem do opublikowania pierwszej poważnej powieści pod własnym nazwiskiem. Nie odniósłszy sukcesu zniechęcony, rozczarowany, zdradzony przez przyjaciela i ukochaną kobietę zaprzestał szukania sensu istnienia, rozpoczął czekanie na śmierć. Wówczas pojawił się pewien mężczyzna oferujący Davidowi zdrowie i pieniądze. Młody pisarz powinien w zamian napisać książkę, o którą poprosił go Andreas Corelli.

Tyle fabuły. Teraz pora na wrażenia. Ku mojemu zdumieniu „Gra Anioła” okazał się być książką, która pozwala na odłożenie jej na chwilę. Można zostawić lekturę na stoliku i pójść, by zająć się sprawami prozaicznymi, ale nie można przestać o niej myśleć. A gdy po owej chwili wraca się na strony powieści, wkracza się w nie z pewnością człowieka, który nigdy nie opuszczał wędrówki po Barcelonie z lat dwudziestych/trzydziestych XX wieku. Czytana historia oplata myśli, budzi emocje, przenika grozą i melancholią. 

Początek opowieści przypomina spokojny spacer, a im bliżej końca książki, tym tempo wydarzeń staje się szybsze, sieć powiązań bardziej zrozumiała, a groza i tajemnica przerażają coraz bardziej.

Miłośnicy stylu Zafona zostaną zaspokojeni; moc tu pięknych zdań, realistycznych a jednocześnie marzycielskich opisów miasta, opisów tak pięknych, że konieczne staje się określeni ich poetyckimi. Znajdziemy tu Cmentarz Ksiąg Zapomnianych, atrament, papier pachnący pismem i księgarnię będącą miejscem zastępującym Dom.

Książka kończy się tak, że poczułam natychmiastową potrzebę przeczytania „Cienia wiatru”. Czego i Wam życzę:)

P.S. Zapraszam na stronę - "Gra Anioła".

21 listopada 2008

Świat się kończy

W jednym z internetowych sklepów z produktami dla zwierząt znalazłam dziś coś takiego.

Świat się kończy


W jednym z internetowych sklepów z produktami dla zwierząt znalazłam dziś coś takiego. Coś takiego nazywa się: "Kalendarz adwentowy dla psa". Były jeszcze podobne dla gryzoni. Koty pominięto. Może i dobrze...

Nominacje do Ibby


12 listopada 2008 obradowało w Warszawie jury konkursu Książka Roku 2008, organizowanego przez Polską Sekcję IBBY. 

Jury obradowało w dwóch zespołach: literackim i graficznym. Członkowie jury zapoznali się z dorobkiem wydawniczym ostatniego roku (listopad 2007 – październik 2008). 
Jury literackie w składzie: Małgorzata Kąkiel, Katarzyna Kotowska (przewodnicząca) Grażyna Lewandowicz-Nosal, nominowało do nagrody następujące utwory: 

1. Małgorzata Gutowska-Adamczyk: „13. Poprzeczna” (Nasza Księgarnia) 
2. Roksana Jędrzejewska-Wróbel: „O słodkiej królewnie i pięknym księciu” (Media Rodzina) 
3. Mikołaj Łoziński: „Bajki dla Idy” (Znak)
4. Marta Madera: „Kroplówka z marzeniami” (Nasza Księgarnia) 
5. Romek Pawlak: „Miłek z Czarnego Lasu” (Powergraph)
6. Joanna Rudniańska: „Mój tata z obcej planety” (Wydawnictwo Pierwsze) 
7. Katarzyna Ryrych: „Siedem sowich piór” (Cartalia Press)
8. Krystyna Siesicka: „Powiem Julce” (Akapit Press) 
9. Małgorzata Strękowska-Zaremba: „Złodzieje snów” (Nasza Księgarnia) 
10. Anna Strzelecka: „Na imię mi Rower” (BurMedia)
11. Agnieszka Tyszka: „Kawa dla kota” (Nasza Księgarnia)

Jury graficzne w składzie: Dorota Łoskot-Cichocka, Maria Ryll, prof. Mieczysław Wasilewski (przewodniczący), nominowało do nagrody następujące utwory: 

1. Tomasz Broda za ilustracje do książki „Przygody przyrody” Zbigniewa Macheja (Biuro Literackie)
2. Agata Dudek za ilustracje do książki „Siedem sowich piór” Katarzyny Ryrych (Cartalia Pres)
3. Maria Ekier za książkę autorską „Kocur mruży ślepia złote” (Hokus-Pokus)
4. Marta Ignerska za ilustracje do książki „Wielkie marzenia” Przemysława Wechterowicza (Znak)
5. Nika Jaworowska za ilustracje do książki „Uciekinierzy” Tomasza Trojanowskiego (W.A.B.)
6. Krystyna Lipka-Sztarbałło za ilustracje do książki „Nic” Marii Marjańskiej-Czernik (Stentor)
7. Aleksandra Machowiak i Daniel Mizieliński za książkę autorską „D.O.M.E.K.” (Dwie Siostry)
8. Joanna Olech i Marta Ignerska za ilustracje do książki „Jak przeklinać. Poradnik dla dzieci” Michała Rusinka (Znak)
9. Paweł Pawlak za książkę autorską „Nocny Maciek” (Stentor)
10. Paweł Pawlak za ilustracje do książki „Chodzi, chodzi Baj po ścianie...” Kazimiery Iłłakowiczówny (Media Rodzina) 
11. Paweł Pawlak za ilustracje do książki ,Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach” Wojciecha Widłaka (Format)
12. Ewa Stiasny za ilustracje do książki „Bajki dla Idy” Mikołaja Łozińskiego (Znak) 

Rozstrzygnięcie Konkusru w pierwszych dniach grudnia.

20 listopada 2008

Teraz

dla odmiany, pochorowała się Gusia. Był to chyba - dość drastyczny w wyrazie - sposób na odkłaczenie kociego brzucha.

Z powodu choroby Sisulkowej gotowaliśmy przez dwa dni Kociastym kurczaka, tak w porze popołudniowej kawy. I kogo dziś zastałam w kuchni koło 16? Sisi na lodówce, Nusia na pudle z robotem kuchennym, Gusia na szafce pod sufitem. I wszystkie trzy patrzyły wzrokiem pełnym braku zrozumienia. Bo gdzie niby kurczak?

W sklepie Kociszki, w sklepie... Zapoluję na niego jutro, wracając z pracy;)

Katarzyna Krenz. W ogrodzie Mirandy.


Debiutancka powieść Katarzyny Krenz jest doskonała na czas, kiedy za oknem mocno wieje i jeszcze mocniej pada.

Autorka opowiada o dziewczynie z prowincji, która z domu rodzinnego wyjechała jako Mirosława, a w świecie korporacji prawniczej istniała jako Miranda. Opowiada o Marii, kobiecie, która oddała swoje życie Jamesowi, naukowcowi rozmiłowanemu w ideach platońskich. Opowiada o Irenie, która tropi szczegóły z życia pisarzy, by tworzyć ich biografie.

Los pozwala spotkać się trzem kobietom wśród murów Cambridge. Spotkać i znaleźć głębię w owym spotkaniu. Irena pchana ciekawością co do Iris Murdoch, wypytuje Marię o obecność pisarki w domu Osbornów, a Maria odkrywa przed młodszymi kobietami mocno skrywane tajemnice swego małżeństwa. Miranda oczekująca narodzin córki idealnie włącza się w ów dialog kobiecości i rozważania o istocie płci i przeznaczeniu.

Ciekawie zarysowany jest podział dwóch światów w jakich żyła główna bohaterka powieści. Wyczerpująca i dająca satysfakcję praca w kancelarii prawniczej oraz związane z nią profity stoją w opozycji do bycia bezrobotną, sprzątaczką, opiekunką spodziewającą się dziecka.

To łagodna wersja opowieści, która mogłaby być o wiele bardziej drastyczna w wymowie. Ale podoba mi się ta łagodność, spokój i ciepło bijące w tej książki. Mimo, że czasem brzmi nieco niewiarygodnie…

Autorka o swojej ksiażce mówi tak: