22 marca 2009

Mam chciejstwa, czyli wywiad z Martą Fox

Prowincjonalna Nauczycielka: Jak Pani pisze? Pomiędzy, czy w ściśle określonym czasie i miejscu? Czy portretuje Pani sytuacje wcześniej wymyślone, czy tworzy owe sytuacje (wraz z tłem) stukając w klawiaturę? Ma Pani własny twórczy pokój?

Marta Fox: Najbardziej lubię pisać w określonym czasie i miejscu, czyli od późnej jesieni do wiosny i w swoim pokoju, który szumnie nazywam gabinetem… Właściwie  ten pokój spełnia wymogi gabinetu - biurko, wokół regały z książkami, plakaty reklamujące moje książki, ulubiony fotel do czytania. Mógłby tylko być dwa razy większy, bo lubię przestrzeń. Najintensywniej pracuję zimą, bo nie cierpię zimy i wtedy mnie nic nie kusi, by wychodzić z domu. Codziennie więc siedzę przy biurku i kopię w słowach, jak górnik w węglu. Raz udaje mi się wykopać dwie strony, raz pięć. Pracuję od rana do wieczora, nawet wtedy, gdy gotuję obiad, czy leżę do góry dnem. Przed rozpoczęciem pisania mam scenariusz powieści i zarys głównych postaci, także fabuły, wiem też jaką formę będzie miała powieść. Wiem, jaka będzie ekspozycja, co będzie punktem kulminacyjnym i jaka pointa. Oczywiście nowe sytuacje, te niezaplanowane tworzą się też w trakcie pisania. Nigdy nie wiadomo, co z rzeczywistości stanie się inspiracją, bo przecież życie się toczy, dotyka i ma własne scenariusze.

PN: Po pierwszej lekturze „Świętej Rity od Rzeczy Niemożliwych” byłam zdumiona Pani szczerością. Później, czytając Pani bloga, oswoiłam się z tym, że pozwala Pani swoim czytelnikom zaglądać w swoje życie prywatne i zaczęłam przypuszczać, że rozumiem co miała Pani na myśli pisząc, że powieść autobiograficzna „więcej kamufluje niż pokazuje”. Czy nigdy nie spotkała się Pani z opinią, że pisze Pani o swoim życiu prywatnym zbyt wiele, że jest Pani za szczera?

MF: Szczerość? Tak, w powieści autobiograficznej byłam wierna swoim poglądom, chcąc nie chcąc ukazywałam własną wrażliwość. Do pisania potrzeba odwagi. Dlaczego niektórzy mówią, że piszą do szuflady? Bo boją się krytyki. „Wszystko, co napisałem jest autobiografią, ale nie wyznaniem” – napisał Amos Oz w „Opowieści o miłości i mroku”. Tak bywa i u mnie. Wyznania czynię w swoich dziennikach, które piszę ręką i piórem, w zeszytach w linię lub bez, ale ich nie publikuję, przynajmniej póki żyję. Natomiast w każdej książce jest kawałek mnie, byłby nawet wtedy, gdybym pisała powieści historyczne lub science-fiction. Przecież autor pisząc, dokonuje wyboru tematu (mój wybór świadczy o mnie), to on komponuje całość, więc decyduje o formie (forma też świadczy o mnie). Mogę panią zapewnić, że zdradzam tylko to, co chcę i choćby nie wiem, jak bohaterka była podobna do mnie, to i tak nie jest mną. Świetnie o tym też pisał Jerzy Pilch. Kto sedna powieści doszukuje się pomiędzy utworem a autorem, ten błądzi. Powinien szukać pomiędzy utworem  a sobą. Tylko wtedy czytelnik dowie się czegoś o sobie, dotrze do własnych zakamarków, labiryntów. Mogę pani powiedzieć, że wszystkich zakamarków w sobie nie znam i ciągle ich szukam, więc co tu mówić o podawaniu siebie na tacy. Nie jestem ekshibicjonistką. Nie obnażam się przed czytelnikami. Literatura jest po moje stronie, życie czasem przeciwko mnie. Niekoniecznie ten, kto potrafi pięknie pisać o życiu, potrafi też tak żyć.

PN: Czy łatwiej jest pisać ciąg powieści, tworząc nawiązania do bohaterów z poprzedniej części, czy budzić do życia nowych bohaterów?

MF: Wolę budzić do życia nowych bohaterów. Nigdy druga część powieści nie dorówna pierwszej. To tak, jak z „Anią z Zielonego Wzgórza”. Jeśli wracamy, to tylko do tej pierwszej części, mimo że znamy wszystkie, prawda?

PN: Magda, Paulina, Kaśka, a teraz Karolina… Jak zmiany społeczno-obyczajowe zmieniają Pani bohaterki? Czego współczesne dziewczęta mają więcej (lub mniej) niż te sprzed piętnastu lat?

MF: Moje powieści młodzieżowe muszą uwzględniać „tu i teraz”, skoro dzieją się dziś. Magda pisała dziennik w komputerze w roku 1994 ( powieść „Magda.doc”), a jej córka, Paulina, pisze bloga, bo wszyscy jesteśmy w internetowej sieci ( „Paulina w orbicie kotów”). Zmienia się trochę codzienny język, młodzi tworzą nowe słowa, zwroty. Obecne bohaterki mają więcej wiedzy i odwagi. Wiedzą, gdzie szukać wiedzy i jak. Nie zmieniają się tylko uczucia: wciąż tak samo pragną bliskości, serdeczności, przyjaźni, miłości, akceptacji, przytulenia, zrozumienia.

PN: „Do góry dnem”, „jak u siebie w łazience” – takich powiedzonek używają Pani bohaterki.  Co jeszcze z Pani domowej codzienności przeniknęło do Pani powieści?

MF: Rozumiem, że pyta Pani o moje powiedzonka, którymi się sama posługuję… Tak na szybko: pieniądze można zarabiać lub dziedziczyć, ludzie się dzielą na inteligentnych i tych, co słodzą, mam chciejstwa….

Do powieści przeniknął też mój pies, Mordek, bo jest bohaterem literackim kilku książek.

PN: Czy cechuje Panią „kwoczy syndrom”?

MF: Tak, oczywiście, jak najbardziej, choć to oczywiście nic pozytywnego. Dobrze więc, że sobie go uświadamiam, łatwiej się kontrolować. Podobnie jak moja nieżyjąca mama, szczęśliwa jestem, kiedy mam ukochanych w zasięgu swoich skrzydeł. Ale też głaszczę siebie za to, że ograniczam w sobie „wtrącanie się” i podziwiam moje dzieci za to, że potrafią żyć swoim życiem. I wdzięczna im jestem, że mnie nie odganiają od siebie i lubią się włączać we wspólnotę. Tym łatwiej się pozbywam kwoki w sobie, im więcej mam własnych spraw, pasji, pracy i nie muszę żyć tylko życiem innych, bo mam swoje.

PN: W bibliotekach katowickich prowadzi Pani spotkania z „Mistrzami Słowa”, przybliżając czytelnikom obecnym na spotkaniach twórczość zaproszonych gości. Co Pani dają te spotkania? Według jakiego klucza zaprasza Pani gości? Kto zaskoczył Panią najbardziej?

MF: Nie wiem, czy mam klucz. Staram się uwzględniać propozycje czytelników – to biblioteka miejska. Chcę by czytelnicy mieli możliwość spotkania się z poetami, twórcami literatury popularnej i tzw. wysokiej, z filozofami, piszącymi książki, pracownikami naukowymi. Niezmiennie zaskakują mnie ci, którzy przyjmują zaproszenia, a nie cierpią spotkań z czytelnikami. Jak się Pani domyśla – prowadzę te spotkania nie tylko ku uciesze czytelników, ale też swojej. Dzięki nim mam okazję rozmawiać ze wspaniałymi twórcami, których książki sama czytam i podziwiam. Nigdy nie zaprosiłam kogoś, kogo twórczości nie znam. Należę do tych pisarek, które czytają i się do tego przyznają. Niektórzy twórcy mówią, że nie czytają, bo piszą, ale ja im nie wierzę.

PN: Jest Pani pisarka i poetką. Czynnie działa Pani w szeroko rozumianym świecie kultury. Gdzie, poza Pani książkami,  możemy trafić na Pani nazwisko?

MF: Oj, oj, z tym moim „bywaniem i działaniem” nie jest tak jak kiedyś, gdy mi się wydawało, że żadna premiera, a tym bardziej bankiet nie mógłby się beze mnie obyć. Teraz wyłączam się, uciekam, coraz mniej bywam. Napisanie powieści wymaga skupienia. Wiersz może powstać i w pociągu, i w autobusie, i w kawiarni. Powieść wymaga  systematyczności, siedzenia przy biurku, skupienia. Kiedy kończę pisanie, zaczynam spotkania autorskie, jeżdżę po całej Polsce, by rozmawiać z czytelnikami, promować książki. Pisanie jest zazdrosne. Współpracuję ciągle z Towarzystwem Kultury Teatralnej, jestem jurorką w kilku konkursach. Zdarza mi się drukować teksty w miesięczniku „Śląsk”, w „Migotaniach, przejaśnieniach”. Są to jednak fragmenty moich powieści lub wiersze, już prawie wcale nie piszę tekstów typowo dziennikarskich, nie mam na to ani czasu, ani ochoty.

Za to piszę bloga, systematycznie od dwóch lat.


PN: Dużo Pani czyta. Jak wybiera Pani książki? Co czyta Pani teraz?

MF: Tak, czytam, piszę - piszę, czytam.

Obecnie Dubravki Ugresic – Nikogo nie ma w domu. Uwielbiam ją. Wybieram coraz częściej wspomnienia, biografie, eseje, reportaże. Tęsknię za czytaniem powieści, tyle że na to potrzebuję całego dnia, bo jak wpadnę w powieść, to nie mam ochoty z niej wypadać aż nie skończę. Czytam poezję, codziennie, bez tego dzień byłby stracony.

PN: Dużo Pani w życiu robi, wiele podróżuje – nie myślała Pani o zatrudnieniu sekretarza/kierowcy?

MF: O, nie, nie. Dopóki mogę sama wszystko ogarnąć, tak mi jest najlepiej. Jestem maksymalistką, bardzo dużo wymagam od siebie, od innych też, ponoć za dużo.

Potrzebuję pomocy w sprawach codziennych – sprzątanie, zakupy, opiekowanie się psem, kiedy wyjeżdżam. Mam niezastąpioną panią Ilonkę. Potrzebuję pomocy do wyszukiwania materiałów, sprawdzania informacji i tutaj wiele mi pomaga mój mąż.

Teraz muszę zastanowić się, kogo mogłabym poprosić o uporządkowanie mojego archiwum. Myślę, że poszukam wśród studentek filologii polskiej. Może wśród tych piszących prace o mojej twórczości i mieszkających w Katowicach.

PN: Jak się żyje na Śląsku nie będąc Ślązaczką? Czy obyczaje śląskie przeniknęły do Pani domu?

MF: I oto jest pytanie: czy jestem Ślązaczką, czy nie? Moi rodzice nie pochodzili ze Śląska, przywędrowali tu po wojnie. Urodziłam się tutaj, wychowałam, tutaj mieszkają moje córki. Nauczyłam się mówić gwarą, by dzieci na podwórku nie wyzywały mnie od „gorlic”. Moje córki nie miały tych problemów, bo wychowywały się z dziećmi, który też nie miały rodziców rdzennych Ślązaków.

Lubię Ślązaków bardziej niż Śląsk. Tak, w moim domu jest wiele śląskich obyczajów. Lubię porządek, solidność, czyste okna, czystą kuchnię, śląskie kluski i rolady, żur. Niektórzy sądzą, że miałam babcię Prusaczkę.

PN: Czym jest feminizm? Czuje się Pani feministką?

MF: Na to pytanie nie odważę się odpowiedzieć. Bo długo by gadać. Mam feministyczne poglądy, jak najbardziej. Myślę, że każda myśląca kobieta ma takie poglądy, tylko boi się do nich przyznać. Nie jestem typem działaczki, mam różne fobie, boję się tłumu, manifestacji. Dlatego jestem wdzięczna tym kobietom, które manifestują i w moim imieniu. Mam nadzieję, że ja swoim pisaniem też pokazuję, co myślę i po jakiej jestem stronie.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Fantastyczny wywiad,ciekawa rozmowa i bardzo interesujące odpowiedzi na trafne i mądre pytania,miło było poznać bliżej panią Martę Fox,dziękuję.