07 maja 2010

Arno Geiger. U nas wszystko dobrze.

Wydane przez
Wydawnictwo Muza

Niedawno, tak jak bohater książki, porządkowałam dom moich dziadków. Gromadzone od lat ich młodości przedmioty codzienne, guziki, nożyczki, talerze, zapasowe krany i inne przydasie. Śledziłam w tych przedmiotach historię rodziny i, pośrednio wprawdzie, historię Polski (ot, choćby zapasowe krany wymuszone czasami, w których się nie kupowało, a zdobywało).

Philipp Erlach w odziedziczonym po dziadkach starym domu na przedmieściach Wiednia robi czystkę. Pracując tęskni za chwilą, kiedy ów dom ujrzy pusty, przewiewny, kiedy uda mu się z tkanki Domu wyplenić istnienie starszego pokolenia.

W powieści przedstawiono Almę i Richarda, późniejszych dziadków Philippa, w chwili, gdy Niemcy dokonali przyłączenia do Rzeszy Austrii, rodziców Philippa w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i samego Philippa - jego niechęć do zgłębiania tajemnic rodzinnych, przyglądania się przeszłości.

Porządkując rzeczy dziadków ułożyłam olbrzymi stos z ich świadectw, odznaczeń, dyplomów, zdjęć. Dołożyłam do niego listy pisane przez dziadka ze Szwajcarii w roku 1980, pięćdziesięcioletnie już dziś gazety z wykrojami, kartki na żywność, kupon totolotka sprzed czterdziestu lat z najwyższą wygraną jaką trafił kiedykolwiek dziadek, itp. To wszystko włożyłam do oddzielnego pudła i traktuję jak swój kawałek historii. I może dlatego nie umiem zrozumieć Philippa Erlacha?

Brak komentarzy: