31 maja 2010

Wywiad z Wojciechem Góreckim, Autorem książek "Planeta Kaukaz" i "Toast za przodków".



Prowincjonalna nauczycielka: Skąd Pańskie zainteresowanie Kaukazem?


Wojciech Górecki: Ciężko mi to teraz odgrzebać. Mam wrażenie, że od zawsze interesowałem się Kaukazem. Ale gdyby to sprecyzować, to było to na początku lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście strasznie mi imponował, jak wszystkim zaczynającym i nie tylko, Ryszard Kapuściński i bardzo chciałem pojechać na jakąś wojnę. Ponieważ wszystkie wojny w okolicy były już „pozajmowane”, a Kaukaz okazał się być takim miejscem gdzie docierało mało ludzi z Polski, szukałem okazji by się tam znaleźć.  Wtedy się zaczęły ułatwienia w wyjeździe do Związku Radzieckiego; pierwszy raz się tam znalazłem w 1991 roku i potem pracując w różnych mediach próbowałem jechać dalej na południe. Na początku lat dziewięćdziesiątych, pracując w Życiu Warszawy, zdobyłem delegację do Kałmucji, nad Morzem Kaspijskim. To nie jest jeszcze ściśle Kaukaz, ale bardzo blisko. Tam poznałem dziennikarzy rosyjskich, którzy mi trochę opowiedzieli o Kaukazie, tak że  za parę miesięcy byłem znów na Kaukazie - pojechałem na wojnę w Abchazji. Z tym, że mnie wtedy nie interesował Kaukaz jako taki, interesował mnie konflikt, interesowała mnie zmiana, interesowało mnie, mówiąc górnolotnie, tworzenie się historii. Natomiast potem zorientowałem się, że nie zrozumiem dobrze wojny w Abchazji, jeśli nie zrozumiem kontekstu. A ten kontekst to między innymi Gruzja właściwa, nieautonomiczna. Zacząłem zatem tam jeździć, zacząłem jeździć na Kaukaz Północny, zacząłem częściej jeździć do Moskwy. Później doszedłem do wniosku, że nie zrozumiem tego, co się tam dzieje, jeśli nie poznam Armenii, Azerbejdżanu, a później mi gdzieś tam Turcja doszła, Iran, i cały ten kontekst regionalny. No i  zaczął się ten Kaukaz strasznie mi rozrastać, ale punktem wyjścia, pierwszym miejscem, była Kałmucja, na pograniczu Kaukazu i Powołża, a później była wojna w Abchazji. I zorientowałem się, że Kaukaz to jest takie miejsce, które jest świetnym punktem obserwacyjnym,  gdzie na bardzo małym obszarze, bo cały Kaukaz jest mniejszy do Polski, jest wszystkiego dużo: dużo narodów, dużo konfliktów, dużo religii,  dużo języków. No oczywiście najpierw wydaje się, że to  jest nie do ogarnięcia, ale później widać, że można to sobie jakoś poukładać w głowie. W każdym razie tam zachodzą bardzo ciekawe procesy: ruchy narodowo-wyzwoleńcze, rozwój demokracji, rozwój dyktatury, po prostu  takie świetne miejsce, które pozwala na prowadzenie obserwacji. W sumie to taki świat w pigułce, ten Kaukaz. No i stąd się wzięło.


P_n: Kiedy czytałam Pańską książkę bardzo często sięgałam do Internetu po informacje pomagające mi nadążyć za Pańską opowieścią. Robiłam mini studia, by ogarnąć to, o czym Pan pisze.


W.G.: To jest zawsze mój problem – uprawiam reportaż, a reportaż nie znosi przypisów, pigułek, czy takich boksów jakie stosuje Norman Davies w swoich książkach. Mam natomiast wrażenie, że aby ułatwić zrozumienie tego, co się dzieje, trzeba jakąś część wiedzy przekazać. I to jest zawsze dla mnie kłopot, przy takim sposobie pisania jaki ja uprawiam. Mnie interesują – oczywiście poprzez losy ludzi, pojedynczych, konkretnych – wielkie procesy historyczne i tu jest zawsze problem nadmiaru informacji. Ale z kolei, gdyby tak wyrwać to wszystko z kontekstu, to być może byłoby bardziej uniwersalnie, ale straciłoby walor poznawczy. Kaukaz to taki mały region, tak niewiele ukazuje się w Polsce o nim, że jeśli już ktoś się tym zajął, poświęcił temu 20 lat życia, to ma obowiązek opowiedzieć co to jest ten Kaukaz, a nie tylko opisać jakieś historie z Kaukazu. Ale proponuję taką metodę przy czytaniu, żeby po prostu nie sprawdzać. Jakieś nazwy sobie padają, no to jeżeli kogoś to zainteresuje, to myślę, że zacznie się zagłębiać, sprawdzi sobie, nawet zaczynając od Wikipedii, a kończąc na może innych lekturach. Ale jeżeli ktoś nie będzie miał ochoty, bo go interesuje tylko historia bez tego zaplecza, kontekstu, to niech nie sprawdza i czyta, i będą to jakieś historie, które się same tłumaczą mam nadzieję.


P_n: Mnie sprawia przyjemność to doczytywanie.

W.G.: To super.


P_n: Czy pisząc „Planetę Kaukaz” miał Pan już w głowie pomysły na kolejną książkę? Czy aby napisać „Toast za przodków” musiał Pan na nowo zasiąść do gromadzenia materiałów?


W.G.: „Planeta Kaukaz” jest o Kaukazie Północnym, czyli o tym Kaukazie, który znajduje się na północ od głównego grzbietu gór kaukaskich i należy do Federacji Rosyjskiej. To jest Dagestan, Czeczenia, Inguszetia, Osetia Północna, Kabardyno-Kałkaria, Karaczajo-czerkiesja i Adygeja. To jest jednak trochę inny świat. Kiedy napisałem „Planetę Kaukaz”, to chciałem pisać dalej, ale tak się złożyło w moim życiu, że wyjechałem na 5 lat do pracy w ambasadzie i to zatrzymało moje plany. Wróciłem z placówki i napisałem jakby drugą część. Chociaż są to różne książki,  to jednak się uzupełniają, w tym sensie, że „Toast za przodków” jest z kolei książką o Kaukazie Południowym, czyli Gruzji, Armenii, Azerbejdżanie, trzech niepodległych państwach, które kiedyś wchodziły w skład Związku Radzieckiego. Pisząc „Planetę Kaukaz” wiedziałem, że to jest jedna cześć,  że muszę wrócić i napisać przynajmniej jeszcze jedną książkę o Kaukazie. Teraz pisząc „Toast” zajmowałem się wyłącznie Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem, a jedynym łącznikiem między obydwoma częściami jest wioska Hinalug w Azerbejdżanie, którą opisałem w oddzielnym reportażu w „Planecie Kaukaz”. Opisałem tę wioskę także w oddzielnym reportażu w „Toaście za przodków”. 


P_n: A będzie Pan coś zmieniał przy wznawianej „Planecie Kaukaz”?


W.G.: Teksty w zasadzie zostaną bez zmian, poza zmianami redakcyjnymi – nie wiem, czy czytała Pani „Planetę”?


P_n: Tak…


W.G.: Lekko się zmieni kolejność, reportaż o Elbrusie będzie  na początku, poza tym wszystko będzie tak jak było, wypadnie Aneks, ale za to podopisuję takie łączniki między poszczególnymi tekstami. Te teksty są aktualne, troszkę się jednak zmieniła sytuacja, poza tym ja też inaczej patrzę teraz na Kaukaz, a przecież nie chciałbym cenzurować własnych tekstów sprzed lat. One zostaną w takiej postaci jak były, ale będą uzupełnienia, będą dopiski, didaskalia i troszkę to będzie książka po liftingu.


P_n: Kiedy był Pan po raz pierwszy w krajach kaukaskich, co było dla Pana największym zaskoczeniem? 


W.G.: Tytuł „Planeta Kaukaz” wziął się stąd, że na tak małym obszarze jest coś tak dużego w sensie wielości różnych rzeczy, że można mówić o ciągłym zaskakiwaniu na różnych poziomach, na różnych etapach, w różnych miejscach, więc bardzo ciężko mi powiedzieć, co było najmocniejszym zaskoczeniem, tym bardziej, że tych wyjazdów było strasznie dużo i wszystko się pozacierało. Ja mogę mówić o kilku takich wrażeniach. Niewątpliwie pierwszym z nich, bardzo silnym, była prostota relacji międzyludzkich, większa naturalność, mówienie wprost. Musiałbym strasznie długo uzasadniać, co mam na myśli, bo to jest związane z konkretnymi zdarzeniami – bez tego wytłumaczenia brzmi to banalnie, bo w wielu rejonach świata ludzi cechuje charakterystyczna otwartość. Kaukaz nie znosi formalizacji relacji międzyludzkich. W „Toaście” podaję takie przykłady jak ten, że kiedy lekarz spotyka się z pacjentem, sprzedawca spotyka się z klientem w sklepie, urzędnik z petentem, policjant z zatrzymanym przez siebie kierowcą – to zawsze przede wszystkim człowiek spotyka się z człowiekiem, zawsze następuje podanie sobie ręki jeśli są to mężczyźni, ludzie mówią sobie jak mają na imię, to nie jest anonimowa relacja, tylko relacja między człowiekiem a człowiekiem. Ludzie zadają pytania pozwalające dowiedzieć się, skąd ten drugi człowiek jest, co ze sobą niesie, jaki świat w sobie nosi, odczuwają niechęć do anonimowości i formalizacji relacji międzyludzkich. To doświadczenie było chyba najsilniejsze.


P_n: Czy dostrzega Pan zmiany w obyczajowości ludzi Kaukazu związane z sowietyzacją czy globalizacją?


W.G.: Tak, oczywiście. To są ciągłe procesy, rozgrywające się na kilku poziomach, kilku płaszczyznach. No właśnie w tej wiosce Hinalug, która przestaje w zasadzie istnieć, pojawił się materializm, którego wcześniej nie było, bo tamci górale zorientowali się, że turyści, którzy tam docierają, są gotowi płacić ciężkie pieniądze za kawałek miejsca na podłodze do spania. To jest strasznie kuszące, bo ci ludzie żyją w strasznej biedzie, więc to jest naturalne, że jeśli pojawia się jakiś turysta, to natychmiast obskakują go dzieciaki i prowadzą go do jakiejś izby pełniącej funkcję hotelu. Wszystko tam się komercjalizuje, ale to dotyczy bardziej Kaukazu Południowego. Wpływ globalizacji jest taki, że teraz się trzeba umawiać wcześniej na spotkania, ludzie mają mniej czasu. Kiedy przyjeżdżałem jeszcze na początku poprzedniej „epoki”, to po prostu szedłem do kogoś do domu i wiedziałem, że go zastanę, a jak nie zastanę, to pójdę do niego pracy; wiedziałem, że ten ktoś będzie miał czas dla mnie – to było normalne. A teraz trzeba się wcześniej umawiać, pisać e-maila, bo się okazuje, że ja przyjeżdżam, a ktoś jest w Nowym Jorku, na jakiejś konferencji gdzieś tam, ktoś inny nie ma czasu. Ten obłędny szybki rytm życia dociera też na Kaukaz.


P_n: Czy jakiś rejon świata interesuje Pana równie mocno jak Kaukaz?


W.G.: Kaukaz, tak jak powiedziałem, jest punktem wyjścia. I ten punkt wyjścia, niczym kręgi na wodzie po wrzucenia kamienia, zaczął mi się rozszerzać koncentrycznie. Idąc na północ - Rosja mnie interesuje, Rosja rosyjska; idąc na wschód – Azja Centralna - miałem okazję podróżować po niej wielokrotnie, znam wszystkie państwa poradzieckiej Azji Centralnej, ale w tym roku na przykład się wybieram do Chin, chcę tę chińską Azję Centralną zwiedzić, bo tu nie mam zbyt bogatych doświadczeń, tej części mi brakuje. Azję poradziecką znam nieźle, wielokrotnie jeździłem też po Iranie i po Turcji. Idąc dalej na południe i na zachód od Kaukazu, w pewnym momencie dołączę Bałkany, bo wielki polski etnograf Kazimierz Moszyński jeszcze przed wojną pisał, że nie zrozumie się Bałkanów, jeśli się nie rozumie Kaukazu i odwrotnie. Wielu  podróżników, którzy mieli okazję zwiedzić obydwa regiony, podkreśla podobieństwa Kaukazu i Bałkanów. Jestem miłośnikiem tych pierwszych, starszych powieści Ismaila Kadara, albańskiego pisarza, który w powieści wydanej u nas pod tytułem „Krew za krew” opisuje prawo wendety, opisuje obyczaje Płaskowyżu Albańskiego na północy kraju. Bardzo mi te opisy przypominają Kaukaz, więc myślę, że w pewnym czasie… Zresztą wybieram się na urlop w tamte strony. 


P_n: Co jest najpiękniejsze w podróżowaniu?


W.G.: Samo podróżowanie. Droga. Tak jak w reportażu najpiękniejsze jest zbieranie materiałów, a najgorsze pisanie. Nie znam reportera, który lubi pisać. Więc zbieranie materiałów, kiedy jeszcze nie wiadomo, w którą stronę się rozwinie opowieść, jest bardzo podniecające. Ludzie spotkani po drodze.


P_n: Jeśli ktoś zafascynowany Pańskimi książkami będzie chciał wyruszyć na Kaukaz, co Pan doradzi?


W.G.: Powinien być sobą, powinien być naturalny, nie powinien nikogo grać.  Jest to region bezpieczny – jeśli chodzi o Kaukaz Południowy. Jeśli chodzi o Kaukaz Północny to są tam pewne zawirowania, wiec lepiej się tam nie wybierać, jeśli to ma być pierwsze spotkanie z Kaukazem. Jeśli ktoś jedzie na Kaukaz pierwszy raz, nie powinien zaczynać od Kaukazu Północnego. Później oczywiście może przyjść czas na Osetię Północną i Dagestan, który jest bardzo ciekawy turystycznie, ale niebezpieczny i trzeba się tam poruszać z dużą ostrożnością.  Najlepiej zacząć od Gruzji, Azerbejdżanu, Armenii. Ja myślę, że można pojechać wszędzie, tylko trzeba słuchać ludzi, być otwartym na ludzi i być sobą. Jeśli chodzi o informacje praktyczne, to są dwa fantastyczne polskie portale prowadzone przez zapaleńców kochających Kaukaz, czyli Kaukaz.net i Kaukaz.pl, i tam jest bardzo dużo praktycznych informacji, które warto przeczytać przed podróżą.


P_n: Pracuje Pan nad kolejną książką?

W.G.: Tak. To będzie zamknięcie trylogii kaukaskiej, trzecia moja książka o Kaukazie. Na razie ostatnia, być może w ogóle ostatnia o Kaukazie, bo mam wrażenie, że w tych trzech książkach powiem o Kaukazie wszystko, co chcę powiedzieć. To będzie mała książka, nie chcę zdradzać szczegółów, ale to będzie takie dopełnienie „Planety” i „Toastu”.


P_n: Dziękuję bardzo za rozmowę. Życzę udanych podróży.

Anna Fryczkowska. Trafiona - zatopiona.

Wydane przez
Wydawnictwo Grasshopper

Anna Fryczkowska ma silne uderzenie. Nie wprowadza czytelnika w akcję subtelnie, delikatnie, tylko od razu - szczerze - wykłada to, co istotne, nie bacząc na ewentualną wrażliwość czytelników. I bardzo dobrze!

Besia, kobieta, której IQ jest ważne jedynie w piaskownicy, jej mąż Tomek żyjący dla pracy i w pracy, molestowana seksualnie Agata i Chudy skupiony hipocentrycznie na sobie. To postacie powieści. Ich losy splatają się w przedziwny sposób podczas powodzi na Powiślu. Każdy z nich, dzięki pustce czasowej wywołanej wezbraną wodą, ma czas, by pomyśleć, by zastanowić się nad swoim życiem, pragnieniami, oczekiwaniami. Zastanowić się nad potrzebami i zranieniami, nad tym, co w życiu uwiera, przeraża i przynosi satysfakcję. Nad własną rolą spełnianą wobec innych.

"Trafiona - zatopiona" to mocna książka o ludziach niezbyt mocnych, ale umiejących uczciwie stanąć wobec siebie. Mocna książka mocno opowiedziana. I - powtórzę zawołanie - bardzo dobrze:)

30 maja 2010

Paul Theroux. Wielki bazar kolejowy.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

Ależ byłam ciekawa tej książki! Gdy już trafiła do moich rąk zanurzyłam się w nią chłonąc zapachy, widoki, klimaty opisywane przez Paula Therouxa podczas jego podróży pociągami przez Azję w 1973 roku.

"W pociągu można robić wszystko: można żyć własnym rytmem i pokonywać dalekie przestrzenie"

Autor uległ własnemu przekonaniu i wyruszył w czteromiesięczną wędrówkę. Zmieniał pociągi, przedziały, towarzyszy i widoki za oknem. To ostatnie zmieniał najszybciej, najczęściej i to nadawało zamysłowi podróży specyficzny smak, smak, którego Autor poszukiwał. Co ciekawe, Paul Theroux w "Przedmowie" wyznaje, że nie czytał nigdy książek podróżniczych. I nagle, z tego nieczytania, gwałtownie wpada w czas i przestrzeń podróży - w codzienność pociągową i notatki czynione w kolejnych zeszytach na chyboczących się stolikach wagonów restauracyjnych lub sypialnych.

Krajobraz za oknami pociągu zmieniał się tak, jak zmieniały się pociągi. Zmienność, czyli ten - najbardziej charakterystyczny - rys podróży, stanowi dla Autora motyw napędzający. Jej brak - ot, choćby podczas jazdy koleją transsyberyjską - wprowadzał Therouxa w stan bliski psychozy.

Azja lat siedemdziesiątych widziana oczyma Amerykanina jest różnorodna: groźna, przepełniona biedotą, fascynująca, piękna, łatwa, stęskniona za turystami. Dni spędzane w pociągach pozwalają na głębszą refleksję nad tym, co Autor zobaczył podczas krótkich pobytów w miastach znajdujących się na trasie podróży. Wnioski, prezentowane dość bezpośrednio i szczerze, tworzą obraz, którego dziś na próżno moglibyśmy szukać.

Żałowałam nieco, że ta cześć podróży, która przebiegała trasą transsyberyjską przypada na koniec podróży Autora i wzbudziła w nim, być może ze znużenia wędrówką, najmniej pozytywne emocje.

Podróż Paula Therouxa jest podróżą romantycznego wędrowca poznającego świat w specyficzny, bo wielozmysłowy i jednocześnie dość przypadkowy, sposób. "Wielki bazar kolejowy" jest zapisem rzeczywistości niebywale ulotnej, codzienności w dużej mierze ograniczonej do ram pociągowych okien.

Choć nie wyruszyłam w podróż podobną do podróży podjętej przez Autora, w pociągach spędziłam wiele godzin, wiele dni i wiele nocy. Po takich doświadczeniach moje zauroczenie zapiskami Paula Therouxa jest pewnie zrozumiałe:) Czekam z niecierpliwością na publikację drugiej książki tego Autora.

"Samotność, samowystarczalność i anonimowość - to warunki konieczne podróży."

P.S. Konkurs zorganizowany przez Wydawnictwo.
P.S. 2. Autor przywołuje kilkakrotnie książkę Marka Twaina "Following the Equator". Ciekawe, czy ktoś to kiedyś wyda po polsku?

Elżbieta Zubrzycka. Filip i bociany. W tym roku wiosny nie będzie!

Wydane przez
Gdańskie Wydawnictwo Pedagogiczne

Filip to zając, który po raz pierwszy w życiu powita wiosnę. Poznajemy go w marcu, kiedy Filip jeszcze nie wie, czemu wokół niego czuć atmosferę radosnej ekscytacji, czemu i jego rozpiera szczęście i na co wszyscy czekają. Powoli zaczyna jednak obserwować zmiany w przyrodzie, dowiaduje się od rodziców i przyjaciół jakie są oznaki przedwiośnia i wiosny, gromadzi bogatą wiedzę o mieszkańcach lasu, roślinności. Wraz z Filipem witamy przylatujące do nieodległej wsi bociany i towarzyszymy ptakom i zwierzętom aż do końca lipca, kiedy to młode bociany radzą sobie coraz lepiej z lataniem, a rodzina Filipa powiększa się o nowe zajączki.

Opowieść Elżbiety Zubrzyckiej kieruję uwagę dzieci na relacje rodzinne, na przyjaźń i na niewłaściwe znajomości. Zwierzęta występujące w książce przeważnie okazują sobie szacunek, są serdeczne wobec siebie, choć zdarzają się i takie, które są podstępne, zazdrosne i niemiłe. Na szczęście - przy Filipie poznającym dopiero świat - jest zawsze ktoś bardziej niż młody zajączek doświadczony, ktoś kto może ostrzec go przed złymi intencjami niektórych rozmówców.

Drugim bardzo ważnym tematem opowieści, tym, który łatwiej dostrzec, choć przez to nie jest wcale mniej ważny, jest Natura. Młodzi czytelnicy przygód Filipa dowiadują się wiele na temat zmian w przyrodzie zachodzących wiosna i latem, poznają specyfikę życia zajęcy i bocianów. Wyjątkową uwagą w książce obdarzeni są Wojtek i Wiosna, para znanych rodzinie Filipa bocianów, na przykładzie których poznajemy szczegóły życia tych niesamowitych ptaków.

"Filip i bociany" to bardzo ciepła i mądra opowieść.

Adam Ubertowski. Inspektor Van Graaf.

Wydane przez
Wydawnictwo EMG

Ilekroć czytam książki wydane w ramach "Polskiej Kolekcji Kryminalnej" mam uczucie, że autor (którykolwiek z wydanych w tej serii) bawi się konwencją, mruży do czytelnika oko, łamie ryt pisania kryminałów modyfikując go tak, by było bardziej zaskakująco i zabawniej. I przyznam Wam, że to się sprawdza. Każda z dotychczas czytanych przeze mnie książek kolekcji (1, 2, 3, 4) sprawiła mi podczas lektury dużą przyjemność wnosząc odpowiednio dobraną dawkę ironii, budując dziwną-niedziwną więź z Autorem.

Inspektor Van Graaf, nieustający w zdobywaniu kobiecych wdzięków, ceniony policjant rozpoczyna urlop. Wyjeżdża do Sopotu, gdzie zamierza spotkać się z Nathanielem Ernstem, przyjacielem pełniącym funkcje komendanta tamtejszej policji. Do odpoczynku w swoim ulubionym mieście zachęca współpracownika, obdarzonego niezwykle przenikliwym umysłem, Doktora Figlona. Gdy Van Graaf traci życie, obecność doktora okazuje się być niemalże błogosławieństwem.

Sopot, w nigdy nie byłam, opisał Artur Ubertowski tak dokładnie, że nie mogłam pozbyć się wrażenia, iż miasto znam i na dodatek czuję zapach smażonych ryb i frytek oraz słyszę łomot zwany muzyką dobiegający z przeróżnych barów. Akcja powieści toczy się sprawnie, a tym, co pozwala na wyjawienie sprawcy morderstwa, okazuje się być dedukcja i sprawność myślenia. Postacie powieści obdarzone są holenderskimi nazwiskami. Tu, doszukując się owego łamania konwenansu, przypomniałam sobie wiedzę o mennonitach osiedlających się w Polsce.

"Inspektor Van Graaf" to kryminał dobrze napisany, z ciekawymi postaciami, pozwalający na przyjemne (i pouczające) spędzenie czasu.

29 maja 2010

Edna Fernandes. Ostatni Żydzi Kerali.

Wydane przez
Wydawnictwo Cyklady

Edna Fernandes wyruszyła do Indii, by tam odnaleźć Żydów.Gdy dotarła do Koczinu okazało się, że społeczność "białych Żydów" umiera, że starzy ludzie patrzą bezsilnie na agonię własnego ludu. Dwunastu ostatnich potomków przybyłych w XVI do Indii Żydów czeka na śmierć walcząc o swoje dobre imię, o zachowanie czystości rasowej, zachowanie dobrej i, ich zdaniem jedynej właściwej, pamięci historycznej. Tymczasem "czarni Żydzi" upokarzani przez wiele lat przez "białych Żydów", wywodzący swój ród od Króla Salomona istnieją i dzięki otwartości rasowej mają szanse przetrwać.

"Ostatni Żydzi Kerali" przedstawiają świat zupełnie mi nieznany i przez to szalenie fascynujący. Podążanie za Autorką przez indyjskie społeczności żydowskie, docieranie do Żydów, którzy uwierzyli, że Izrael może stać się dla nich rajem jest ciekawą przygodą uświadamiającą mi wiele spraw, na które nie zwracałam dotychczas uwagi.

To, co mnie uderzyło to własnie ta ginąca społeczność. Ludzie, którzy wiedzą, że po nich nie będzie już nikogo, którzy mają świadomość tego, że gdy umrą zabraknie współwyznawców do odmówienia nad nimi modlitwy, że aby zjeść koszerne mięso muszą prosić kogoś innego, nie "swojego". Ludzie, którzy próbowali nakazać młodszemu pokoleniu obowiązek małżeństwa i płodzenia dzieci i których próby nie zakończyły się sukcesem.  Intrygujący i zarazem dość oburzający jest stosunek "białych Żydów" wobec "Żydów czarnych". W książce mowa jest o apartheidzie, o zakazach małżeństw między przedstawicielami dwóch grup, zawiść o historię i przeszłość. 

Znalazłam w tej książce wiele ważnych tematów. Ważnych nie tylko dla Żydów z diaspory indyjskiej. Ważnych dla każdego z nas, kto chce żyć z rozmysłem.

Ewa Ostrowska. Grześ, Tatuś i dalekie wędrówki.

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Po lekturze najnowszej książki Pani Ostrowskiej zaczęłam zastanawiać się, czy bliżej mi mentalnie do Mamusi Grzesia - kobiety szalenie praktycznej, czy Tatusia - żyjącego z głową w chmurach. 

Poznajemy Grzesie w przeddzień jego czwartych urodzin. Poznajemy także jego rodziców: Mamę, dla której najważniejsza jest - jak już wspomniałam - praktyczna strona życia, a także to, by wścibska ciocia Henia nie dostrzegła nigdzie brudu i Tatę, który jest naukowcem, synowi daje prezenty pozwalające odkrywać świat (a więc zdaniem Mamy - niepraktyczne), wciąż nakłania swoje dziecko do myślenia i bardzo kocha swoją żonę.

Przyznam, że nie pamiętam książki dla dzieci, w której Mama przedstawiona jest mało pozytywnie. To interesujący zabieg i byłam bardzo ciekawa jak rozwinie się akcja opowieści. Zakończenie mnie zaskoczyło i zaspokoiło moja potrzebę tego, żeby było "ładnie";)

"Grześ, Tatuś...." podpowiada jak rozmawiać z dzieckiem, jak pokazywać dziecku łatwość poznawania świata. Podsuwa znakomite pomysły na prezenty dla dzieci żądnych przygód i odkrywania cudów wokół siebie.

Po lekturze najnowszej książki Pani Ostrowskiej doszłam do wniosku, że ja też - tak jak Tatuś Grzesia - żyję z głową w chmurach.

Cay Rademacher. In nomine mortis.

Wydane przez
Instytut Wydawniczy PAX

Ranulf to podrzutek. Dziecko zostawione w przepięknym kocyku pod murami miasta i przyniesione do klasztoru dominikanów zostało przez zakonników wychowane, a gdy dostrzeżono jego potencjał umysłowy - także wykształcone. Kolejnym etapem edukacji miały być studia teologiczne na paryskim uniwersytecie. Jednak zabójstwo jednego z ojców, a także uczynienie młodego mężczyzny pomocnikiem najsłynniejszego z inkwizytorów, odsuwa myśl o studiach i kieruje chłopaka do spraw tajemniczych, skrywanych przez Kościół, istotnych na tyle, by zabić.

Autor bardzo sugestywnie oddaje klimat XIV-wiecznego Paryża, rodzących się zainteresowań geograficznych, codzienności miasta. Równie atrakcyjnie pokazuje szczegóły życia zakonnego przedstawiając poprzez doświadczenia Ranulfa pozytywne i negatywne chwile. Nie bez znaczenia dla wymowy powieści jest także przekonanie o nieograniczonej niczym władzy "Psów Pańskich", szczególnie tych służących Inkwizycji.. Paryż z powieści Radamachera to Paryż czasu, w którym dla władzy i pieniędzy można było złamać przysięgi, odbierać życie, wykorzystywać urząd dla celów pozornie wyższych.

Intryga służąca pogłębianiu wiedzy, ale pogłębianiu jej przez wybranych, okraszona postaciami pięknych kobiet, narrator zwierzający się u kresu życia z własnych przeżyć i grzechów sprawiają, że "In nomine mortis" czyta się bardzo szybko, ze sporym zaangażowaniem

Zdaje się, że polubiłam powieści historyczno-kryminalne:)

Eduardo Mendoza. Brak wiadomość od Gurba.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Dawno, dawno temu przeczytałam jedną z książek Eduardo Mendozy. A jako, że nie jestem jakoś szczególnie rozmiłowana w literaturze hiszpańskiej, na tej jednej powieści przygoda z twórczością tego autora się zakończyła. Aż do teraz - kiedy to ze względu na tematykę, postanowiłam spróbować po raz wtóry pisania Mendozy.

W Barcelonie ląduje statek kosmiczny. Jeden z członków załogi, Gurb, wychodzi na rekonesans i nie wraca. Drugi kosmita postanawia odszukać przyjaciela i zdobywa się na krok dość rozpaczliwy - wkracza do miasta pełnego ludzi przybierając człowieczą postać i próbując zrozumieć reguły rządzące tym dziwnym światem, w jakim przyszło im lądować. Zaczyna niefortunnie - traci głowę...

Dystans do Barcelony i jej mieszkańców ubrany w obserwacje kosmity robi dobre wrażenie. Poprzez portretowanie Barcelończyków Mendoza ukazuje przywary i zalety ludzi, pokazuje absurdy, którym bez najmniejszego zawahania poddajemy się, nie uświadamiając sobie ich komiczności, braku racjonalności, czy wreszcie tego, że podporządkowywanie się wszystkiemu na ślepo może prowadzić do sytuacji dla nas niekorzystnych.

Motyw obcego czyniącego obserwacje - najczęściej szalenie trafne - został przez Mendozę umiejętnie podsycony ironią. Ogólnie rzecz ujmując - podobało mi się:)

28 maja 2010

Misia

U Tangerine na "tymczasie" jest Misia. Misia szuka domu. Jest przeurocza i zastanawiająco podobna do Nusi. Gdyby ktoś chciał pokochać Misię, proszę o wiadomość:)

Diane Ackerman. Azyl.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

"Azyl" stanowi dla mnie uzupełnienie i, w pewnych kontekstach, poszerzenie wiedzy na temat funkcjonowania Ogrodu Zoologicznego w Warszawie podczas wojny. Autorka opierając się na książce Antoniny Żabińskiej "Ludzie i zwierzęta" oraz na wielu innych, podanych w bibliografii źródłach, przedstawiła historię dwojga wspaniałych ludzi, który w miejscu im powierzonym ukrywali skazanych na śmierć ludzi, którzy ratowali życie narażając siebie, którzy całą swoją życzliwość do świata ukierunkowali tak, by nieść pomoc najbardziej potrzebującym.

Książka Diane Ackerman opisuje Warszawę w czasie wojny, istnienie getta, powstanie sierpniowe tworząc szerokie tło dla tych czytelników, którzy - przede wszystkim - Polakami nie są. Znaleźć tu jednak można i takie szczegóły z historii Warszawy, o których nie każdy Polak wie, choćby z braku głębszego zainteresowania tematem.

Podczas lektury "Azylu" dostrzegałam w misternie oplatającej Państwa Żabińskiej siatce ludzi uzależnionych od ich pomocy znane nazwiska, powszechnie rozpoznawalne postacie. I cieszyłam się, że Los skrzyżował ich ścieżki z Antoniną i Janem. Że postawił na ich drodze kogoś, kto nie był obojętny.

Danuta Noszczyńska. Kufer babki Alicji.

Wydane przez 
Wydawnictwo Bliskie

W "Kufrze babki Alicji" Autorka proponuje nam śledzenie rodzinnej tajemnicy. Zachęca, abyśmy wraz z Klarą - kobietą nieco doświadczoną przez życie, ale wciąż mającą nadzieję na lepsze jutro - odkrywali przeszłość i brali życie w swoje ręce.

Bohaterka książki jest rozwódką mieszkającą wciąż ze swoim mężem. Małżeństwo zawarła nieco na przekór rodzicom i głęboko żałując tej decyzji nie przyznawała się do błędu kilka dobrych lat. Wolna od więzów małżeńskich, lecz nie wolna od sentymentu wobec byłego, pracuje na stanowisku recepcjonistki i dogląda wiekowej już babci Alicji. Gdy staruszka umiera, pozostawia Klarze swój dobytek oraz przedziwne zadanie - ma przez rok rozważać, czy chce przyjąć spadek za co zostanie wynagrodzona finansowo tak, by mogła porzucić pracę i skupić się na odkrywaniu co łączy ją z tymi wszystkimi pretensjonalnymi gośćmi uczestniczącymi w stypie.

Jedną z ciekawszych obserwacji poczynionych przez Klarę była ta, w jaki sposób spokój finansowy, zapewniony jej wolą babki Alicji, zmienia życie i ograbia z pewnej - dotychczas istotnej - dziedziny życia, czyli życia oszczędnego, z wyrzeczeniami i satysfakcją jaką owe wyrzeczenia przynoszą po zrealizowaniu planów.

Danuta Noszczyńska przedstawia czytelnikom powieść obyczajową z wątkiem miłości, która nie baczy na wiek i wielką tajemnicą rodzinną.

Nike 2010

Dla porządku należy odnotować:


Fundacja Nagrody Literackiej NIKE ogłosiła listę 20 książek nominowanych do Nagrody NIKE 2010. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w pierwszy weekend października.

W tym roku Nagroda Literacka NIKE zostanie wręczona po raz czternasty. Decyzją jury, nominacje do niej otrzymały: 4 powieści, 7 tomów poetyckich, 2 reportaże, 2 autobiografie i 1 biografia, a także dramat, zbiór opowiadań, tekst prozatorski i esej.

Oto pełna lista książek nominowanych w 2010 roku do Nagrody Literackiej NIKE:

- „Czarny kwadrat”, Tadeusz Dąbrowski, a5, Kraków
- „Dni i noce”, Piotr Sommer, Biuro Literackie, Wrocław
- „Ekran kontrolny”, Jacek Dehnel, Biuro Literackie, Wrocław
- „Frascati”, Ewa Kuryluk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 
- „Intencje codzienne”, Jan Sochoń, Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów 
- „Jasne niejasne”, Julia Hartwig, a5, Kraków
- „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu”, Magdalena Grochowska, Świat Książki, Warszawa 
- „Nasza klasa”, Tadeusz Słobodzianek, słowo / obraz terytoria, Gdańsk
- „Nocni wędrowcy”, Wojciech Jagielski, W.A.B., Warszawa
- „Pensjonat”, Piotr Paziński, Nisza, Warszawa
- „Piaskowa góra”, Joanna Bator, W.A.B., Warszawa
- „Powietrze i czerń”, Piotr Matywiecki, Wydawnictwo Literackie, Kraków
- „Proszę bardzo”, Anda Rottenberg, W.A.B., Warszawa
- „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków
- „Rzeczy uprzyjemniające. Utopia”, Tamara Bołdak-Janowska, Borussia, Olsztyn
- „Śmierć czeskiego psa”, Janusz Rudnicki, W.A.B., Warszawa
- „Tutaj”, Wisława Szymborska, Znak, Kraków
- „Uśmiech Demokryta. Un presque rien”, Ryszard Przybylski, Sic!, Warszawa
- „Walce wolne, walce szybkie”, Adam Poprawa, Wojewódzka Bibilioteka Publiczna i Centrum 
Animacji Kultury w Poznaniu
- „Wyspa klucz”, Małgorzata Szejnert, Znak, Kraków

27 maja 2010

Uwielbiam...

patrzeć jak śpią koty. Ot, na przykład Nusia:

Mark Mann. Szlakiem Gringo.

Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Im bliżej do wakacji, tym silniejszą odczuwam potrzebę czytania powieści podróżniczych. Pewnie nie tylko ja mam takie ciągoty, bo książek opisujących podróże pojawiło się ostatnio mnóstwo.

"Szlakiem Gringo" jest relacją z wędrówki po Ameryce Południowej. Przyznam, że początek nieco mnie zaniepokoił, ale dalsza lektura odsunęła niepokój i sprawiła przyjemność.

Melissa, Mark i Mark wyruszyli we wspólna podróż mając różnorodne wobec tej podroży oczekiwania. I to, choć pozornie wydawać by się mogło czynnikiem uatrakcyjniającym podróżowanie, mnie wydaje się elementem utrudniającym. Miałam zresztą wrażenie, że podobnie sądzi narrator tej opowieści. Kiedy Mark i Melissa pragnąc doświadczyć natury docierali w miejsca mało uczęszczane, prawdziwe i oszałamiające potęgą istnienia w czasie i przestrzeni, Mark drugi, zwąc siebie "zwierzęciem zabawowym", reagował nerwowo na opuszczanie miast, na brak substancji odurzających, a propozycja noclegu na górskim odludziu wybijała go z poczucia bezpieczeństwa i swojskości.

Oprócz dość obiektywnego spojrzenia na odwiedzane miasta i bezdroża, spojrzenia wędrowca, a nie turysty, w książce znajdziemy  fascynujące informacje dotyczące społeczno-historycznego tła obyczajów i funkcjonowania mieszkańców Ameryki Południowej. Te wstawki, podkreślone inna czcionką, dają asumpt do tego, by chcieć pogłębić wiedzę, by nie zatrzymać się tylko na tym, o czym pisze Autor.

"Szlakiem Gringo" kończy się w sposób udowadniający czytelnikom dwie rzeczy: zwycięstwo Natury nad człowiekiem i zwycięstwo rzeczywistości nad literaturą. 

P.S. Znalazłam przepiękny album.

Powódź zniszczyła księgozbiory

Takich bibliotek, jak ta, której apel przedstawię poniżej, pewnie jest wiele. Jednak na stronie Pulowerek.pl znalazłam informacje o tej jednej - w Trześni.


Gminna Biblioteka Publiczna w Gorzycach prosi o pomoc w odtworzeniu księgozbioru i przy­wróceniu do działalności naszej Filii w Trześni, która została zalana w 100% pod czas powo­dzi. Na dzień dzisiejszy zniszczeniu uległo tam 100% księgo zbioru: literatura dziecięca i popularno-naukowa oraz literatura piękna. Częściowo uległ też księgozbiór naszych Wypo­życzalni i Filii w Sokolnikach, który był wypożyczony przez czytelników zamieszkałych na zalanych terenach. Stąd też apelujemy do wszystkich ludzi dobrej woli o pomoc zarówno rze­czową jak i finansową.Prosimy przesyłać książki nie zniszczone, w miarę nowe, które posłu­żyłyby w odbudowaniu księgo zbioru. Dary w postaci książek można przekazywać na adres:
Gminna Biblioteka Publiczna w Gorzycach
ul. Pl. Mieszczańskiego 8
39-432 Gorzyce
tel. 15 836 27 53
kom. 606 250 990
Uruchomione zostało także specjalne konto na pomoc dla powodzian
Bank Spół dziel czy w Tarnobrzegu Oddział w Gorzycach
67 9434 1012 2002 1050 0018 0021
z dopiskiem “Powodzianie-Gmina Gorzyce Tarnobrzeskie - Dla Biblioteki w Trześni”
Wójt Gminy Gorzyce zapewnia, że wszystkie darowizny zostaną przekazane adresatowi zgodnie z intencją darczyńcy.
Za każdą pomoc serdecznie dziękujemy
Mariola Stopińska-Hara
Jolanta Pajdosz
Chyba warto pomóc, prawda?

22 maja 2010

Papierowy Ekran 2010

Miło mi, że mogę pogratulować portalowi Ryms.pl nagrody przyznawanej przez Kapitułę Konkursu. Wyróżnienia Kapituła przyznała portalowi buszmeni.pl oraz blogowi Poczytalnia. Nagrodę Czytelników otrzymała Biblionetka. Serdecznie gratuluję nagrodzonym i wyróżnionym:)

************
Jest jednak coś, co mną - osobą wyjątkowo zainteresowaną tematyką Papierowego Ekranu, bo nominowaną do nagrody - wstrząsnęło. Spotkanie prowadziła pewna pani i pewien pan. Serwisy nominowane do nagrody przedstawiali na zmianę i "Z lektur prowincjonalnej nauczycielki" przypadło pani. Zebrani goście zobaczyli zatem mniej więcej taki zrzut z ekranu:


i usłyszeli, że prowincjonalna nauczycielka czyta książki różne, w tym i takie, których wypowiadająca się pani za nic by nie przeczytała* oraz, że prowincjonalna nauczycielka przekonuje, iż nawet pod kiczowatymi (ciekawe co na to Fabryka Słów) okładkami znaleźć można coś warte czytania. Pani omawiająca mój blog dodała również, że jestem mamą i na blogu znaleźć można wiele recenzji książek dziecięcych. Przyznam, że nie chciałam uwierzyć Siostrze relacjonującej mi tę uroczystość przez telefon, bo wiara w jej słowa oznaczałaby równocześnie wiarę w brak profesjonalizmu organizatorów konkursu Papierowy Ekran.

Uwierzyłam Siostrze. A Wy bierzcie poprawkę na słowa tej i innych pań, którym wydaje się, że WIEDZĄ.

P.S. Dziękuję za wszystkie głosy oddane na "Z lektur prowincjonalnej nauczycielki". Było ich około 170. Dziękuję!

* złośliwie pomyślałam o książkach filozoficznych;)

21 maja 2010

Marcin Braun. Krojcok.

Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy

Bohaterowie powieści Marcina Brauna, niczym Izaak J. Blumenfeld, mieszkając w jednym miejscu stają się obywatelami różnych państw. To sprawia, że czują się zakorzenieni bardziej w swojej rodzinie niż ziemi, w której przyszło im dorastać. Zmiany władzy, języka nie skłaniają do utożsamiania się, a własnej ojczyzny każe szukać z wyboru, a nie zamieszkania.

Na Pomorzu spotykają się Michał, który jest wnukiem robotnika objętej tajemnicą fabryczki działającej podczas II wojny światowej, i Inga - wnuczka zarządzającego wspomnianą fabryczką i obozem jej towarzyszącym. Młodzi zakochują się w sobie i ukrywają prawdziwe przyczyny obecności w okolicach Czarnej Górki. Równocześnie możemy śledzić wydarzenia z przeszłości - związane z przodkami młodych ludzi.

Wątek historyczny stanowi tu główny punkt zainteresowania. Michał i Inga są niejako uzasadnieniem opowiadania tej historii i to niestety nazbyt papierowym. Historia związana z przeszłością odwiedzanego przez młodych regionu, ale i Śląska, czy Mazur, historia wciąż żywa, bo przywoływana przez związki wypędzonych, przez powracających w ojczyste rejony Niemców, przez dyskusje nad pochodzeniem gwary śląskiej i dziadkami służącymi w Wermachcie, jest fascynującą wędrówką przez ułamek przeszłości, fascynującą na tyle, by skłonić czytelników do pogłębiania wiedzy.

Lubię tematykę regionalną, przyszłościową w powieściach. I uważam, że Marcin Braun dobrze sobie poradził  z opowieścią o wyimku historii Pomorza.

P.S. Kto wie, co oznacza słowo z tytułu?

Ryszard Marek Groński. Szlemiel.

Wydane przez
Wydawnictwo Nowy Świat

Szlemiel to buldog angielski, którego właściciele są znanymi i szanowanymi osobami społeczności warszawskiej. Czas jednak jest taki, że ich pochodzenie zaczyna odgrywać ważniejszą rolę niż umiejętności, dokonania, zasłużona sława profesjonalistów.

Narratorem jest pies. To oczyma Szlemiela obserwujemy pierwsze dni okupacji niemieckiej, realizację nakazu noszenia opasek z gwiazdą Dawida, budowę getta, działalność partyzancką młodych Polaków. Dzięki takiemu narratorowi fabuła nabiera specyficznego znaczenia - historia ludzi najbliższych Szlemielowi opowiadana jest starannie, dokładnie, językiem zrozumiałym dla młodszych czytelników.

Pomysł na opowieść o historii warszawskich Żydów skierowaną do starszych dzieci jest ciekawy, a dobra realizacja pomysłu zapewnia mądrą lekturę.

20 maja 2010

Wygrałam:)))

Na blogu kawazcynamonem zorganizowano konkurs, w którym wygrałam. Dziś otrzymałam wygraną:

Dziękuję:)

Konrad T. Lewandowski. Śląskie dziękczynienie.

Wydane przez
Wydawnictwo Dolnośląskie

Wstyd mi... Wstyd tym większy, że rozmawiając z Autorem pomyliłam jego książki z powieściami innego pisarza. Nawet to, że zazwyczaj zapamiętuję książki po okładkach, a seria kryminałów retro wydawana przez Wydawnictwo Dolnośląskie ma okładki podobnie stylizowane, mnie nie ratuje. Wstydzę się i kajam.

Jako, że od ostatniego spotkania z prozą Konrada T. Lewandowskiego minęły ponad dwa lata, a od tamtej pory rozsmakowałam się w powieściach kryminalnych, których akcja dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym, na "Śląskie dziękczynienie" spojrzałam inaczej niż spojrzałabym dużo wcześniej. Co więcej - obecność nadkomisarza Drwęckiego w Katowicach dodała powieści nowego, szalenie atrakcyjnego, w moich oczach, smaku.

Radio Katowice i Kuratorium Oświaty w Katowicach zorganizowały konkurs "Opowiedz mi o Korfantym". Z tego wnoszę, że Wojciech Korfanty stanowi na Śląsku postać wybitną, by nie rzec najwybitniejszą. Konrad T. Lewandowski przedstawia jednak Korfantego jako owładniętego chęcią zysku, makiawelicznego polityka, który szukając sobie najwygodniejszego przyczółka, planuje sięgnąć po prezydenturę Polski.

Wielka uciechę sprawiły mi opisy przedwojennych Katowic. Znam doskonale ulicę, na której mieszkała oma Loska, znam i pozostaję pod urokiem Załęża i Giszowca. Miło czytało mi się słowa gwarowe, doskonale odmalowany został koloryt lokalny.

Ciekawe jak "Śląskie dziękczynienie" odbiorą mieszkańcy Śląska. Mnie się podobało:)

Rick Kirkman i Jerry Scott. Baby Blues. Zgadnij, kto dziś nie zmrużył oka?

Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Dzieci są kopalnią tematów. I choć Wanda i Darryl próbują przed przyjściem gości przygotować listę tematów NIE o dzieciach kiepsko im to wychodzi. Autorom, którzy od tematu wpływu dziecka na życie rodziców nie uciekają, opisywanie codzienności młodych  rodziców i ich pociechy udaje się doskonale.

Zoe, już nieco starsza niż w poprzednich częściach książki, zaczyna raczkować i stawać na nóżki. Mówi "mama", "tata", wykazuje zainteresowanie prasą i książkami i coraz czynniej uczestniczy w życiu rodziny przysparzając swoim rodzicom z tego powodu tyle radości, co i troski.

Autorzy świetnie uwypuklają wszelkie dotyczące rodziców małego dziecka zmartwienia, oszołomienia, radości i chwile błogiej nieświadomości.

"Baby blues" to książka, która rozbawi, pocieszy i skłoni do refleksji. Polecam :)

P.S. Jedna z moich ulubionych scen:

Tove Appelgren, Salla Savolainen. Wilhelmina i aksamitny nosek.

Wydane przez
Wydawnictwo Kojro

Jako, że sama bardzo lubię i książki, i zwierzęta, dbam o to, by i Helenka rozmiłowała się w literaturze i pokochała zwierzaki. Cóż może prowadzić to tego mocniej niż książki o zwierzętach?

Wilhelmina to dziewczynka w wieku przedszkolnym pochodząca z dużej, szczęśliwej rodziny. Czworo dzieci, z lekka hipisowscy rodzice tworzą zgodnie funkcjonującą rodzinę. Pewnego dnia dochodzą do wniosku, że dobrze byłoby, aby dołączył do nich ktoś jeszcze. Ku radości dzieci, tym kimś ma być PIES. Najprawdziwszy stanowiący dla wszystkich powód do radości, ale też źródło obowiązków.

Z tej książki aż bije radość, ciepło i wzajemne zrozumienie. Rodzina jest wspólnotą, która razem podejmuje wszystkie decyzje, czują się odpowiedzialni za siebie i za owe decyzje, a głos w dyskusji zabierają i starsi, i młodsi.

No i te psy - mnóstwo psów na obrazkach, bo sąsiedzi maja psy, po chodnikach spacerują psy z właścicielami i przecież Wilhelmina musi swojego psa wybrać spośród ośmiu szczeniaczków.

Przecudna, ciepła książeczka ucząca odpowiedzialności za to, co się kocha.

Laurka

Wczoraj mówiliśmy z uczniami nt. Dnia Dobrych Uczynków. I z tej rozmowy wyszło, że jeden z chłopców chce sprawić przyjemność moim kotom rysując im laurkę. Wypytał, czy się ucieszą, jaki kolor lubią najbardziej i prosił, abym opowiedziała jak wyglądają Ko-córki, bo chciałby je narysować. Efekt prezentuję poniżej:

Prawda, że wspaniały prezent?

19 maja 2010

DONG 2009

Dużego Donga otrzymuje wydawnictwo BAJKA za książkę "Zielony i Nikt" Małgorzaty Strzałkowskiej z il. Piotra Fąfrowicza, piękną baśń filozoficzną z ważnym przesłaniem etycznym.


Wyróżnienia otrzymują wydawnictwa:
1. BAJKA za książkę "Julka Kulka, Fioletka i ja" Rafała Witka z il. Agnieszki Żelewskiej, wzruszającą, ciekawie pomyślaną, oryginalnie skomponowaną i dobrze zilustrowaną opowieść, poruszającą problem samotności dziecka pozbawionego domu.
2. CZARNA OWCA za "Wielką księgę siusiaków" Dana Hojera, dobrą, mądrą i wszechstronną książkę o męskości dla młodych mężczyzn.
3. CZERWONY KONIK za "Młotek. Praktyczny NIEporadnik" Wojciecha Widłaka z il. Pawła Pawlaka, przewrotny podręcznik, pełen absurdalnych dowcipów, znakomity przykład współpracy autora i grafika.
4. EZOP za "Bromby i Fikandra wieczór autorski" Macieja Wojtyszki, książkę tryskającą humorem, mistrzowsko wykorzystującą specyfikę języka polskiego.
5. FORMAT za "Płaszcz Józefa" Simmsa Tabacka, pierwszą na naszym rynku książkę obrazkową dla dzieci, pozwalającą poznać kulturę Żydów.

Jury nominowało też CZERWONEGO KONIKA ("Mrówka wychodzi za mąż" Przemysława Wechterowicza z il. Aleksandry Woldańskiej), MUCHOMORA ("Debata filozoficzna Królika z Dudkiem o sprawiedliwości" Leszka Kołakowskiego w oprac. graf. Moniki Hanulak), DWIE SIOSTRY ("Uniwersytet dziecięcy wyjaśnia tajemnice kosmosu" Ulricha Janssena z il. Klausa Ensikata) oraz ZNAK ("Nieznane przygody Mikołajka" Rene Goscinnego).

Obradujące niezależnie jury dziecięce przyznało Małego Donga Wydawnictwu MAG za "LonNiedyn" Chiny Mielville`a oraz "Dary Anioła" Cassandry Clare.

Ponadto jury dziecięce wyróżniło EGMONT ("Bardzo biała wrona" Ewy Nowak), ZNAK ("Nieznane przygody Mikołajka" Rene Goscinnego), PAPILON ("Poradnik małego skauta" Marcina Przewoźniaka oraz POINTA ("Dziadek i niedźwiadek" Łukasza Wierzbickiego).

Wśród nominowanych przez dziecięce jury znalazły się także DWIE SIOSTRY ("Uniwersytet dziecięcy wyjaśnia tajemnice kosmosu" Ulricha Janssena z il. Klausa Ensikata), SKRZAT ("Warszawa. Spacery z Ciumkami" Pawła Beręsewicza), ŁOŚGRAF ("Pamiętnik warszawskiego chłopaka" Andrzeja Świętochowskiego) oraz CZERWONY KONIK ("Młotek. Praktyczny NIEporadnik" Wojciecha Widłaka z il. Pawła Pawlaka).

P.S. Źródło.

Wywiad z Martą Dzido

Prowincjonalna nauczycielka: Skąd wziął się pomysł na „Małża”?

Marta Dzido: Małż to była moja reakcja na to, co działo się wówczas wokół mnie. Moment wchodzenia w życie zawodowe, bolesny w polskiej rzeczywistości, zna chyba każdy. Jest to przełom, kiedy trzeba zweryfikować swoje wyobrażenia o sobie i zdecydować się na kompromisy. Jakie to będą kompromisy i co z nas później zostanie – to już są kwestie indywidualne. Bohaterka mojej ksiązki nieustannie dziwi się tej rzeczywistości, jest zupełnie nieprzygotowana na życie w hipokryzji, kłamstwie, na udawanie, sztuczne uśmiechanie się itd. To sprawia, że życie boli ją bardziej.

Małż jest mięczakiem i bez skorupy ginie.

Pn: Dlaczego napisała Pani dwa zakończenia tej powieści?

MD: Mój wydawca mnie namówił.

Pn: Namawia Pani kobiety do aborcyjnej szczerości. Dlaczego?

MD: Aborcja jest tematem tabu. W kraju, w którym promuje się postawę „pro- life”, nawet za cenę życia kobiety, a zabieg usunięcia ciąży stawia się na równi z morderstwem, ciężko jest powiedzieć po prostu: „usunęłam ciążę”. Strach, wstyd, poczucie winy, poczucie się zrobiło się coś wbrew prawu wszystko to sprawia, że łatwiej jest nie mówić.

Jednak te tysiące kobiet, które usuwają ciąże mają imiona, twarze, każda ma swoje indywidualne powody i odczucia związane z aborcją, ale milczenie na ten temat jest jedynie dowodem obłudy, w jakiej żyjemy. I milczenie nie sprawi, że temat zniknie.

Pn: Pani bohaterki są samotne, w jakimś sensie osierocone przez mężczyzn, odnajdują czułość potrzebna im do sprawnego funkcjonowania u innych kobiet. Czy to manifest nieufności wobec mężczyzn?

MD: Nie jest do końca tak. Ja mam wrażenie, że moje bohaterki są wyobcowane w ogóle.
Nie chodzi tylko o mężczyzn, bo jakiegoś szczególnego siostrzeństwa też miedzy nimi nie ma.

Pn: Po co powstał „Downtown – miasto Downów”?

MD: Downtown to zapis dokumentalny projektu fotograficznego, w którym brały udział osoby z Zespołem Downa. Film ten pokazuje, że świat Downów nie jest jak się powszechnie sądzi szary i smutny, że jest w nim dużo piękna, a największą wartością jest szczerość. Podczas realizacji tego filmu uświadomiłam sobie, że osoby z Zespołem Downa mają coś, co my tracimy w momencie dorastania- ufność, radość przeżywania każdej chwili, umiejętność szczerego wyrażania swoich uczuć. Ich świat jest przez to w pewien sposób lepszy niż nasz.

Pn: Co zmieniło się w tym jak jest Pani postrzegana po realizacji dokumentu o Downach i pozwalającym im uwierzyć w marzenia Oiko Petersenie?

MD: Nie wiem, jak jestem postrzegana. Wiem tylko, że wielu ludzi wzruszyło się na tym filmie, wielu tez zmieniło swoje wyobrażenie na temat osób niepełnosprawnych. To dla mnie najważniejsze. Wydaje mi się , że właśnie na tym polega sztuka. 

Pn: Która z pani ekspresji (literacka, filmowa) jest Pani najbliższa?

MD: Nie wiem, zależy kiedy. Najważniejszy jest przekaz. Jeśli przekaz trafia do adresata , to nieważne czy jest to ksiązka, film , muzyka, czy plakat.

Różni się tylko to, że ksiązki piszę dla siebie i jest dla mnie rodzaj terapii, pisząc nie myślę o czytelnikach, a robiąc film, myślę o widzach od początku.

Pn: Co uznaje Pani za swój największy sukces zawodowy?

MD: Myślę, że jest jeszcze przede mną.

Pn: Co stanowi dla Pani porażkę?

MD: Największą porażką byłaby dla mnie sytuacja, w której przestaje mi się chcieć, nie mam marzeń, nie mam o co walczyć. Mam nadzieję , że taki moment nie nadejdzie.

Pn:  Czym według Pani jest feminizm?

MD: Nie chcę tutaj silić się na jakieś wydumane definicje, napiszę tylko tyle: gdyby nie feminizm, nie byłoby moich książek, ani filmów. Gdyby nie feminizm, nie poszłabym na studia i nie podjęłabym pracy zawodowej. Jestem wdzięczna tym wszystkim kobietom, które wywalczyły dla nas tą luksusową sytuację, w której mamy prawo głosu, prawo artystycznej wypowiedzi i możemy sobie teraz przeprowadzać wywiad.

Co nie zmienia faktu, że dużo jeszcze przed nami.

Ale to dzięki tym naszym odważnym  poprzedniczkom możemy dalej zmieniać świat na lepsze.

Pn: Czy jest Pani feministką?

MD: Oczywiście.

Różności

Jest zimno. Ale popołudniu kaloryfery rozgrzewają się i wówczas ani nasze kolana, ani żadne kuszenie nie odciągnie kotów od grzejników. Gusia ląduje pod stolikiem, a Sisi na dość tymczasowym, ale aktualnie niezbędnym nam legowisku, leżenie na którym zapewnia bliskość ciepłej rury. Nusia wybiera koszyk, ten Sisulkowy, bo jako jedyny stoi na "piętrze".

Sisuleńce rozdwajają się pazurki. I to tak niemiło, bo wygląda na to, że ta osłonka odpadająca nie odpada tylko zostaje, kolejna spod niej też - siłą rzeczy - zostaje, a gdy próbuje coś z tym zrobić to Kocórka się irytuje...

W naszym domu pojawiła się tajemnicza tasiemka. Żadne z nas nie przypomina sobie jej pochodzenia, ale skoro sprawia wiele radości Nusi nie mamy serca jej zabrać. Wczorajsza zabawa tasiemką do złudzenia przypominała te niegdysiejsze sznureczkowe z tą jednak różnicą, ze Nusia - choć może trudno w to uwierzyć - jest jeszcze szybsza niż poprzednio.

18 maja 2010

Jakub Ćwiek. Kłamca 3. Ochłap sztandaru.

Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Jakie to szczęście, że "Kłamcę" zaczęłam czytać, gdy już trzy tomy były napisane i wznawiane. Inaczej pewnie udusiłabym się z niecierpliwości (co i tak mi grozi, wszak Jakub Ćwiek pracuje nad tomem czwartym).

O ile dwa pierwsze tomy przygód Lokiego oscylowały pomiędzy rozrywką i dobrą lekturą, tak w części trzeciej mocniej odczułam grozę. 

Po-prostu Teddy, czyli Lucyfer, powraca z ziemi do piekieł, gdyż - jego zdaniem - nadszedł czas na ostateczną wojnę z aniołami. Na świecie władzę przejmują Głód, Wojna, Zaraza i Śmierć, Loki wyjeżdża na urlop, który zmuszony jest przerwać, bóstwa różniaste dochodzą do wniosku, że Apokalipsa oznacza ich eliminację, bo nie mogą istnieć bez wyznawców, a pomiędzy tym wszystkim próbują odnaleźć się ludzie. Odnaleźć i - jak mają nadzieję - przeżyć. 

Fabularna zawierucha wiedzie nas wprost do tomu czwartego, zapowiadanego pod tytułem "KILL’EM ALL". Ale nie należy przebiegać przez "Ochłap sztandaru" wyglądając li i tylko kolejnych wydarzeń, powieść jest bowiem pełna trafnych obserwacji ostro doprawionych ironią. Ot, jak choćby ta:

"- Pamiętasz może, kto mieszka w tej dzielnicy?
- Emigranci, z tego, co wiem.
Bóg miłości przewrócił oczami.
- Też mi nowina - parsknął - Cały Paryż to emigranci. W tym kraju nawet prezydent jest tylko trochę Francuzem."

Zapraszam, zachęcam i w ogóle - czytajcie:)

P.S. Jakub Ćwiek będzie na najbliższych targach w Warszawie. Szczegóły tu.

Grzegorz Kasdepke. Horror! Czyli skąd się biorą dzieci.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Dni w przedszkolu, do którego chodzą Grześ, Rozalka i Bodzio, upływają radośnie, atrakcyjnie i szalenie emocjonalnie. Gdy zatem pewnego dnia Zosia zapytała Panią Miłkę co ma w zaokrąglonym brzuszku, a ta odrzekła, że dziecko, na przedszkolaków padł strach. Bo skoro Pani Miłka ma dziecko w brzuchu to chyba je zjadła, prawda? Z majerankiem?

Wyobraźnia dziecięca potrafi nadbudować wiele do tego, co usłyszy. Niemal wszystkie dzieci skupiły się na tym,  co widać i co w związku z tym można wydedukować. Na szczęście nie wszystkie - były i takie, które nie chciały uwierzyć w takie okropieństwa i zaczęły dociekać skąd się biorą dzieci. I tu Autor opowieści sprawił się, aż miło. Zaproponował mianowicie najprostsze rozwiązanie, takie, które być może rzadko przyjdzie do głowy zapytanym znienacka rodzicom, a jeśli już nawet przyjdzie, to w dobrym przekazaniu informacji o początkach ludzkiego życia, przeszkadzać mogą problemy terminologiczne.

Doskonałym pomysłem jest osadzenie w roli uświadamiającego kilkuletniego chłopca. Bodzio przeczytawszy właściwą tematycznie książkę dzieli się z przyjaciółmi, w obecności dyrektorki przedszkola, zdobytą wiedzą i ta scena jest kolejną za którą Grzegorzowi Kasdepke należy się wielki plus.

"Horror! Czyli skąd się biorą dzieci" jest dobrze przemyślaną, odpowiednio wyważona historią, która pomoże rodzicom znaleźć sposób na przekazanie swoim dzieciom wiadomości zwanych intymnymi.

Polecam:)