23 września 2010

Yannick Haenel. Jan Karski.

Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

W czwartej klasie liceum przestałam korzystać z podręczników do historii. Uczyłam się tylko z książki Jana Karskiego, książki pisanej tak przejrzyście, że treść sama wchodziła do głowy. Niestety, wówczas nie zainteresowałam się kim był Jan Karski. Dziś na fali dobrych wspomnień sięgnęłam po książkę Yannicka Haenela, by poznać postać Jana Kozielewskiego ukrywającego się pod znanym szeroko pseudonimem.

Książka podzielona jest na trzy części. W pierwszej Autor omawia wizerunek Jana Karskiego ukazany w filmie "Shoah" Claude'a Lanzmanna. Druga opiera się na książce "Tajne państwo: opowieść o polskim Podziemiu" Karskiego. Część trzecia, najbardziej zbeletryzowana, przedstawia Jana Karskiego takiego jakim widział go Autor i jakim opisali go E. Thomas Wood i Stanisław M. Jankowski w książce o polskim tytule "Karski: opowieść o emisariuszu".

"Jan Karski" to niełatwa lektura. Trud jej czytania polega na tym, iż jest wymagająca, tak jak jej bohater. Wymaga od czytelnika uświadomienia sobie tego, co znaczy Shoah. Stawia czytelnika wobec twardych faktów - lekceważącego ziewania Roosevelta, zabaw młodych nazistów w gettcie, nocy spędzonych na nielegalnym przekraczaniu granicy, czy dni gestapowskich tortur. Najtrudniejsze jest jednak to, że Karskiemu  depozytariuszowi nadziei na życie, na pamięć, na sprzeciw nie chciano uwierzyć, bądź nie chciano zrobić nic, by przekonać proszących o pomoc, że uwierzono. 

Wstrząsająco jest czytać o Karskim, który udzielał wywiadów, spotykał się  dziennikarzami, śmietanką towarzyską, politykami, przywódcami, który opisując warunki życia w gettcie w Warszawie, czy obozie w Izbicy Lubelskiej natykał się na niedowierzanie, ba, wręcz zniesmaczenie płynące z przekonania, iż jego opowieści są przesadnym barwieniem rzeczywistości. Aż czuć ból człowieka wypełniającego swe posłanie i zderzającego się z twardą ścianą zależności politycznych, układów sił, obojętnością wobec milionów mordowanych. I choć chciałoby się spuentować wyzwalanie obozów koncentracyjnych okrzykiem "miałem rację" - triumf ten byłby zbyt gorzki . Lepiej milczeć.

Książka Yannicka Haenela to lektura, która nie daje ukojenia. Prowokuje do definiowania na nowo poglądów na historię, świat. To lektura obowiązkowa.

P.S. Przede mną "Strażnicy" Bruno Tessarecha. 

2 komentarze:

Sara (sarusia5@onet.eu) pisze...

Nazwisko kojrzy mi się jedynie z okresem II wojny światewoej, bo wydaje mi się, że pani na lekcji coś o tym panu mówiła... Może kiedyś przeczytam, skoro twierdzisz, że lektura obowiązkowa:)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Saro,
zdecydowanie obowiązkowa.